Co tam u mnie na tamborku?

Ano nic u mnie obecnie na tamborku :(

Totalny zastój, dół, niemoc, brak weny, natchnienia, kolejne rozczarowanie.

Zachciało mi się pisać o wyszywaniu. Założyłam blog, żeby opisywać o moich zmaganiach i jak już wszystko było gotowe, dopadł mnie kryzys twórczy.

Ok, coś tam kiedyś wyszyłam, z przygodami, albo bez, można to pokazać i opisać, ale nie o to chodzi. Nie taki był plan! Miało być o tym, co u mnie aktualnie na tamborku, miałam się uczyć, rozwijać, słuchać rad. Nawet Adam, który czasami po dziurki w nosie miał mojego wyszywania, zaczyna mówić: w ogóle nie wyszywasz, może byś coś wyszyła, a nie tylko klepała w kompa.

A u mnie wciąż nic na tamborku.

I tak już ponad 3 tygodnie. Płakać się chce :(

A czemu tak ktoś zapyta?

Powód pierwszy najważniejszy

Popełniłam kolejny wielki błąd przy wyborze materiału, na którym rozpoczęłam nowy haft :(  Znowu!

Taki Epic Fail.

Zaplanowałam sobie wyszycie trzech  wzorów, na które chorowałam, co najmniej od października zeszłego roku. W końcu je kupiłam. Tym razem przemyślałam i skonsultowałam wybór materiału. Przygotowałam sobie wszystko i zaczęłam wyszywać jeden ze wzorów cała szczęśliwa i podekscytowana. Kolorki cudne.

„Szyje się” pięknie. Igła sama sunie po lnie. Bajka. Wyhaftowany mam już kawał.

I znowu jedna wielka porażka. Okazało się, że wybrałam za gęsty len. O ile w przypadku haftu, który zaczęłam gęstość była jak najbardziej ok, to przy następnych już nie. A ma być komplet, więc wszystko powinno być wyszyte na tym samym materiale. Trzeba zacząć od nowa. Kolor  lnu też okazał się nie taki, jak chcę.

Nie pasuje. Nie może być. Nie podoba mi się. Co innego wzór, mulinki na bobinkach, a co innego wychodzi spod igły. Zupełnie co innego :((

Już któryś tydzień biję się z myślami, co wybrać, jaki kolor? Bo to, że będzie len 32 ct, zdecydowałam. Chociaż tyle. Nie mogę tylko wybrać koloru. Jeszcze chwila. Czekam cierpliwie na jedną publikację.

Czekam.

Jak się ukaże, to mam nadzieję, że łatwiej będzie mi podjąć decyzję.

Tu tylko mała zajawka tego, co wyszło.

Nie zaczynam żadnego nowego dużego haftu, bo najpierw będzie to, co zaplanowałam.

Powód drugi

Ktoś pewnie powie: bierz się kobieto za nieskończone hafty, nie siedź, nie czekaj, szkoda czasu, kończ, czego jeszcze nie skończyłaś.

Jestem dziwna.

Nie mam żadnego niedokończonego haftu (poza tym jednym, ale ten uznajmy za niebyły, trzeba go zacząć jeszcze raz od początku). Lista moich UFO-ków wynosi zero. Piękne, okrągłe 0.

Jestem dziwna. Wiem.

Jestem do bólu konsekwentna w wyszywaniu. Czasami to naprawdę boli. Odrzuca, nie idzie, albo idzie pod górę z jakimś haftem, ale jak zacznę, to skończę. Boli, nie boli, koniec ma być. Zaliczam po drodze wpadki, wypadki, potknięcia, ale idę dalej. Nie zrażam się, zawsze kończę co mam zaczęte, może na chwilę odłożę, odpocznę, złapię dystans. Więcej niż dwa hafty nie robię na raz. I to wtedy tylko, kiedy naprawdę muszę, bo się uduszę. Nie lubię się rozpraszać. Chociaż jak wyszywałam swoje „dzieło życia”, to w międzyczasie powstało mnóstwo innych haftów. Ale „dzieła” nie dało się zrobić bez przerw. Za dużo krzyżyków.

Teraz nie zacznę niczego nowego, dopóki nie skończę tego, co zaczęłam. Ot takie skrzywienie.

Jeżeli ktoś myśli, że tak mam ze wszystkim, to jest w błędzie. Moja silna wola jest bardzo słabą silną wolą. Zwłaszcza jak zaczynam się odchudzać :)

Powód trzeci

Nie da się wsadzić kanwy plastikowej w tamborek. No się nie da :)

A nie powiem, żebym nie chciała, bo najlepiej mi się wyszywa właśnie z tamborkiem. Po „mega wtopie” na kanwę tym razem wskoczyła mała pocieszajka  w postaci mikołaja z zestawu Dimensions. Taki przerywnik w oczekiwaniu na natchnienie.

Wielkanoc za nami, można zacząć myśleć o czymś na Boże Narodzenie. Jakoś tak mam, że wyjątkowo lubię wszelkiego rodzaju motywy bożonarodzeniowe, a kanwa plastikowa jest przecież boska. Krzyżyki wychodzą prawie idealne. Wyszywa się prawie samo.

Ale nie tym razem :( Tym razem i z tym zestawem jakoś mi nie szło. Takie małe coś wyszywałam 17 dni!  Tak w sumie na siłę, żeby coś robić, z wprawy nie wyjść. Wczoraj skończyłam.

Same krzyżyki zajęły mi prawie dwa tygodnie.

Z backstitchami poszło szybciej. Tylko 4 dni…

Mikołaj jest trzecim z kolei hafcikiem, jaki popełniłam z tej serii.

Mam jeszcze do wyszycia sanie.

Na kanwie plastikowej mam wyhaftowane jeszcze dwa bałwanki. W sumie to od tego jasnego zaczęła się moja przygoda z „plastikiem”.

Od spodu podkleiłam je czerwonym filcem, a w środek wkleiłam malutkie magnesiki neodymowe. Zimą bałwanki lądują na naszej lodówce.

Z oryginalnych Dimków zrobiłam zawieszki na choinkę. Od spodu też podkleiłam filcem, tym razem białym. Teraz muszę jeszcze wyciąć mikołaja i go wykończyć. Ale myślę, że poczekam na sanie, pomęczę się tylko raz.

Cóż chyba wyciągnę sanki.  Nie będę siedzieć i chlipać. Trzeba coś robić w czasie czekania. Mam tylko nadzieje, że wiosna, która dopiero co nadeszła, nie przestraszy się zimowych klimatów i nie ucieknie.