Dieta cud

Czyli SAL Cookie Time – część 7

– Kochanie co byś chciał tak najbardziej na świecie? – zapytałam Kochanieńkiego.

– Nic, moje Szczęście już mam – odpowiedział Kochanieńki, przytulając mnie.

– Ale jakbyś mógł jeszcze czegoś chcieć, co by to było? – drążyłam temat jak każda baba.

– Więcej Szczęścia – odpowiedział Kochanieńki.

– Ale ja NIE MOGĘ być już grubsza!!! – zawołałam z przerażeniem :))

Dziś będzie o kolejnym fragmencie w naszym ciasteczkowym samplerze. Hafcik mało skomplikowany, powstał już jaki czas temu, ale czekał na wenę, czekał na swoją historię. Lubię „tworzyć” historię do moich haftów, a o tym nieszczęśniku nie miałam co opowiedzieć. Moim zdaniem to mało udany fragment, tak samo brzydki, jak pierwsze ciastko. Jakiś czas temu kombinowałam czy nie podmienić tych dwóch fragmentów na elementy z innego samplera SODA, ale na kombinowaniu się skończyło. Zostało tak, jak wzór został zaprojektowany.

Tylko raz hafcik został obfotografowany w trakcie wyszywania, bo machnęłam go jakoś piorunem.

Chyba dwa popołudnia i wyszyłam takie coś.

Cóż ładne „to” to nie jest. Kojarzy mi się nie wiedzieć czemu z ośnieżonym szczytem górskim, z wulkanem. Taka Fudżi-jama. A to przecież nie Japonia, a Chiny, bo jakby nie było wyhafciłam ciasteczko z wróżbą – chińskie ciasteczko szczęścia.

Już w trakcie wyszywania stwierdziłam, że trzeba takie ciasteczko zdobyć. Ciasteczko szczęścia do zdjęć być musi! I tu zaczęły się schody, bo jego zdobycie okazało się nie lada wyzwaniem. Pół miasta schodziłam, rodzinę i znajomych do poszukiwań zatrudniłam i nic. Ciastek nie ma, już nie ma albo sklep zamknięty na głucho. Porażka.

Nie chciałam zamawiać ich w necie, bo nie wiadomo, w jakim stanie przyjdą, a do tego jeszcze przesyłka, a raczej jej koszty. Bez sensu. Ale tak być nie może, że coś sobie umyślę i nie wykombinuje! Wykombinowałam rozwiązanie najprostsze z możliwych. Wrzuciłam w wujka Google „sklep chiński Wrocław” i bez problemu namierzyłam poszukiwanego. Jeden telefon czy na darmo nie będę szła i od razu sukces :) Cóż myślenie nie boli, a nogi od bezcelowego szwendania się po mieście w pogoni za szczęściem owszem bolą.

Przytargałam do domu ciastek sztuk kilka.

– Po co ci ich aż tyle? – zapytał Adam.

– Będę szukać dobrej wróżby, musi mi pasować do postu.

Potem spadł deszcz.  Lało, wiało i ni jak nie było jak dobrać się do ciastek i zrobić zdjęć. Aż nadeszła wolna słoneczna niedziela. Kochanieńki z rana mi o szczęściu prawił, w dobry nastrój wprawił, stwierdziłam, że to pora idealna sprawdzić, co mi los uszykował.

Zaczęło się komisyjne odpakowywanie ciasteczek.

I pierwsza wróżba napisana „piękną” polszczyzną.

Że co???? Dieta??? Jaka kurna chata dieta??? Ok, mam trochę dużo za dużo, tu, tam i ówdzie, ale żeby od razu dieta!? Szukajmy dalej wróżby idealnej.

Ale ja już jestem szczęśliwa z moim osobistym Szczęściem! Da się być jeszcze bardziej? No nie wiem, nie wiem. Próbujmy dalej.

Taa…, ważne odkrycie! Bardzo kurza twarz śmieszne, jakie odkrycie?!

Została mi ostatnia szansa na jakąś sensowną wróżbę, zostało mi ostatnie ciasteczko.

Wszystko mi opadło. No bez sensu. Wróżby z sufitu wzięte, jak tu coś z tego stworzyć? Załamałam się.

– Weź, to jakoś poukładaj po kolei, zobacz, co ci z tego wyjdzie – zaproponował Kochanieńki.

Poukładałam i wyszło mi takie coś.

Sama rano stwierdziłam, że grubsza już być nie mogę, a potem chińskie ciasteczko zawyrokowało, że jak zmienię dietę na dobrą, to będę szczęśliwsza. Nie mam teraz już wyjścia. Trzeba zmienić przyzwyczajenia. Tylko co to jest dobra dieta??? Pyszna czy zdrowa? Czemu to, co pyszne jest niezdrowe, albo mi szkodzi nawet, jak jest zdrowe??  To niesprawiedliwe :(

Niestety należę do tych osób, które zajadają stres. Denerwuję się, stresuję, to jem, bo jestem głodna, a jak jestem głodna to zła, a nie lubię być zła. Jem więc. Najchętniej słodkie a słodkie uzależnia. Praca siedząca, mocno siedzące hobby i cztery litery rosną, bo nie wiedzieć czemu słodkie idzie nie tylko w cycki. Cóż najwyższa pora zabrać się za siebie, bo lata lecą, kręgosłup i stawy nie dają czasami rady. A i człowiekowi lżej na duszy, gdy lżej na ciele. Tylko jak to zrobić jak słaba silna wola i z wiekiem coraz trudniej być konsekwentnym. Sił mniej i chęci mniej. A tu wszystko począwszy od wyników, a skończywszy na ciasteczku mówi – dobra dieta to szczęśliwe życie!!

Wyjścia nie ma DIETA CUD mi od zaraz potrzebna, bo bez diety cud to będzie chyba ciężko mieć szczęśliwe życie.

Zauważyliście, jak „po polsku” zostały napisane te moje wróżby??

Nie da się ukryć, że gdzieś w Państwie Środka (ciasteczka jak najbardziej chińskie, wyprodukowane w Chinach, tylko napisy na opakowaniu po niemiecku i angielsku) skorzystał z Google Translator i przetłumaczył z angielskiego na nasze. Wyszło, jak wyszło :))

I na koniec rzut oka na to, co wyszyłam do tej pory.

Moje chińskie ciastko, w indonezyjskim (czy się mylę????) wzorze na tle runianki japońskiej. Wschód dziś u mnie rządzi :))

P.S.

Lubię jak mi życie samo tworzy historie na blog :)

Edit

SODA to chyba jednak południowo-koreański producent wzorów. Chyba.