Ktoś chętny na kawałek ciasta?

Czyli SAL Cookie Time – część 1

W mieście szalał Grzegorz, wiał, jakby chciał wszystkie drzewa z korzeniami powyrywać, z nieba woda lała się jak z cebra. Ciemno, szaro, mokro, wietrznie, że psa z kulawą nogą za drzwi nie wystawisz.

Idealna niedziela….

Cóż było robić, trzeba było wykorzystać okoliczności przyrody i z czystym sumieniem oddać się wyszywankom.

Niedziela idealna na wyszywanki.

Co tam znowu psujesz? – zapytał Kochanieńki.

Mówiłam Ci, na SAL się zapisałam i muszę do 10 listopada wyszyć obrazek.

Przecież nie ma opcji, żebyś zdążyła wyszyć ten sampler do 10 listopada – zawyrokował Kochanieńki.

I jak tu go nie kochać?

Nie dość, że wie co to sampler, to jest w stanie ocenić, ile pracy kosztuje wyszycie takiego obrazka. Chcąc nie chcąc się mi luby wyedukował przez te kilka lat :))

Od jakiegoś czasu chodziło za mną dołączenie do jakiejś hafciarskiej zabawy, bo taka wyalienowana się trochę czuję w tym krzyżykowym świecie, ale jak na złość wszyscy kartki robią. Piękne kartki robią, fakt absolutnie niezaprzeczalny, ale mnie to nie kręci. Nie umiem i już. A przecież nic na siłę. Kartek robić nie będę.

Aż tu Magos zaproponowała SAL ze wzorkami SoDa. Od razu mi się oczy zaświeciły. O ich projektach myślę już od jakiegoś czasu, chciałam czegoś spróbować, ale jakoś nie było okazji. Niestety w głosowaniu zwyciężyły tancerki, a nie obstawiana przeze mnie ciasteczkowe misie. Nie bardzo mam co z takimi obrazkami zrobić. W sumie to w ogóle nie mam co z nimi zrobić. I z wielkim żalem, nie zapisałam się na zabawę. Na szczęście czujna była Sylwia – Ruda Mama i napisała mi o SAL-u, jaki ogłosiła u siebie Iskierka. Sylwia dzięki wielkie za cynk :))

Nie zastanawiałam się w długo, stwierdziłam, czemu nie, ten obrazek to akurat mi się podoba i mam dla niego zastosowanie. I tak oto zapisałam się na mój pierwszy SAL. Wróć, nie jest pierwszy. Kiedyś bawiłam się we wspólne wyszywanie kalendarza, ale to było na francuskiej stronie. O tym może kiedyś przy okazji pamiętnika hafciarki.

Plan jest taki, że przez najbliższe parę miesięcy będziemy wspólnie wyszywać taki oto obrazek.

 

Wbrew temu, co sądził Kochanieńki, do 10 listopada jest termin wyszycia pierwszego elementu, czyli ciasta czekoladowego. Przyznam się bez bicia, że ten fragment podoba mi się najmniej w całym obrazku i nie powiem, z czym mi się w trakcie wyszywania kojarzyło to, co pojawiało się na moim tamborku.

Materiały zgromadziłam już jakiś czas temu, ale jestem ostatnio w totalnym niedoczasie i nie mogę się z niczym ogarnąć i wyrobić. Jeszcze pogoda nastraja tak optymistycznie, że szkoda gadać. W niedzielę stwierdziłam, że nie ma na co czekać, jest termin, trzeba się wywiązać, choćby nie wiem co.

Oczywiście z wyborem koloru materiału nie było łatwo, ale od początku jasne było, że będzie to len. Chciałam czegoś jasnego. Biały mi nie pasował mentalnie, a poza tym mam go tylko w rozmiarze 35 ct, a moje oczy nie lubią już tej gęstości, waniliowy wydawał mi się za żółty, na naturalny jasny mam plan. Padło na Belfast w kolorze kości słoniowej nr 101.

Czyż nie pięknie prezentują się te wszystkie kolorki?

Zaczęłam od obliczenia wielkości wzoru i sprawdzenia, czy kawałek lnu, który mam będzie wystarczający. Wystarczyło na styk. Jak obliczyć potrzebną wielkość materiału opisała m.in. ostatnio Hania. Warto zajrzeć i się dowiedzieć jak ktoś jeszcze nie wie, o co chodzi. Ja akurat korzystam od samego początku z tabeli, którą znalazłam u Chagi w jej Krzyżykowym ABC i każdy mój haft zaczynam właśnie od wyliczeń. Nie wyobrażam sobie tego nie robić. Dla mnie to pierwszy krok do rozpoczęcia pracy. W środku nocy jestem w stanie podać, ile na Belfaście zajmuje 10 krzyżyków.

1,56 cm jakby ktoś nie wiedział :)

Teraz mam trochę problem z marginesami. Jest bardzo, bardzo na styk. Do oprawy wystarczy, ale ja korzystam z ramki q-snape, a tu potrzeba trochę więcej materiału pod klipsy niż w standardowym tamborku. Poza tym nie mam maszyny do szycia w domu, nie mam jak obrzucić lnu, żeby się nie wysnuwał w czasie pracy, a Belfast wyjątkowo to lubi, korzystam więc ze zwyczajnej taśmy malarskiej do zabezpieczenia brzegów materiału. To niestety zabiera dodatkowo prawie centymetr, a pod ramkę taśma nie włazi, tak ciasno trzymają klipsy. Jest za to wszystko idealnie napięte :)

Zaczęłam więc wyszywanie w wietrzny niedzielny poranek i od razu okazało się, że mam problem. Wiem jak obliczyć wielkość haftu, wiem ile zostawić materiału na marginesy, ale kurza twarz gdzie mam zacząć??? Leniwa jestem, nie lubię „tracić czasu na pierdoły” i zawsze, ale to zawsze zaczynam każdy haft od  środka. Jestem wtedy pewna, że mi materiału wystarczy i z każdej strony będzie taki sam margines, gdy skończę. A tu klops. Wyszywamy po kolei, a nie od środka i nie wiem, gdzie wbić igłę?  Normalnie tragedia :(((

Cóż było robić, trzeba było liczyć. Sprawdzałam trzy razy, mam nadzieje, że się nie pomyliłam, bo się chyba zapłaczę, jak mi źle wyjdzie. Jak nic będzie trzeba powalczyć z moim lenistwem i w końcu zacząć robić siatkę, o której nie raz i nie dwa pisała Chaga, a którą ostatnio bardzo zachwalała Zafolkowana Agnieszka. Przy następnych zakupach kupię odpowiednie nici i zacznę wyszywanie od zrobienia siatki. Taki mam plan :)

No to teraz krótkie fotostory z trzech dni wyszywania.

Najpierw ozdobniki z rogu obrazka, kilka chwil i były gotowe.

A potem zabrałam się za ciastko. Cóż nie wygląda mi to jak ciastko czekoladowe, ale co robić, taki wzór, tak to ktoś wymyślił. Bardziej mi się to już z makowcem na Wielkanoc kojarzy albo z ciastkiem karmelowym. I z czymś jeszcze :)

I ciastko gotowe.

Najbardziej to ja lubię takie zdjęcia,

ale takich zdjęć to już do wiosny raczej nie będzie. Mój telefon potrzebuje światła, dużo słonecznego światła, żeby zrobić jako takie zdjęcie, a teraz jak raz w tygodniu słońce zaświeci i to wtedy, gdy akurat nie ma mnie w domu, to maks.

Miałam oczywiście „pomocnicę” w czasie wyszywaniu. Bardzo była pomocna, bardzo. Za nic nie dawała się z kolan zrzucić, a trochę ciężko się wyszywa, mając pięć kilo kota na kolanach.

Potem zabrałam się za wyszywanie serwetki, obrusika?

Wszystkie krzyżyki gotowe. I co? Widać, że nic nie widać :)

Trzeba było zabrać się za kontury, które we wzorkach SoDa działają cuda.

I tu zaliczyłam małe pozytywne zdziwienie. Kontury we wzorze są „poszatkowane”, dokładnie zaznaczone są miejsca wbicia igły. Po raz pierwszy się z tym spotkałam — fakt z wieloma wzorami nie dane mi było jeszcze pracować, ale już coś tam widziałam. Dla mnie to była nowość.

Jak widzicie, na wzorze część długich kresek jest „pocięta”, a część jest robiona w całości. W połowie konturowania doszłam do wniosku, że trzeba do tematu podejść inaczej.

Po pierwsze trzeba znaleźć jakąś inną nić, bo czarna mulina DMC wyjątkowo mi nie leży. Po drugie trzeba do konturów się przyłożyć jak w mojej Wandzi. Tego się nie spodziewałam, myślałam, że będzie łatwo i przyjemnie. Po trzecie doszłam do wniosku, że jeżeli mam ten obrazek wyszywać przez najbliższe 9 miesięcy, to jak nic pójdzie on do prania przed oprawą. A przecież prać trzeba przed zrobieniem konturów, bo potem wszystko mi na lnie obwiśnie. Kontury skończyłam na szybko, na sztukę i tak je wypruję i zrobię jeszcze raz.

Mam zamiar wyszyć cały obrazek bez backstichy, wyprać go, a kontury zrobić na sam koniec. I bardziej się postarać. Mam nadzieję, że Iskierka mi wybaczy taką fanaberię.

Tak prezentuje się moje czekoladowe ciastko.

Z angielskich napisów zrezygnowałam świadomie. Na razie jest tak sobie, ale już nie mogę się doczekać imbryczka, filiżanki i imbirowych ciastków, które niestety będą wyszywane pewnie ostatnie:)

A tak na koniec może ktoś chętny na kawałek sernika? Wyjątkowo mi się nie udał :) Trzeba się jakoś ratować w ten smutny jesienny czas. Ciasta czekoladowego nie lubię, nigdy nie piekłam. Czekoladę za to kocham :))

P.S.

Jest mi niezmiernie miło, że znalazły się chętne na moje candy, bo miałam trochę obawy, jak to będzie i bardzo się cieszę, że trafiły do mnie nowe osoby. Mam nadzieję, że zostaniecie u mnie na dłużej :)

Został miesiąc na zapisy, więc jakby ktoś  jeszcze reflektował, serdecznie zapraszam.

 

 

 

 

 

 

 

 

  • Małgorzata Pardela

    Pięknie prezentują się te Twoje krzyżyki na lnie. Pozdrawiam.

    • Bo ja kocham len i z przyjemnością na nim wyszywam :))

  • Iwona

    Hafcik zapowiada się uroczo – wzorki SoDa rzeczywiście kuszą…
    Oprócz równiutkich, wymuskanych krzyżyków, najbardziej stęskniłam się za Twoimi wpisami – świetne pióro :-)
    Pozdrawiam serdecznie :-)

    • Iwonka ja specjalnie dla Ciebie „powieść” zaczęłam pisać :)) Ale doszłam do wniosku, że pisarki ze mnie jednak nie będzie. Wolę wyszywać :)

  • Smakowicie się u Ciebie zrobiło :)

    Wiesz, że ja zawsze zaczynam haft w ten sposób – tzn. o ile to możliwe to startuję od lewego górnego rogu :) Dla mnie to normalne i łatwe ;) Ale rzeczywiście wymaga kilkukrotnego liczenia.
    Mam w planach notkę ze zdjęciami jak to robię ;)

    • A widzisz, u mnie to nie jest lewy górny róg, tylko prawy dolny :) Ja wyszywam zawsze do góry i z prawej strony do lewej. Inaczej nie potrafię. Gdy wyczytałam u Ciebie na blogu, jak się powinno stawiać prawidłowo krzyżyki, spróbowałam się przestawić. Z marnym skutkiem niestety. Moje krzyżyki wychodziły całkiem koślawe. Pewnie to kwestia wprawy i przestawienia się, ale ja już nie mam czasu na eksperymenty. Z „wiekiem” coraz gorzej widzę i cierpię z tego powodu okrutnie.
      Wszelkie „techniczne” wpisy są bardzo, bardzo pomocne i przydatne, ja często szukam właśnie takich rzeczy w sieci, więc rób zdjęcia, pisz notatkę, na pewno się przyda.

  • Kasia S.

    Ja też jestem z tych osób, którym szkoda czasu na robienie kratek na materiale. O ile na Aidzie wyszywanie zaczynam od górnego lewego rogu, to na lnie tak jak Ty – zawsze od środka :) Liczenie nitek na lnie to masakra, ja bym się zawsze pomyliła ;) Czy dobrze przeczytałam, że zdjęcia robisz telefonem ? Jak uzyskujesz takie powiększenia ?? Ja też lubię najbardziej takie zdjęcia makro, ale za chiny mój telefon (wcale nie najgorszy) nie umie takich zrobić – wychodzą rozmazane… A ciastkami to się w każdej postaci mogę częstować – to czekoladowe wygląda apetycznie z backstitchami, a na widok sernika aż mi ślinka cieknie :)))

    • Kasiu wszystkie zdjęcia na tym blogu są robione telefonem (z wyjątkiem może dwóch). Nie mam niestety aparatu i w sumie to chyba nie odczuwam potrzeby jego posiadania. Ja nie potrafię patrzeć przez obiektyw i robić fajnych ujęć. Mam telefon z tych gorszych Samsung Galaxy J5. Jak widać, przy bardzo dobrym oświetleniu daje radę zrobić naprawdę ostre zdjęcie, ale słońca mu dużo do tego potrzeba. Kupiłam sobie ostatnio soczewkę powiększającą na obiektyw, ale nie jestem zachwycona. Za szybko rozmazuje obraz, za mało obejmuje na zdjęciu.

  • Cytrulina blogspot com

    Ale pięknie u Ciebie i taki dokładny opis! Super! Powodzenia w haftowaniu tego obrazka, ja też niedługo skończę haftować to czekoladowe ciasteczko, pozdrawiam!

    • Nie da się ukryć, że ja gaduła jestem i mówię, mówię, mówię, aż do zanudzenia o krzyżykach :) Jeszcze mi się chce :)

  • chaga 5

    Ja z kolei nawet nie podchodzę do lnu bez siatki. Nie wyobrażam sobie haftowania w ciemno i tylko w jednym miejscu. Mój sposób wydaje mi się całkiem prosty i nieskomplikowany a daje mi później dużą swobodę. Oczywiście jest tak wtedy, gdy faktycznie jest to mój sposób, bo niestety spotkałam się z wieloma interpretacjami niby mojej siatki, a było to coś zupełnie innego :) i mogło zniechęcić do jej stosowania. Aga zafolkowana też na początku robiła ją inaczej :)
    Faktycznie ta część wzoru jest najsłabsza, fajniejsze są następne elementy. Co do konturów, to nie rozumiem dlaczego po praniu Ci się luzują? Piorę wszystkie swoje hafty przed oprawą i nigdy tego nie miałam.

    • A ja ładnie proszę o podzielenie się wiedzą tajemną z robienia tej siatki. Wydaje mi się, podkreślam, wydaje mi się, że wiem, o co chodzi, ale wiadomo, najgorzej jest, jak się komuś coś wydaje :) Kiedyś nawet zabrałam się za robienie siatki, bo miałam ogromny sampler na lnie, ale przy pierwszej pomyłce wymiękłam. Nie chciało mi się walczyć z kilometrami nici. Na szczęście się nie pomyliłam i wszystko na koniec mi się zeszło. A drżałam w międzyczasie mocno. Znowu jak wyszywałam wianek na wieczko do mojego niciaka, w połowie haftu zorientowała się , że jest gdzieś błąd. Musiałam kombinować i koło nie do końca jest kołem. Linie pomocnicze od razu pomogłyby mi się zorientować, że popełniłam błąd, więc jednak warto poświęcić tych parę chwil na zrobienie siatki.
      Zauważyłam, że wyszywasz kolorami, na całym obszarze haftu i też bym sobie nie wyobrażała robić to bez linii pomocniczych. Ja wyszywam po kolei, całościowo zapełniam dany obszar haftu, bo jak zostawiam dziury, to potem wychodzą mi schowane krzyżyki. Nie parkuję też nitek. W sumie to wyszywam po swojemu, ale mam ciągle problem z pojedynczymi krzyżykami, żeby ładne były. Co do luzowania nitek. Jednak bawełna i len trochę inaczej zachowują się w wodzie, zwłaszcza przy długich nitkach to czasami widać. Pewnie wynika to ze zasłabłego naciągnięcia nitki, złej techniki. Nie wiem. W ogóle to najbardziej mi się podobają moje hafty, których nie prałam, tylko prasowałam. Krzyżyki są wtedy najładniejsze.

      • chaga 5

        Jakie kilometry nici??? :), myślisz, że ciągnę jedną nitkę przez całą siatkę? rozbawiłaś mnie.
        Haftuję różnie, ale teraz łatwiej mi poradzić sobie z upilnowaniem przed moim małym diabełkiem jednej muliny niż kilka z igłami, a o parkowaniu to już nie ma co wspominać (kiedyś pewnie spróbuję z naciskiem na kiedyś).
        Tak właściwie to raczej odświeżam moje gotowe hafty, niż piorę. Trochę letniej wody i płynu. Rozkładam na ręczniku i jeszcze mokre po lewej stronie prasuję. Kontury maksymalnie prowadzę do 3 krzyżyków, generalnie co 1-2, dlatego może nie miałam z nimi problemów.

        • :))) Widzisz, ja pierwszą próbę zrobienia siatki na lnie podjęłam, gdy zaczynałam mój największy w życiu haft, sampler, który miał 461×626 krzyżyków. Żeby mi było „łatwiej” zaczęłam od dłuższego boku. Dla mnie to były wtedy kilometry nici nawet ta jedna długość :) Zniechęciłam się i wymiękłam. I to był błąd. Trzeba było zacząć od czegoś jednak trochę mniejszego. Zdaję sobie sprawę z tego, że najważniejsza jest ta pierwsza nitka, kolejne się „tylko” uważnie powiela. Ja niestety nie przebrnęłam przez pierwszą.

  • Jarzębinowa

    Wzorki Soda, mimo bajeczności kolorów i specyficznego looku nie do końca do mnie przemawiają. Mimo, że niektóre mi się podobają, to nie bardzo miałabym jak je wykorzystać. Do moich przyszłych wnętrz nie bardzo by pasowały :)
    Natomiast z miłą chęcią będę podglądać postępy. Bo ja lubię tu przychodzić i patrząc na Twoje linijkowe krzyżyki :) I czytać o dywagacjach i rozterkach. Dochodzę wówczas do wniosku, że ja to jednak do tematu się nie przykładam :)
    Wzorek wybieram, materiał raz dwa, itp.. Poza tym leń jestem i zaczynam zawsze od środka, bo nie chce mi się wyliczać, obawiając się, że i tak gdzieś się rąbnę (a muszę wspomnieć, że jak tylko wyciągam cały mandżur hafciarski, to na kolanach mam od razu któreś dziecko, albo dwa.) Idę więc na łatwiznę:)

    • Ten hafcik nie będzie u mnie wsiał, będzie na prezent :) Nie bardzo pasuje do mojej kuchni, gdzie mam jeszcze przez chwilę dwie wściekle pomarańczowe ściany. Róż i pomarańcz to tak niekoniecznie jednak do siebie pasują:) W sumie to nie do końca moje klimaty, bo ja jednak wolę… właśnie sobie uświadomiłam, że chyba nie potrafię powiedzieć, co ja lubię wyszywać, co jest w moim klimacie. Zdarza mi się wyszywać różne dziwne rzeczy :)))
      Też jestem leń, ale doszłam do wniosku, że akurat z tym leniem to jednak spróbuję powalczyć i robić w przyszłości siatkę. To na bank ułatwia życie w czasie wyszywania.
      Temat do dylematów, rozterek to ja sobie zawsze znajdę. Taka moja cecha, że się zastanawiam nad rzeczami nieistotnymi, a te istotne i ważne po prostu robię :))

  • Anna Sitko

    Ale idealnie perfekcyjne te krzyżyki u Ciebie, że nie mogę się napatrzeć. ja krzyżyki stawiam od bardzooo niedawna, ale jak mogę Ci poradzić to ja brzegi kanwy zabezpieczam fizelinową taśma formującą , najlepiej białą, taką jakiej używają krawcowe do podklejania podkrojów np. pach. Dostaniesz ją w każdej pasmanterii za niewielkie pieniądze. Robię to tak że ją składam na pół w środek wkładam kanwę i prasuję. Trzyma się mocno nic nie odchodzi, nic się nie strzępi a po praniu , kiedy pasujesz możesz ją delikatnie zerwać ale w tedy mogą „wyjść ” ze dwie nitki. Może w czymś pomogłam. Dla mnie jest to dobry sposób , bo policzyć nitki łatwo nawet jak taśma jest naprasowana a i jest tak cienko jak byś tam nic nie miała na brzegach więc i tamborek i rama dobrze trzymają.
    Pozdrawiam Ania:)

    • Bardzo Ci Aniu dziękuję za podpowiedź z taśmą flizelinową. Jakby to głupio nie zabrzmiało „dobre rady zawsze w cenie” :) A to jest bardzo dobra rada! Przy okazji będę musiała nabyć parę metrów takiej taśmy. Proste, łatwe i skuteczne rozwiązanie, na pewno skorzystam. Dziękuję !

  • Edyta Godzic

    Ale słodki post!!! Sernik aż wychodzi z tortownicy:) Ślinka leci!
    Za obrazkami Sody nie przepadam. Wydaje mi się, że ten wzorek był już w jakimś SALu. Bardzo ciekawe są w schemacie te oznaczenia gdzie trzeba się wbić robiąc back stitche. Nigdy się z czymś takim nie spotkałam.
    Też mam problem z planowaniem haftu na lnie:) Liczę i liczę, żeby czasem się nie pomylić i nie haftować z duszą na ramieniu.
    Pięknie Ci idzie ten słodki obrazek. Czekam na kolejną odsłonę!

    • Nie da się ukryć, że wzoroki SoDa są specyficzne. Takie słodko-pierdzące, ale ja czasami lubię zaszaleć :) Dla mnie te oznaczenia na backstitchach to też była nowość i zaskoczenie, ale ma to sens i jest mocno pomocne. Następna odsłona ma być przed 10 grudnia, może się wyrobię, bo coś ostatnio u mnie nic nie idzie, tak jak powinno. I woli i ochoty na robótki jakoś ubyło :( Oddajcie mi słońce, oddajcie mi niebieskie niebo!!

  • Agnieszka Jakubicz

    Toć i prawda, że siatka zajmuje trochę czasu i doskonale ćwiczy cierpliwość przy liczeniu. Nie wyobrażam sobie jednak bez niej pracy przy hafcie, pozwala łatwo się odnaleźć w trakcie. A nylonowa nić sprawdza się przy tym idealnie i nie psuje efektu, jak się ją pruje. Pierwszy raz widzę dzielenie długich konturów we wzorze, ale to dobra wskazówka, że jest świetnie opracowany. Często przy backstitchach trzeba głowić się i „na czuja” wbijać igłę w materiał.
    Po raz kolejny wzdycham na widok Twoich równiuteńkich krzyżyków.

    • Twoje ostatnie wpisy mnie zmotywowały i postanowiłam, że jednak pokonam lenia i zrobię siatkę. Chwalisz tak metodę Chagi, że jak nic trzeba spróbować. Muszę tylko kupić cieńsze nici, bo to, co mam w domu jest jednak trochę za grube. Wydawało mi się, że temat backstitchy mam rozgryziony, a tu znowu mnie coś zaskoczyło :

  • A ja nie ogarniam robienia siatek na lnie. Fakt, raz tylko na nim haftowałam i po prostu ominęłam etap robienia siatki. Co do konturów to faktycznie ciekawy schemat z poszatkowanymi backstitchami :) Przecudowne masz te krzyżyki, normalnie aż się oczy mi świecą na ich widok :) A obrazek jak najbardziej świetny, też gdzieś siedzi w mojej głowie w szufladce „kiedyś” :)

    • Też jeszcze nie wiem do końca o co chodzi w tej siatce, coś tam sobie wyobrażam. Wiem jedno, na pewno łatwiej się w trakcie orientować, gdzie człowiek jest i czy czegoś nie zgubił. Ja nigdy nic nie zaznaczam, ani na kanwie, ani na lnie. Liczę od początku do końca. I jednak się pomyliłam raz okrutnie. Spróbuję zobaczymy, może mi się też spodoba i już nie będę sobie wyobrażała „życia bez siatki” :)))

  • magdusiaa

    Nigdy nie robiłam siatki na lnie. Twoje ciasteczko świetnie się prezentuje :). Mi samej ten obrazek również się podoba , ale czasu brak
    Pozdrawiam

    • Na nadmiar czasu chyba żadna hafciarka nie narzeka :) Jest tyle pięknych wzorów, które by się chciało wyszyć, ale doba ma tylko 24h, człowiek tylko dwie ręce, a do tego jest jeszcze normalne życie, praca, rodzina. Oj mieć patent na rozciągnięcie doby :)

  • Titania yng Nghymru

    Pięknie to wszystko u Ciebie wygląda – i xxx i wypieki i zdjęcia :) z przyjemnością się ogląda :)

    • Miło mi, że chociaż tak mogłam zrobić Ci małą przyjemność :)))