Dwa, a nawet trzy w jednym

Czyli SAL Cookie Time – część 5 i 6 i coś jeszcze

 – Kochanie zamówiłeś mi tort?

– Jaki tort kobieto?? Upiecz sobie ciasto, wsadź świeczkę, będziesz mieć tort.

– To może upiekę ciasto z sezonowymi owocami?

– Chyba z kapustą kiszoną, bo to jedyny „sezonowy owoc” w naszym klimacie o tej porze roku — stwierdził Kochanieńki.

Tortu więc nie ma.

Są za to ciasteczka. Ciasteczka z marmoladą.

U mnie w domu rodzinnym takie ciasteczka mama zawsze piekła na Boże Narodzenie. Raz w roku. Ja z tej tradycji się wyłamałam i ciasteczka popełniłam w kwietniu :) Takie ciasteczko na raz, idealne do kawy czy herbaty.

Jakby ktoś był zainteresowany, podaję przepis.

½ kg mąki tortowej
25 dag masła (nie da się napisać kostka masła, jak w starych przepisach, bo teraz kostka jest oszukana i ma tylko 20 dag, takie czasy, że wszystko oszukane)
2 jaja
5 dag świeżych drożdży
¼ l gęstej śmietany
¼ kg marmolady
cukier puder do posypania

Mąkę posiekać z tłuszczem. Ja to robię za pomocą dużego noża na stolnicy, bo takową posiadam. Drożdże rozrobić z łyżeczką cukru, jak się rozpuszczą dodać jaja, śmietanę i rozbełtać. Wlać do ciasta i szybko zagnieść. Ciasto ma dość luźną konsystencję. Zawinąć w ściereczkę i zanurzyć w wodzie o pokojowej temperaturze. Ja zawiązuję ściereczkę bawełnianą nitką albo gumką recepturką i wrzucam do wody do zlewozmywaka. Woda powinna mieć temperaturę pokojową, czyli być chłodniejsza niż nasze dłonie. Kiedyś wrzuciłam to ciasto do ciepłej wody i tak mi porosło, że aż strach. W końcu to drożdże, a drożdże lubią ciepło :) Teraz podbieram kawowy termometr Kochanieńkiemu i sprawdzam, żeby woda miała w okolicach 24 stopni. Gdy ciasto wypłynie na wierzch (a wypłynie, jak drożdże zaczną rosnąć) odciąć porcję, resztę schować na talerzu do lodówki, żeby nie rosło. Ciasto dość cienko wałkować, wykrawać w kwadraciki, na środek dać marmoladę i zawinąć. Można też wykrawać małe kółeczka kieliszkiem. Ważne, żeby ciasto było dość mocno podwinięte pod spód i ściśnięte, bo w czasie pieczenia ciastka lubią spuchnąć i się rozejść. Piec na dużej blaszce na papierze w temperaturze 180°C aż będą złote. Jeszcze ciepłe oprószyć cukrem pudrem. Z tej porcji wychodzi kilka blach. Nie powiem Wam ile, bo nie liczyłam :) Smacznego.

Na ciastka mnie naszło z kilku powodów.

Po pierwsze co najmniej dwa-trzy tygodnie temu powinnam była pokazać na blogu kolejny element haftu, jaki powstał w ramach ciasteczkowego SAL-u Beaty/Iskierki. Hafcik popełniłam dawno, dawno temu, zaraz na początku marca, ale nie miałam kompletnie weny, żeby go pokazać.

Akurat w tym elemencie do postawienia było niewiele krzyżyków. Kilka chwil i haft był gotowy. Nawet zdjęć w czasie pracy nie porobiłam, bo trwało to krótką chwilę. Mam tylko jedno.

Ot i całość gotowa.

Dużo to bez konturów nie widać ani patrząc z lewa, ani z prawa. Albo odwrotnie.

Ale domyślić się co to jest, co to ma być, chyba można. Mamy trzepaczkę do piany, foremki do wykrawania ciastek i wałek.

Do dziś pamiętam, jak byłam mała, w domu nie było miksera, robota, ani innego mechanicznego urządzenia i jajka na biszkopt trzeba było ubijać ręcznie. Trzepaczką. Oj długo trzeba było ubijać, długo. Ręce od tego bolały, ale biszkopty smakowały nieziemsko. W końcu nie ma to jak ciasto u mamy. Dziś jest maszyna, wszystko można zrobić miło, łatwo i przyjemnie. Bezboleśnie. Tylko że ja dalej siekam masło z mąką na stolnicy nożem. Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka :)

Mam w domu całkiem sporo różnych foremek do ciastek.

I takie wykrawane ciasteczka oraz ciasteczka z marmoladą popełniam zazwyczaj w okolicy Bożego Narodzenia. Mam z tymi ciasteczkami tylko jeden problem. Kompletnie, ale to kompletnie nie radzę sobie z lukrem.

Wychodzą mi koszmarki, że strach się bać, ale to pokażę albo nie pokażę, przy okazji ostatniego elementu z tego haftu. Mam niespełnione marzenie, żeby nauczyć się pracować z lukrem, umieć tworzyć piernikowe cudeńka, ale mam wrażenie, że do tego trzeba mieć duszę i rękę artysty. A u mnie ani jednego, ani drugiego. Ja prosty odtwórca jestem.

Mam też w domu taki wynalazek.

Uchodziłam to cóś na placyku pod Młynem. Moje pierwsze skojarzenie – wałek do malowania ścian, ale on przecież powinien być gumowy! Pamiętacie takie czasy, jeszcze przed-tapetowe, gdy  wzory na ścianie malowało się właśnie podobnym do tego mojego wałkiem? U moich dziadków w każdym pokoju był inny wzór. Strasznie mi się to podobało. Wielką sztuką było nanieść taki malunek idealnie na ścianę, bo nie dość, że trzeba było równo jechać w dół, to jeszcze ważne było miejsce, od którego się zaczynało, żeby wzór się spasował na całej długości. Przy okazji pisania tego posta sprawdziłam u wujka Google co i jak i się zdziwiłam, że temat nie umarł. Dalej można kupić takie wałki i poszaleć sobie z przyozdabianiem ścian.

Ja z początku nie zajarzyłam, co to jest, dopiero sprzedający mnie uświadomił, że to wałek do wykrawania ciastek. Próbowałam użyć go do tej pory tylko raz, z marnym zresztą efektem, bo mi się ciasto przyklejało i słabo wykrawało. Doszłam do wniosku, że wałek trzeba posmarować olejem, a cisto robić dużo cieńsze niż normalnie. Może jeszcze spróbuje coś przed świętami powalczyć, bo wzorki na wałku są typowo „choinkowe”. Tak czy inaczej, mam dwa w jednym i fajny gadżet idealny do sesji zdjęciowej :))

I rzut okiem na wyszyte pięć elementów.

Powinnam była to pokazać miesiąc temu, ale mi nie wyszło. Zdążyłam za to w międzyczasie popełnić kolejny smakowity element.

Tym razem padło na lukrowane serca.

Wyszywało się mega przyjemnie i mega smakowicie. Kolorki, aż biją po oczach i ociekają od cukru. Zupełnie nie jak moje popełnione dawno temu piernikowe, przypalone serca.

Na sesję zdjęciową musiały się załapać kupne serca imbirowe. Cóż było robić :))

Ale, ale….

Nadeszła wiosna!!

Wyciągnęliśmy nareszcie stół z piwnicy i mogłam sobie strzelić fotki na tle mojego ulubionego, jeszcze nieopierzonego klonu :) Musicie mi uwierzyć na słowo, klon gdzieś tam jest. To było pierwsze takie fajne ciepłe popołudnie, z herbatą, z hafcikiem na tarasie. I z ciasteczkiem. Szczegół, że kupnym.

Wiosnę kocham, dla mnie to najpiękniejsza pora roku. Uwielbiam to budzące się życie, tę pierwszą soczystą zieleń traw i liści, te ukwiecone, oszałamiająco pachnące drzewa. Jest cudownie. Jest przepięknie. Nawet nie denerwuje mnie ten padający dziś deszcz, bo deszcz jest bardzo, ale to bardzo potrzebny. Miło, że tym razem pada w poniedziałek, a nie w weekend, na który wszyscy czekają.

To teraz rzut okiem na wszystkie sześć elementów.

Jak nic haft się prosi o kontury, ale to już za chwilę, za momencik. Jeszcze tylko trzy elementy i będzie koniec. Matko, jak ten czas leci. Pół roku już się bawimy w tym SAL-u.

I tak dobrnęliśmy prawie do końca.

Pozostała jeszcze jedna rzecz. Coś jeszcze. Rzeczony tort. Tortu nie ma, są ciastka, bo i świętować jakoś nie bardzo mam ochotę. Pytanie, co tu świętować???

Dokładnie 16 kwietnia 2017, o godz. 21:09 opublikowałam swój pierwszy post na tym blogu. Margo i Nitka obchodzą właśnie swoje pierwsze urodziny.

Tortu nie ma.

Korki od szampana nie strzelają.

A ja mam dylemat, co dalej? Dalej to ciągnąć?

Stoję na rozdrożu i się zastanawiam mocno czy to ma sens. Dla mnie blog, to nie tylko pisanie i pokazywanie zdjęć, to także rozmowa z czytelnikami, aktywność na innych blogach. A tego u mnie nie ma od jakiegoś czasu w ogóle. Nie będę się po raz kolejny tłumaczyć, bo to nie ma sensu. Trzeba coś zrobić, tylko jeszcze nie wiem co. Tak czy inaczej, bardzo się cieszę, że ten blog powstał, że mogę sobie do Was tu pogadać, ponarzekać, pochwalić się. Dziękuję, że mnie czytacie, komentujecie, że się Wam podoba to, co robię, że mi o tym piszecie. Dziękuję, że się Wam w przeciwieństwie do mnie, chce chcieć.

Dziękuję, dziękuję, dziękuję :))

I mam nadzieję, że mimo wszystko cytując klasyka I’ll be back, że wiosna zawita także i w moim sercu, że znowu odnajdę radość i tak naprawdę wrócę do blogowej aktywności. Napisać post na zadany temat to nie sztuka, ważna w tym wszystkim jest cała reszta. Ważni jesteście Wy, Czytelnicy.