Bliskie spotkanie z obcą cywilizacją

Czyli o nitkach inaczej

Mieliście kiedyś kontakt z obcą cywilizacją? Nie?

Ja miałam.

To znaczy, tak mi się wydawało. Na zawał mało nie zeszłam ze strachu.

A było tak:

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…

W sumie nie tak dawno, bo już w tym milenium i nie tak daleko, bo w Galaktyce Drogi Mlecznej, w Układzie Słonecznym, na naszej pięknej Ziemi, w mieście zwanym Wrocław, z 10 km w linii prostej od miejsca, z którego klepię teraz w klawisze klawiatury, śpię sobie smacznie we własnym mieszkaniu, we własnym łóżeczku.

Sama.

Środek nocy, a ja nagle nie wiedzieć czemu budzę się przerażona, z sercem walącym w piersi, zlana potem. Otwieram oczy i widzę niebieskawą poświatę dobiegającą z salonu. Moje przerażenie rośnie jeszcze bardziej, a przez myśl przebiega jakże oczywista myśl:

UFO po mnie przyleciało!!!!

Serio!! Serio tak sobie pomyślałam, a ze strachu mało nie zeszłam.  Ponieważ  mimo wszystko jestem dzielną, ciekawską dziewczynką, stwierdziłam raz kozie śmierć, zróbmy to, stańmy oko w oko z obcymi, może być ciekawie. Chyba w życiu się tak nie bałam, jak przed tym spotkaniem z nieznanym. Wylazłam z wyrka i na nogach jak z waty zza drzwi zajrzałam do salonu.

A tam…..

….a tam telewizor sobie gra w najlepsze w środku nocy. Sam się włączył nie wiedzieć czemu, na ekranie biało-niebieski śnieg, brak obrazu, a w całym pokoju jasno jak w dzień. Z ulgi aż przysiadłam na podłodze. Skąd mi się wzięła ta myśl, że UFO do mnie przyleciało, nie mam bladego pojęcia. Fakt, zdarzają mi się rzeczy dziwne i nieprzewidywalne, ale żeby aż tak dać się ponieść wyobraźni, to jednak lekka przesada. Dlaczego telewizor mi się sam włączył, nie wiem, widać rzeczy dziwne mi się jednak przydarzają. Dziś się z tego śmieję, opowiadam anegdotę, ale wierzcie miło i przyjemnie nie było.

Ta historia z UFO mi się przypomniała, bo muszę się Wam do czegoś przyznać. Płonę ze wstydu wielkiego, ale ja osoba, która ZAWSZE kończy pracę, zanim zacznie następną, dorobiłam się UFO-ka. Jedyne pocieszenie to to, że wysłałam go właśnie w kosmos. Niech leci i nigdy więcej nie wraca. Hurra!!!

A i mój UFO-k nie był haftem. Na szczęście!

Dla niezorientowanych i niebędących w temacie rozwinięcie skrótu UFO w świecie robótkowym – UnFinished Object. A wszytko to przez Edytkę i jej cudne szydełkowe prace.

Pozwólcie, że zacznę moją historię jeszcze raz, od właściwego początku.

A było tak:

Byłam kiedyś w niebie, znaczy się, miałam przyjemność odwiedzić Edytę w jej pasmanterii. Historię tych odwiedzin opowiedziałam Wam w tym poście. Poza cudnymi haftami miałam też okazję zobaczyć i pomacać szydełkowe poduszki, które ta zdolna bestia sama wyprodukowała. Dokładnie te. Cudne prawda?

Zobaczyłam, dotknęłam i zapragnęłam sobie też takie zrobić, bo robić na szydełku mnie przecież kiedyś w szkole uczyli. Szczegół, że było to zeszłe stulecie, ba zeszłe millenium. Mieliście ZPT w szkole? Też Was uczyli, jak się szyje, hebluje, szydełkuje, gotuje i robi wiele innych przydatnych w życiu rzeczy? Myśmy takie praktyczne zajęcia mieli w szkole podstawowej, a ja najbardziej lubiłam, te, na których lutowaliśmy takie małe zestawy elektryczne. Płytka, parę oporników, kondensatorów, żarówka, bateria, trochę kalafonii i cyny, pstryk i się świeci. Matko, kiedy to było!?

Wracając do tematu, postanowiłam, że zacznę dziergać na szydełku, bo przecież potrafię, wiem, jak się to robi, wyszydełkuję sobie też takie poduszki!! Powód był jeszcze jeden. Kochanieńki nie wiedzieć czemu moje wyszywanie nazywał szydełkowaniem. Nieraz, gdy widział mnie z igłą i tamborkiem pytał: co tam znowu szydełkujesz? Postanowiłam pokazać mu różnicę między jednym a drugim i dać szansę trafienia, chociaż za drugim razem z pytaniem.

Minęło parę miesięcy, o poduszkach zapomniałam, ale zima nadciągała, stwierdziłam, że będę robić gwiazdki na choinkę! Od tego zacznę moją przygodę z szydełkiem. Poszłam do pasmanterii, kupiłam szydełko, kordonek, w kiosku stertę gazet ze wzorami i zasiadłam któregoś wieczoru do pracy.

Patrzę, patrzę i nic, nic nie kumam, nic nie rozumiem. O co kurza dupa chodzi?? To chiński kantoński czy chiński mandaryński? Co oznaczają te dziwne symbole?? Wzory graficznie kompletnie niezrozumiałe, nieczytelne, zupełnie nie wiem, o co biega, z czym to się je. Opisówka również niewiele mi mówi, równie dobrze może to być koreański. Cóż, wydawało mi się, że jak wiem, jak się robi łańcuszek, słupek, półsłupek to sobie poradzę.

Wydawało mi się. A przecież wiadomo, najgorzej jest, jak się komuś coś wydaje.

Ale nic to, nie podaję się, nie pękam. W dobie Internetów, wujka Google i YouTube, jak się dobrze poszuka, to i przepis na budowę rakiety kosmicznej można znaleźć, a co dopiero nauczyć się jak się szydełkuje, czy co oznaczają poszczególne symbole we wzorach. Akurat nie było Kochanieńkiego, siedział daleko za wielką wodą, to mogłam poświęcić długie samotne, zimowe wieczory na naukę czegoś nowego. Obejrzałam chyba ze 100 filmów na YouTube i opanowałam podstawy na tyle, żeby rozkminiać proste wzory. I zaczęłam produkcję gwiazdek choinkowych.

Panie, Panowie oto moje pierwsze śnieżynki:

Krzywe, niewykrochmalone, przyszpilone tylko na chwilę do łóżka, co by fotę cyknąć i się pochwalić Kochanieńkiemu. Początki łatwe nie były. Były trudne i bolesne. Myślałam, że mi kciuk odpadnie, ścięgna popękają, że nie dam rady szydełkować, że to nie dla mnie, bo dłonie bolą od tego, jak cholera. Ale przy piątej czy dziesiątej gwiazdce jakoś się rozruszałam i tak mi się spodobało to szydełkowanie, że po świętach dziergałam ciągle i wciąż kolejne gwiazdki. A potem mi się przypomniało, że przecież miały być poduszki!!! Takie jak u Edyty!!!

Zaczęłam więc przekopywać net w poszukiwaniu jakiegoś wzoru. Długo nie szukałam, a to błąd, duży błąd i wybrałam coś, co mi się wydawało, że na poduszkę się nada. Zakupiłam kordonek, kolejne szydełko i pełna zapału zabrałam się za dzierganie kwadratów. Szło mi całkiem dobrze, ale gdzieś w połowie zmieniła mi się koncepcja. Doszłam do wniosku, że jednak na poduszkę to ten wzór się słabo nadaje. Poza tym trzeba przecież uszyć powłoczkę, na którą dopiero będzie naszyta część szydełkowa, a z maszyną do szycia to mi kompletnie nie po drodze, a zaprzyjaźnionej krawcowej brak. Wymyśliłam, że zamiast poduszki będzie serwetka! Kiedyś, gdy wyprowadzałam się do własnego M, dostałam od mamy taki fajny szydełkowy komplet na stół, który bardzo lubię. U nas w domu takie rzeczy się nie sprawdzają, bo pustych powierzchni płaskich brak, stolik w salonie robi za podnóżek, a na stole w kuchni to pierogi lepię. Ponieważ szkoda przerwać robotę w połowie, wymyśliłam, że serwetka będzie dla mojej mamy, a w sumie to będą dwie serwetki, większa na duży stół, mniejsza na stoliczek kawowy. W połowie marca zeszłego roku mniejsza serwetka była gotowa. I nawet Wam ją tu pokazałam przypadkiem na blogu. Robiła za tło do mojego jaja w kwiaty.

Tak prezentuje się mała serwetka w całości.

25 kwadratów, obrobionych dookoła czymś, czego fachowej nazwy nie znam. W ogóle to w szydełku orientuję się jeszcze słabo, nie znam zasad, techniki, fachowego słownictwa. Dziergam na czuja, proste wzory. Wyczytałam jednak gdzieś, że jak jest plan na większą robótkę, to całość powinna być wyszydełkowana z nici z tej samej partii, bo kolory mogą być różne w poszczególnych wypustach i że powinno się robić ciurkiem, bez dłuższych przerw, bo elementy mogą wychodzić różne. Człowiek zapomina, jak naciąga nitkę, ręka się odzwyczaja itd. Bogatsza o zdobytą wiedzę w te pędy nabyłam kolejne motki kordonka z tej samej partii i zabrałam się za dzierganie drugiej serwetki.

Szydełkowałam, nie szydełkowałam, szydełkowałam i nie szło mi to jak cholera. Robótka co rusz lądowała w moim niciaku przygnieciona haftami, zapomniałam o niej, bądź świadomie ignorowałam. No nie szło mi z nią i już, za nic nie mogłam się zmusić, żeby ją skończyć. Ale od czasu do czasu dopadały mnie wyrzuty sumienia, wyciągałam ją i mozolnie dziergałam kolejne elementy. Najczęściej kolejne kwadraty powstawały w drodze do moich rodziców. Latem, jesienią, zimą zabierałam ze sobą do pociągu kordonek, szydełko i dziergałam.

Nie potrafię wyszywać w pociągu, poza tym podróż do rodziców krótka. Dla mnie szydełko idealnie się sprawdza w takim środku lokomocji, pod warunkiem, że jest gdzie usiąść, nikt nad tobą nie stoi i ludzie nie są pościskani jak sardynki w puszcze.

I tak prawie rok bujałam się ze zrobieniem kilkudziesięciu kwadratów, aż nie zdzierżyłam i stwierdziłam, basta trzeba z tym skończyć, trzeba to w końcu doprowadzić do końca, bo za dużo mam rozgrzebanych prac, a ja tego nie lubię, a ja przecież tak nie pracuję! Zanim założyłam blog, zazwyczaj miałam na tamborku jedną większą pracę, a w międzyczasie rzeźbiłam jakieś małe przerywniki na bombkę czy jajo. Teraz zapisałam się na trzy zabawy blogowe, mam kilka rozpoczętych haftów i zero perspektywy na szybki finisz. Do tego doskwiera mi permanentny brak czasu, weny, dopadło mnie za to kompletne zniechęcenie i niemoc. Stwierdziłam, że muszę coś skończyć, żeby zobaczyć światełko w tunelu, że nie zacznę niczego nowego, dopóki nie pokończę tego, co mam zaczęte. W związku z tym popełniłam cztery malutkie hafty wielkanocne i skończyłam serwetkę dla mamy!!!!

Nareszcie, w końcu!!!!

Hura!!!!

Łatwo nie było, nie do końca wyszło, jak chciałam, ale pierwsze koty za płoty. Największy problem miałam z łączeniem poszczególnych elementów. Niektóre łączenia wykonałam w czasie szydełkowania, ale poszczególne narożniki kwadratów musiałam zszyć. Słabo się niestety zdoktoryzowałam z tego tematu i niekoniecznie jest tak, jak być powinno. Raz jest tak, raz siak.

Teraz jestem ciut mądrzejsza, następnym razem mam nadzieję, będzie lepiej, bo następny raz przewiduję. A tak wygląda moja „duża” serwetka przed praniem i blokowaniem (tak się nazywa fachowo to naciąganie??).

Po praniu, krochmaleniu przyszedł czas na najlepsze. Przyszedł czas na wbijanie szpilek. Moje teoretycznie nierdzewne mosiężne szpilki zaczęły po iluś tam użyciach puszczać niestety rdzę, bo w dzisiejszych czasach niestety nic nie jest wieczne, poza wiecznym odpoczywaniem i bałam się ich użyć. Nie po drodze mi było do hurtowni po kolejne pół kilo szpilek, obiadu z tego nie zrobię, postanowiłam więc wykorzystać kolorowe szpilki, które miałam w domu.

Wcześniej zrobiłam próbę, czy te szpilki nie rdzewieją, bo zapłakałabym się gdyby moja roczna praca się zmarnowała, ale i tak z drżeniem serca czekałam na ranek i wyschnięcie serwetki. Z moim szczęściem to i aluminium mogłyby mi zardzewieć. Serwetkę wykrochmaliłam w łudze, nie chciało mi się gotować krochmalu, uważam, że ługa jest bardzo ok, na łóżko położyłam stare prześcieradło i zabrałam się za jej przyszpilanie do materaca.

Trochę to trwało, ale dałam radę. Rano poleciałam sprawdzić, czy wszystko jest ok, czy nie ma żadnych strat i rdzawych plam. Na szczęście wszystko było dobrze, ale jeszcze nie wszystko wyschło. A ponieważ wiadomo, że ja w gorącej wodzie kompana, że czkać to ja nie potrafię, stwierdziłam, że wysuszę serwetę żelazkiem. Suszyłam, suszyłam, aż wysuszyłam piękne łuki na dłuższych bokach.

Szlag by to trafił!!! Po co to mi było?!? Jakbym poczekała, aż samo wyschnie, byłoby zdecydowanie równiej.  Standardowo schrzaniłam to na koniec. Cała ja :))) Mówi się trudno. Jest, jak jest, nie mam siły prać, krochmalić, naciągać tego jeszcze raz. Nada się serwetce poprawny kształt przy okazji kolejnego prania. Na szczęście uszkodzenie chwilowe, naprawialne. Uff…

Jeszcze parę szczegółów:

Co mnie te pikotki kosztowały zdrowia, to moje. Przez chwilę się zastanawiałam, czy każdej z nich nie naciągnąć osobną szpilką, ale szybko porzuciłam tę myśl. Aż tyle szpilek w domu to ja nie mam.

A tak prezentują się razem moja duża i mała serweta dla mamy.

Gdy zobaczyłam to zdjęcie, to mi wszystko opadło. Dopiero patrząc „z boku” na obie serwety razem, uświadomiłam sobie, że ta „duża” jest jednak chyba za mała, że powinna mieć co najmniej po dwa rzędy na szerokości i długości więcej :( Niewykluczone, że będzie jeszcze prucie i wielkie dorabianie kolejnych elementów. Przekonam się o tym w sobotę. Jadę do rodziców, przymierzę w środowisku docelowym. I się zapłaczę, jak będzie trzeba dorabiać :(

Serwetky popełniłam z kordonka Maxi Madame Tricote, kolor 6194, szydełkiem Tulip 1,25. Zużyłam niecałe 4 motki, zrobiłam 79 kwadratów i to coś wokół. Moja mama twierdzi, że robiłaby je grubszym szydełkiem, luźniej. Ja jeszcze nie mam zdania, bo moje doświadczenie w tym temacie jest jeszcze marne, bliskie zeru. Po za kilkoma śnieżynkami nie wyszydełkowałm nic innego. Chyba nie do końca jestem też zachwycona pracą z tym kordonkiem. Popracuję kiedyś z innymi, to się przekonam, bo mam zamiar jeszcze szydełkować. Mam zamiar narobić sobie takich pięknych cudownych, kolorowych poduch jakie ostatnio pokazuje na blogu Edytka. Ale wcześniej muszę sobie kupić nową kanapę. Tylko na kolor się nie mogę zdecydować już któryś rok z rzędu. I kot w domu… A poza tym to pragnę, pożądam i chcę szydełkowych zazdrostek do kuchni, takich, jakie również dzierga Edytka. O zazdroskach, a w zasadzie to o jednej nieszydełkowej zazdrosce jeszcze kiedyś będzie. I marzy mi się szydełkowa narzuta na łóżko. Już zapowiedziałam Kochanieńkiemu, że na starość będę przykrywać nasze piernaty taką piękną koronkową kapą, a że łóżko wielkie, starość bliżej niż dalej, powinnam się już zabrać za szydełkowanie. Jak będę ją robić w takim tempie jak tę serwetkę, to mogę nie dożyć jej ukończenia.

Dużo nauki jeszcze przede mną, dużo ćwiczeń, bo jak na razie to wiem, że niewiele wiem, niewiele potrafię. A to już coś. Moje słupki, półsłupki jeszcze krzywe i koślawe, jak pierwsze krzyżyki. Na szczęście trening czyni mistrza, więc jest szansa na to, że kiedyś będzie lepiej.

Tak czy inaczej, Moi Mili, jeden UFO-k poleciał w kosmos. Mam nadzieję, że na stałe opuścił nasz Układ Słoneczny, że bliżej mu niż dalej do Galaktyki Andromedy i nie będzie się już zapuszczał w nasze rejony kosmosu, bo tak po prawdzie to nie jestem pewna czy chciałabym mieć kontakt z obcą cywilizacją.

A na koniec, dla zainteresowanych moje kapcie.

Jak przeglądałam zdjęcia, zauważyłam, że na wielu udało mi się je uchwycić, same wchodziły mi w kadr. Cóż jakoś tak wyszło. I nie tylko mi tak wychodzi :)) A kapcie mam w łosie, bo łosie i inne rogate kocham miłością wielką :)

A cała ta historia przez/dzięki Edytce. Natchnęła mnie do szydełkowania :) Dziękuję :)