Hu! hu! ha! Nasza zima zła!

Czyli Choinka 2018 część 2/12

Dziś miało być o czymś innym, miał być ciąg dalszy zakupów, ale przypomniało mi się, że przecież za chwilę jest 24 najwyższa pora pokazać, co zmajstrowałam sobie na choinkę w ramach zabawy u Kasi. Prawie przegapiłam termin, ale strasznie nieogarnięta jestem ostatnio.

Hafty gotowe od ponad trzech tygodni, a ja nie mam czasu, weny, siły, żeby post wysmarować. Chora znowu byłam, wciąż jestem :( Nie wiem, czy zauważyliście, ale ja jak coś robię to zazwyczaj hurtowo, z rozmachem, bez rozdrabniania się, raz a dobrze. Jak choruję, to też z rozmachem. W zasadzie od świąt nie mogę dojść do siebie. Najpierw było jakieś straszne przeziębienie, potem dopadły mnie korzonki. Skończyłam brać zastrzyki przeciwzapalne, to zaczęłam kaszleć. Nie tak delikatnie od czasu do czasu, ale pełną piersią, z głębi trzewi. Dosłownie. Myślałam, że się wykończę. W nocy spać nie mogłam, w dzień chodziłam jak zombi. I tak prawie dwa tygodnie. Lekarz stwierdził, że mi nic nie jest, brać witaminki, inhalować się, nawadniać. Tylko że ja kurna chata ledwo żywa. Żebra bolą, przepona boli, mózg wyobijany, na oczy ledwo patrzę, jak żyć? no jak żyć? jak do pracy chodzić? jak myśleć? jak wyszywać? jak robić cokolwiek?

Kochanieńki wrócił do domu z wojaży po prawie trzech miesiącach, ja cała stęskniona chałupę ogarnęłam, pająki wymiotłam, nogi pogoliłam i… kazałam mu się wyprowadzić piętro niżej, bo nie dość, że prątkuję i zarażam, to jeszcze ciszę nocną skutecznie zakłócam. Mówię Wam porażka, totalna porażka. Nie tak to miało wyglądać, nie tak. Rany jak ja bym chciała się w końcu ogarnąć i na prostą wyjść, przestać jęczeć. Nawet Adam zauważył, że od jakiegoś czasu nic nie robię, tylko narzekam, marudzę tu na blogu. Dziś też pokwękam.

Napisz coś, odpisz, chociaż na komentarze, zrób coś, tak nie można traktować swoich czytelników — chodzi od kilku dni i mi to powtarza.

A ja nic. Nie mogę się zmusić do niczego. Od jego powrotu nie miałam igły w ręku. Do netu mi się nie chce zajrzeć. Od komputera mnie wręcz odrzuca. Kompletny brak weny i ochoty na jakąkolwiek radosną twórczość własną.

Do tego dostałam jeszcze fakturę, muszę zapłacić za domenę, za chwilę przyjdzie kolejna z płatnością za utrzymanie hosta. Zachciało mi się nowoczesnych technologii, zachciało mi się WordPressa, z którego notabene jestem bardzo zadowolona i którego szczerze polecam, to teraz płacz i płać. Tylko że, ja się zaczynam zastanawiać czy to ma sens, czy chce mi się pisać ten blog? Bo niby po co? W jakim celu?

Miał to być mój wirtualny pamiętnik, w którym będę opisywać moje zmagania z nitką, a ja jakoś mało ostatnio wyszywam, jak nie wcale, a jak nie wyszywam, to nie mam o czym pisać i koło się zamyka. Zapasy porobione, skarby leżą poupychane w szufladach, a ja chodzę i jojczę. Wiosny pragnę, słońca pragnę, ciepła pragnę. Wiosną wszystko się będzie budzić do życia, może i ja się jakoś zbudzę z tego zimowego letargu, w który popadłam.

Żyłam nadzieją, na szybką wiosnę.  U nas trawa wręcz prosi się o pierwsze wiosenne koszenie, w okolicznych ogródkach pojawiły się już przebiśniegi. Szczegół, że śniegu u nas tej zimy to jeszcze nie było na tyle dużo, żebym to zauważyła.

Miała być wiosna, a tu nadciągnęła zima zła, zima sroga, zima bez śnieżna.

Hu! Hu! Ha!

Mróz będzie, zimno w dupkę będzie. W zasadzie to już jest. Na śnieg raczej nie liczę, bałwana nie ulepię. Już nie pamiętam, kiedy bałwana lepiłam. Za to jednego ostatnio wyszyłam. Kochanieńki w zeszłym roku przywiózł mi zestaw Dimension z serii The Gold Collection Playful Snowmen Ornaments. Podobały mi się te bałwanki od zawsze i jak była okazja kupiłam sobie oryginalny zestaw.

Jak to bywa w zestawach Dimensions mamy wzór na kilku kartkach, fajnie posegregowane muliny w sorterach, kanwę, tym razem 18 ct w beżowym kolorze, kawałek białego filcu do wykończenia haftu i jedną jedyną igłę. Jedną igłą to ja pracować nie potrafię, wyciągnęłam sobie swoje zapasy i do każdego koloru używałam innej. No bo jak pracować jedną igłą, nawet najlepszą?

Od samego początku wiedziałam, że nie będę wyszywać na kanwie dołączonej do zestawu. Po pierwsze kanwa jest fuj, na kanwie wyszywać nie lubię. Po drugie rzecz najważniejsza w tym wszystkim — rozmiar tej kanwy. Cóż 18 ct to nie jest to, z czym jestem w stanie się zmierzyć. Niestety nie widzę tak, jak widziałam jeszcze ze dwa lata temu, gdzie i 20 ct nie było dla mnie problemem. Dziś kanwa w rozmiarze 18 ct czy też len 36 ct jest już poza moim zasięgiem. Gdyby w zestawie była kanwa 14 ct pewnie zostawiłabym ją, trochę bym pomarudziła, ale wyszyła, tak jak wyszyłam Pana Misia. Krzyżyki w takim rozmiarze wychodzą mi całkiem zacne.

Postanowiłam, że Bałwanki wyszyję na lnie, bo na lnie wyszywać kocham. Zapasów lnu w domu nie mam wielkich, ale doszłam do wniosku, że Belfast w kolorze waniliowym 305, może się nadać. Nie jest to idealnie to samo, ale jest podobnie. Kanwa jest trochę ciemniejsza i ma cieplejszy odcień, ale len to len :)

Pełna zapału i dobrych chęci zabrałam się, za wyszywanie pierwszego bałwanka, chyba najbardziej amerykańskiego ze wszystkich.

I wiecie co? Zupełnie, ale zupełnie mi nie szło. Aż 12 dni zajęło mi postawienie wszystkich krzyżyków i półkrzyżyków w tym w sumie niewielkim obrazku (jakieś 80×60 krzyżyków). Zastanawiałam się, o co chodzi, czemu wyszywa mi się tak źle, krzyżyki niekoniecznie wychodzą takie, jakbym chciała, nitka mi się skręca i plączę mimo smarowania jej cudowną pomadą. Ja wiem, że złej baletnicy, to i rąbek u spódnicy przeszkadza, ale doszłam do wniosku, że mulina w tym zestawie jest jakaś dziwna. Powiedziałabym, że podła i złej jakości. Nitki jakieś takie mocno poskręcane, różnie poskręcane. Niefajne. Słabo to może widać na poniższym zdjęciu, ale czerwone kolory są mocniej skręcone niż inne.

Zmagałam się z nitkami jak cholera, naprawdę wyszywało mi się źle, a przecież nie miałam takich problemów, gdy wyszywałam inne zestawy Dimension – Pana Misia czy zawieszki na plastikowej kanwie. Mam wrażenie, że te nici są po prostu inne. Kiedyś Dimension to była amerykańska firma, sami produkowali mulinę. Jakiś czas temu ponoć się sprzedali, teraz wszystko robią w Chinach. Zestaw, który posiadam, jest chiński i jest moim zdaniem kiepskiej jakości. Jestem daleka od tego, żeby krytykować wszystko, co chińskie, żeby generalizować. Ostatnio zostałam bardzo mile zaskoczona jakością towarów „made in China”, powiedziałabym, że najwyższą jakością, ale ten zestaw jakoś się im nie udał.

Być może się mylę, być może miałam złe dni na wyszywanie, być może zła ze mnie baletnica, wróć hafciarka, tak czy inaczej zachwycona tym, co uczyniłam, nie jestem. Tak wygląda mój bałwanek po postawieniu wszystkich krzyżyków i półkrzyżyków. Widać, że niewiele widać.

Po postawieniu paru kresek, zrobieniu kilku french knotów obrazek od razu nabrał wyrazu. Kontury nie były jakieś bardzo skomplikowane, machnęłam je w jeden wieczór.

Nie da się ukryć, że największą walkę przyszło mi stoczyć z półkrzyżykami. Nauczona przykrymi doświadczeniami z Panem Misiem i moją wielką wtopą z białymi półkrzyżykami,

próbowałam stawiać tent stitche, o których pisała Meri. Cóż brakło mi na to cierpliwości, pozostałam przy innej metodzie, także podpowiedzianej przez Meri, która pozwoliła mi osiągnąć jako takie półkrzyżyki i mocno kreatywną lewą stronę.

Teraz będzie bardzo boleć, bo pokaże lewą stronę.

Boli jak się patrzy, ale tak to u mnie wygląda. Za to po prawej półkrzyżyki są nie najgorsze, nie są idealne, ale mogą być.

Nie zniosłabym takich podwójnych pasków, jakie wyprodukowałam za pierwszym razem, wyszywając Pana Misia, gdzie jeszcze musiałam się zmagać z pięcioma nitkami muliny. W tym wzorze półkrzyżyki stawia się maksymalnie trzema nitkami. Uff.. Za to french knoty powinny być stawiane dwoma i czterema nitkami. Ograniczyłam się do dwóch nitek i tylko w przypadku oka użyłam trzech. Jakoś nie uśmiechało mi się robienie takich gigantycznych węzłów.

Na zdjęciu powyżej widać, dlaczego napisałam, że akurat ten bałwanek jest najbardziej „amerykański”. Kto u nas podgrzewa sobie marshmallows nad ogniskiem? Toż to typowo amerykański wynalazek.

Tak wygląda mój pierwszy bałwanek po zrobieniu wszystkich backstitchy.

Teraz przydałoby się wykończyć jakoś haft i zrobić z niego wafelek, pinkip czy inną zawieszkę. Nie zrobiłam tego, bo zamierzam wyszyć najpierw wszystkie bałwanki, a dopiero potem pociąć materiał. Wyszywam tylko na tamborku, a do tamborka potrzebny jest mi słuszny kawałek lnu. Poczyniłam jednak próby „wykończenia” zawieszki.

Kochanieńkiemu najbardziej podoba się ta wersja w ramko-tamborku.

Próbowałam dwie różne tasiemki, ale żadna mi nie przypadła do gustu.

Według wzoru zawieszki powinny być wykończone sznureczkiem uplecionym z załączonej muliny. Tylko że, mi ni jak nie wychodzi skręcanie takiego sznureczka. Macie może na to jakiś patent? Jak skręcić ładny, równiutki, nierozkręcający się sznureczek?

Jak ostatecznie wykończę te bałwanki, jeszcze nie wiem, coś wykombinuję. Na razie obrazek zostaje w stanie surowym, niedokończony.

Ponieważ jakoś nie do końca byłam zachwycona tym, co uczyniłam, postanowiłam się pocieszyć i wyprodukowałam sobie kolejne śliczne kocie w ramach Kociego Salu u Małgosi.

Z tym wzorkiem poszło wyjątkowo szybko i przyjemnie. Tu jeszcze goły hafcik, bez konturów:

A tu już kolejna gotowa zawieszka:

Śliczne kociątko prawda?

I wiecie co? Poza niebieskim i szarym cała reszta została popełniona oryginalnymi mulinami Dimension, bo postanowiłam sobie „wymieść resztki” i przyłączyć się do zabawy, którą zaproponowała Monika. Jak chyba większość hafciarek posiadam w swoich zbiorach różne dziwne nitki. Część z nich odziedziczyłam po mamie, część przytuliłam na placyku, część dostałam od koleżanki.

To totalna „zbieranina”, nawet nie wiem, co tu jest,

a to moje zapasy Ariadny. Wiele tego nie ma, ale coś tam jest i  można wykorzystać.

Mam też dość dużo resztek mulin Dimension, które pozostały mi po Panu Misiu i plastikowych zawieszkach i to je postanowiłam użyć, w końcu w ramach kociego salu wyszywamy wzory Dimension :)

Przy dobieraniu mulin Dimension do tego hafciku zaliczyłam małe zdziwienie. Wydawało mi się, że muliny Dimension mają podobnie, jak muliny DMC nazwy przypisane do poszczególnych kolorów. W mulinach DMC 321 to zawsze kolor red, 603 to cranberry, a 3865 to jak mi to napisała Iskireka to winter white itd.

Ponieważ przy wzorkach kociąt nie ma podanych numerów mulin, są tylko podane nazwy typu red, pink, orange, wzięłam to, co mam w domu i zaczęłam szukać po nazwie konkretnych kolorów. I zdziwiłam się, bo w różnych wzorach pod tymi samymi nazwami podane były różne numery mulin. Tu dwa przykłady:

Ale o co chodzi? Dlaczego tak jest? Zaczęłam przekopywać net w poszukiwaniu odpowiedzi i znalazłam. Muliny Dimension podobnie, jak DMC mają nazwy przypisane do poszczególnych numerów, tylko że te nazwy są bardziej rozbudowane niż to, co podawane jest we wzorach. I tak dla czerwonego jest aż sześć różnych kolorów:

13340 dk red copper

11321 red

12326 red copper

12334 bright orange-red

13019 md red

 13046 bright red

Tylko niech mi ktoś powie jak dobrać kolor, gdy ma się podaną tylko krótką nazwę „red” we wzorze, bez numeru, bez pełnego opisu koloru? Wytłumaczenie jest tylko jedno. Trzeba wyszywać tylko oryginalne zestawy, nie kombinować z dobieraniem kolorów, wtedy nie ma dla nas znaczenia, który to odcień bieli jest użyty, wyszywamy tym, co mamy w zestawie. Tylko wszyscy wiemy, jak jest z wyszywaniem oryginalnych zestawów.

Tak czy inaczej, kolejne kocię powstało, jak się ma kolorystycznie do oryginału, nie wiem. Mnie się podoba, jak jest. Większość są to nici z zestawów Dimension, niebieskie muliny to Ariadna, a szare DMC. W przypadku tego hafciku nie miałam jakichś złych odczuć co do muliny Dimensions, pracowało mi się wręcz wzorowo. Kto mi powie, o co chodzi??

Moje śliczne kocię i niewykończonego Bałwanka zgłaszam do zabawy u Kasi Choinka 2018. Mam nadzieję, że Kasia wybaczy mi tę niedoróbkę, ale zawieszki powstaną, gdy wyszyję wszystkie Bałwanki.

Kocię zgłaszam do zabaw u Małgosi w ramach kociego Salu i Moniki w ramach wymiatania resztek w lutym.

A na koniec jeszcze banerki zabaw.

 

 

Byle do wiosny, tylko czemu zima zła nie chce jakoś odpuścić?