Chłopaki z naszej paki i dziewczyny też

Czyli SAL Cookie Time – część 9 – Wielki Finał!

Nie wiem jak Wy, ale ja się roztapiam, rozpływam z gorąca. Mój mózg ma temperaturę i konsystencję gorącej zupy. Szczerze nienawidzę takiej pogody w „wielkim” mieście. Nad morzem, nad wodą, w lesie jest ok, jest super i bosko, ale jak człowiek nie z własnej woli musi siedzieć w mieście, to go delikatnie mówiąc, trafia szlag.

Taka, a nie inna pogoda za oknem kompletnie nie sprzyja czemukolwiek. Moje hafciki leżą i kwiczą, a ja nie mam kompletnie siły i ochoty, żeby choć trochę pomachać igłą w wolnych chwilach. Wczoraj był ponoć międzynarodowy dzień haftowania, a ja nie postawiłam nawet pół, nawet ćwierć krzyżyka. Jakąkolwiek aktywność rękodzielniczą ograniczyłam do zera.

Ale, ale, miesiąc się kończy, nie ma, że boli, trzeba spiąć pośladki i zaprezentować efekt dziewięciomiesięcznych zmagań w ramach SAL-u Cookie Time zorganizowanego przez Beatę/Iskierkę.

Na koniec pozostało nam wyhaftowanie najfajniejszego i najsympatyczniejszego moim zdaniem elementu w tym obrazku. Na tamborku zagościła urocza para imbirowych Ciastków. Na pierwszy ogień poszedł elegancki kawaler. Tu wygląda, jakby gdzieś szedł w niebieskich pantofelkach :)

Parę chwil i był gotowy. Przyszła pora na cudnej urody panienkę, która na razie spogląda z szerokim uśmiechem na twarzy na swojego kawalera z ekranu tabletu.

Kolejnych parę chwil i któregoś czerwcowego wieczoru postawiłam ostatni krzyżyk.

Czyż nie słodkie i całuśne są te rumiane policzki?

Uff… wszystkie krzyżyki gotowe, haft zdjęty z tamborka, pora na pranie przed zrobieniem konturów, bo haft przez te dziewięć miesięcy trochę przeszedł.

I tu nastąpił ten moment, kiedy to padło wiele niecenzuralnych słów pod własnym adresem. Klęłam na czym świat stoi. Tak jak pisałam Wam wcześniej taśma malarska, którą zabezpieczyłam brzegi lnu przed wysnuwaniem się, przykleiła mi się na amen i nie chciała zejść bez nitek. Chyba po pół centymetra albo i więcej z każdej strony mi wylazło, gdy próbowałam pozbyć się tego niebieskiego badziewia. Głupia ja, oj głupia ja!!

Mimo przeciwności zgotowanych przez los moja urocza parka trafiła do pachnącej i odświeżającej kąpieli z bąbelkami.

Potem było suszenie na wietrze. Słabo, bo słabo, ale widać powydzierane nitki z każdej strony. Nigdy więcej taśmy malarskiej!

Małe prasowanie i czas zacząć kontury czas, żeby mój obrazek nabrał rumieńców i było można w końcu coś na nim zobaczyć.

Moje ciastka przed i po postawieniu paru czarnych kresek. Prawda, że widać różnicę?

Dawno, dawno temu przy okazji mojego pierwszego wpisu dotyczącego tego SAL-u pisałam, że do konturów będę musiała się przyłożyć i użyć do ich zrobienia czegoś innego niż czarna mulina DMC, bo ta mi wyjątkowo nie leży. Z planów nic nie wyszło przez moje własne roztrzepanie. Kupiłam fajną czarną nitkę, być może nitkę idealną. Niestety niedane mi było się o tym przekonać, bo zapomniałam o tym zakupie na śmierć. Przypomniało mi się, jak robiłam zdjęcia gotowego obrazka :(( Teraz to nawet nie wiem, gdzie mam tę nitkę. Z powodu najazdu Hunów część moich gratów zmieniała miejsce zamieszkania i teraz kompletnie nie wiem, co gdzie leży :( Do robienia konturów też się za bardzo nie przyłożyłam, zrobiłam je trochę na sztukę. Najbardziej rozczarowało mnie, jak wyszła mi koronka. Cóż na rzadkim lnie nie wygląda ona dobrze, wygląda źle. Widziałam w sieci parę obrazków zrobionych na Aidzie, gdzie ta koronka jest idealna, okrąglutka, śliczna. U mnie jest, jak jest, inaczej już raczej nie będzie.  W czasie robienia konturów dokonałam dwóch zmian. Podarowałam sobie angielskie podpisy nad poszczególnymi elementami. Angielski pozostał tylko tytuł obrazka Cookie Time. Zmieniłam też tekst na wróżbie w ciasteczku szczęścia. Jakby nie było, los zadecydował, że ma być dieta, jest więc Dieta :))

A tak prezentuje się mój obrazek po postawieniu wszystkich czarnych kresek, tuż przed ostatecznym prasowaniem.

Tak troszku nie bardzo i mało spektakularnie. Jak nic przydałoby się wsadzić haft w ramy.

Obrazek wyszedł mi dość spory i mało wymiarowy 25,5 x 31 cm. Najprościej i najdrożej byłoby zrobić ramę na wymiar, ale przyznam, szkoda mi było na to kasy, bo taka duża rama to i duży koszt. Perspektywa jechania do Ikea czy Leroy Merlin w poszukiwaniu stosownej ramy też mi się słabo uśmiechała, bo to wyprawa na pół dnia, na drugi koniec miasta.

Jest jeszcze na szczęście Placyk pod Młynem, gdzie wśród mydła, szmelcu i powidła można coś uchodzić. Poszliśmy więc z Kochanieńkim, w którąś niedzielę poszukać Świętego Grala, czyli tym razem ramki idealnej. Placyk odwiedzamy teraz rzadko, nawet bardzo rzadko. Za pierwszym razem nic fajnego nie udało się wypatrzeć, ale jak to powiedział Kochanieńki, nic na siłę, przyjdziemy za tydzień i może będzie coś innego.

I było :))

Porządna drewniana rama z bardzo sprytnym patentem do oprawiania, do tego uchodzona za nieduże pieniądze. Wzięłam zdobycz w ręce i poszłam negocjować cenę. Miałam plan, że nie zapłacę więcej niż 20 zł, coś mnie jednak tknęło i nie rzuciłam swojej propozycji, tylko zapytałam ile? A pan mi na to 12 złotych :)) Kurcze, nie chciał negocjować i nic zejść i musiałam zapłacić te 12 zł :))

Jak napisałam rama bardzo fajny patent do wkładania obrazka. Od tyłu wygląda to tak.

Zero jakichkolwiek zaczepów, blaszek do odginania i innych takich wynalazków. Co się namęczyłam, żeby wyjąć plecki obrazka bez pogięcia tektury to moje. Poszłam w końcu do Kochanieńkiego i mówię mu: pomóż mi z tą ramką, wytnij mi tekturkę, tylko zrób to idealnie, żeby było idealnie po oprawieniu, plis.

Kochanieńki pooglądał ramkę, uśmiechnął się pod nosem nad głupotą blondynki i pokazał, jak to wszystko działa.

Z boku ramy jest taki flis.

Wyciąga się to idealnie spasowane drewienko,

a przez powstałą na całej długości boku dziurę,

wkłada się obrazek do środka

Bardzo sprytny wynalazek, bardzo sprytny. Po zamknięciu wygląda to tak.

Rama ma też szybę (zwykłe szkło), którą na potrzeby sesji zdjęciowej wyjęłam. Mocno się zastanawiam, czy ją wkładać, bo bardzo nie lubię haftów za szkłem.

Znaleziona rama nie była niestety idealna, jeśli chodzi o rozmiar. Była bardzo na styk, bardzo. Ma 30 x 40 cm, a ja wyszywałam na kawałku lnu 35 x 42 cm.  Przyklejenie materiału do tekturki było nie lada wyzwaniem. Po bokach było ok, ale z dołu i góry było ciężko, bo zostało mi po mnie niż 1 cm na oprawę, a jeszcze straciłam cenne milimetry materiału przy odklejaniu niebieskiej taśmy. Na szczęście trochę taśmy dwustronnej i jakoś się udało. Uff…

Pojawił się jeszcze jeden problem z rozmiarem ramki. Po wsadzeniu obrazka w ramę z boku między haftem i ramą miałam 2 cm luzu, a z góry i u dołu po 5 cm. Mówią, że symetria jest domeną głupców, ale ja w obrazkach akurat lubię symetrię. No nie podoba mi się, jak nie jest równo i już. Pas-partu też nie rozwiązywało problemu, a rama była jaka była, nie była rozmiarowo idealna. Nie ma jednak tak, żeby się nie dało czegoś wymyślić i tak u góry i u dołu mojego samplera pojawiła się beżowa bawełniana koronka, która zapełniła puste miejsca.

Jeszcze rzut oka na poszczególne elementy samplerka.

A tak prezentuje się mój obrazek w całości.

Powiem tak – mi się podoba, a najlepsze, że się podoba też Kochanieńkiemu :) Z początku Adam bardzo sceptycznie podchodził do tej mojej wyszywanki. Parę razy pytał mnie, co zrobię z tym obrazkiem. Gdy zobaczył efekt końcowy, powiedział: fajnie to wygląda, powieś go w kuchni zamiast kury :) Zaskoczył mnie tym strasznie, przez myśl mi nie przeszło, że mógłby chcieć mieć ten hafcik w naszej kuchni.

Były pierwsze przymiarki, jak Ciastki będą się prezentować na naszej pomarańczowej kuchennej ścianie. Obawiałam się trochę połączenia tego wściekłego różu ze wściekłym pomarańczem, ale jest całkiem fajnie.

Docelowo obrazek zawiśnie trochę wyżej, ale na razie nie ma na czym go powiesić. Trzeba wbić nowy gwóźdź, a będzie to można zrobić dopiero, jak ramka będzie miała zawieszkę. Na razie jej nie ma, bo w ramie, gdy ją kupiłam, obrazek był oprawiony w poziomie, a do tego haczyk do zawieszenia był tak zamontowany, że cała rama odstawała od ściany. Cóż czeka nas wyprawa do zawieszkowego sklepu :)

Bardzo mi się podoba efekt końcowy, który zupełnie niechcący udało mi się uzyskać.

No dobra, ale co ma piernik do wiatraka, a tytuł posta do tego co pokazałam do tej pory?

Ma wiele, bardzo wiele :)

Teraz pokażę Wam Ciastki w moim wykonaniu, Ciastki by Margonitka. Co prawda nie będę to Ciastki imbirowe, ale Ciastki piernikowe. Będzie ich za to cała banda.

Panie, Panowie oto banda łysego, czyli chłopaki z naszej paki. Jakaś laska, a nawet dwie też się tu gdzieś kręci:) Eleganciki jak cię mogę, dziadunio nawet pod krawatem :)

Całej bandzie przewodzi ON, super macho, super męski gość.

Widzicie ten busz na klacie? Ten wzrok,  zawadiacki uśmiech, podniesioną i lekko przetrąconą brew? Nosz kurza twarz czyż nie jest męski ten gość?

Jest i jego osobista dziunia w podwójnym sznurze sztucznych pereł. Obła jak ja, w biodrach szeroka jak ja, za to zdecydowanie bardziej owłosiona na głowie ode mnie :)

Jest i naikowy laczek w postaci kozaczka, którego wypatrzył Adam, a którego ja nie zauważyłam. Szczegół, że znaczek na bucie wyszedł mi nie w tę stronę, co trzeba, ale to mało istotny szczegół :)

Bądźmy szczerzy, nie wstydźmy się prawdy – talentu do lukrowania pierników nie mam za grosz. Nie wiem, nie pamiętam, co paliłam, co piłam przed zabraniem się za przyozdabianie tych ciastek, ale poniosło mnie mocno :)) Zaszalałam. Tak więc ten, wiecie już czemu, jednym z moich wielkich marzeń jest nauczyć się pięknie lukrować pierniki :))

I tak moi mili dotarliśmy do końca opowieści o kuchennym samplerze. Cieszę się, że Beatka zorganizowała zabawę, a Ruda Mama, czyli Sylwia namówiła mnie na wzięcie w niej udziału. Dziewczyny bardzo Wam za to dziękuję. Miałam powód i motywację, żeby od czasu do czasu coś wyszyć, o czymś napisać na blogu. Nawiasem mówiąc, nie zdawałam sobie sprawy, że można się tyle nagadać na temat jednego niedużego haftu. Bez tej zabawy być może nie byłoby już tego bloga. Ale było, minęło, wytrwałam i mam całkiem sympatyczny obrazek, który zawiśnie u nas w kuchni, a miałam na niego przecież zupełnie inny plan.

To jeszcze ostatnie ujęcie w zielonym.

Wzór SoDa Stitch, wyszywany na Belfaście, kolor kość słoniowa, mulina DMC wg legendy.

Mam pewne przemyślenia o zabawach SAL-owych, ale to temat na inną historię.

Tymczasem pozdrawiam wszystkich zaglądających do mnie wyjątkowo ozięble :))

Niech chłód będzie z Wami :))