Ktoś chętny na kawałek ciasta?

Czyli SAL Cookie Time – część 1

W mieście szalał Grzegorz, wiał, jakby chciał wszystkie drzewa z korzeniami powyrywać, z nieba woda lała się jak z cebra. Ciemno, szaro, mokro, wietrznie, że psa z kulawą nogą za drzwi nie wystawisz.

Idealna niedziela….

Cóż było robić, trzeba było wykorzystać okoliczności przyrody i z czystym sumieniem oddać się wyszywankom.

Niedziela idealna na wyszywanki.

Co tam znowu psujesz? – zapytał Kochanieńki.

Mówiłam Ci, na SAL się zapisałam i muszę do 10 listopada wyszyć obrazek.

Przecież nie ma opcji, żebyś zdążyła wyszyć ten sampler do 10 listopada – zawyrokował Kochanieńki.

I jak tu go nie kochać?

Nie dość, że wie co to sampler, to jest w stanie ocenić, ile pracy kosztuje wyszycie takiego obrazka. Chcąc nie chcąc się mi luby wyedukował przez te kilka lat :))

Od jakiegoś czasu chodziło za mną dołączenie do jakiejś hafciarskiej zabawy, bo taka wyalienowana się trochę czuję w tym krzyżykowym świecie, ale jak na złość wszyscy kartki robią. Piękne kartki robią, fakt absolutnie niezaprzeczalny, ale mnie to nie kręci. Nie umiem i już. A przecież nic na siłę. Kartek robić nie będę.

Aż tu Magos zaproponowała SAL ze wzorkami SoDa. Od razu mi się oczy zaświeciły. O ich projektach myślę już od jakiegoś czasu, chciałam czegoś spróbować, ale jakoś nie było okazji. Niestety w głosowaniu zwyciężyły tancerki, a nie obstawiana przeze mnie ciasteczkowe misie. Nie bardzo mam co z takimi obrazkami zrobić. W sumie to w ogóle nie mam co z nimi zrobić. I z wielkim żalem, nie zapisałam się na zabawę. Na szczęście czujna była Sylwia – Ruda Mama i napisała mi o SAL-u, jaki ogłosiła u siebie Iskierka. Sylwia dzięki wielkie za cynk :))

Nie zastanawiałam się w długo, stwierdziłam, czemu nie, ten obrazek to akurat mi się podoba i mam dla niego zastosowanie. I tak oto zapisałam się na mój pierwszy SAL. Wróć, nie jest pierwszy. Kiedyś bawiłam się we wspólne wyszywanie kalendarza, ale to było na francuskiej stronie. O tym może kiedyś przy okazji pamiętnika hafciarki.

Plan jest taki, że przez najbliższe parę miesięcy będziemy wspólnie wyszywać taki oto obrazek.

 

Wbrew temu, co sądził Kochanieńki, do 10 listopada jest termin wyszycia pierwszego elementu, czyli ciasta czekoladowego. Przyznam się bez bicia, że ten fragment podoba mi się najmniej w całym obrazku i nie powiem, z czym mi się w trakcie wyszywania kojarzyło to, co pojawiało się na moim tamborku.

Materiały zgromadziłam już jakiś czas temu, ale jestem ostatnio w totalnym niedoczasie i nie mogę się z niczym ogarnąć i wyrobić. Jeszcze pogoda nastraja tak optymistycznie, że szkoda gadać. W niedzielę stwierdziłam, że nie ma na co czekać, jest termin, trzeba się wywiązać, choćby nie wiem co.

Oczywiście z wyborem koloru materiału nie było łatwo, ale od początku jasne było, że będzie to len. Chciałam czegoś jasnego. Biały mi nie pasował mentalnie, a poza tym mam go tylko w rozmiarze 35 ct, a moje oczy nie lubią już tej gęstości, waniliowy wydawał mi się za żółty, na naturalny jasny mam plan. Padło na Belfast w kolorze kości słoniowej nr 101.

Czyż nie pięknie prezentują się te wszystkie kolorki?

Zaczęłam od obliczenia wielkości wzoru i sprawdzenia, czy kawałek lnu, który mam będzie wystarczający. Wystarczyło na styk. Jak obliczyć potrzebną wielkość materiału opisała m.in. ostatnio Hania. Warto zajrzeć i się dowiedzieć jak ktoś jeszcze nie wie, o co chodzi. Ja akurat korzystam od samego początku z tabeli, którą znalazłam u Chagi w jej Krzyżykowym ABC i każdy mój haft zaczynam właśnie od wyliczeń. Nie wyobrażam sobie tego nie robić. Dla mnie to pierwszy krok do rozpoczęcia pracy. W środku nocy jestem w stanie podać, ile na Belfaście zajmuje 10 krzyżyków.

1,56 cm jakby ktoś nie wiedział :)

Teraz mam trochę problem z marginesami. Jest bardzo, bardzo na styk. Do oprawy wystarczy, ale ja korzystam z ramki q-snape, a tu potrzeba trochę więcej materiału pod klipsy niż w standardowym tamborku. Poza tym nie mam maszyny do szycia w domu, nie mam jak obrzucić lnu, żeby się nie wysnuwał w czasie pracy, a Belfast wyjątkowo to lubi, korzystam więc ze zwyczajnej taśmy malarskiej do zabezpieczenia brzegów materiału. To niestety zabiera dodatkowo prawie centymetr, a pod ramkę taśma nie włazi, tak ciasno trzymają klipsy. Jest za to wszystko idealnie napięte :)

Zaczęłam więc wyszywanie w wietrzny niedzielny poranek i od razu okazało się, że mam problem. Wiem jak obliczyć wielkość haftu, wiem ile zostawić materiału na marginesy, ale kurza twarz gdzie mam zacząć??? Leniwa jestem, nie lubię „tracić czasu na pierdoły” i zawsze, ale to zawsze zaczynam każdy haft od  środka. Jestem wtedy pewna, że mi materiału wystarczy i z każdej strony będzie taki sam margines, gdy skończę. A tu klops. Wyszywamy po kolei, a nie od środka i nie wiem, gdzie wbić igłę?  Normalnie tragedia :(((

Cóż było robić, trzeba było liczyć. Sprawdzałam trzy razy, mam nadzieje, że się nie pomyliłam, bo się chyba zapłaczę, jak mi źle wyjdzie. Jak nic będzie trzeba powalczyć z moim lenistwem i w końcu zacząć robić siatkę, o której nie raz i nie dwa pisała Chaga, a którą ostatnio bardzo zachwalała Zafolkowana Agnieszka. Przy następnych zakupach kupię odpowiednie nici i zacznę wyszywanie od zrobienia siatki. Taki mam plan :)

No to teraz krótkie fotostory z trzech dni wyszywania.

Najpierw ozdobniki z rogu obrazka, kilka chwil i były gotowe.

A potem zabrałam się za ciastko. Cóż nie wygląda mi to jak ciastko czekoladowe, ale co robić, taki wzór, tak to ktoś wymyślił. Bardziej mi się to już z makowcem na Wielkanoc kojarzy albo z ciastkiem karmelowym. I z czymś jeszcze :)

I ciastko gotowe.

Najbardziej to ja lubię takie zdjęcia,

ale takich zdjęć to już do wiosny raczej nie będzie. Mój telefon potrzebuje światła, dużo słonecznego światła, żeby zrobić jako takie zdjęcie, a teraz jak raz w tygodniu słońce zaświeci i to wtedy, gdy akurat nie ma mnie w domu, to maks.

Miałam oczywiście „pomocnicę” w czasie wyszywaniu. Bardzo była pomocna, bardzo. Za nic nie dawała się z kolan zrzucić, a trochę ciężko się wyszywa, mając pięć kilo kota na kolanach.

Potem zabrałam się za wyszywanie serwetki, obrusika?

Wszystkie krzyżyki gotowe. I co? Widać, że nic nie widać :)

Trzeba było zabrać się za kontury, które we wzorkach SoDa działają cuda.

I tu zaliczyłam małe pozytywne zdziwienie. Kontury we wzorze są „poszatkowane”, dokładnie zaznaczone są miejsca wbicia igły. Po raz pierwszy się z tym spotkałam — fakt z wieloma wzorami nie dane mi było jeszcze pracować, ale już coś tam widziałam. Dla mnie to była nowość.

Jak widzicie, na wzorze część długich kresek jest „pocięta”, a część jest robiona w całości. W połowie konturowania doszłam do wniosku, że trzeba do tematu podejść inaczej.

Po pierwsze trzeba znaleźć jakąś inną nić, bo czarna mulina DMC wyjątkowo mi nie leży. Po drugie trzeba do konturów się przyłożyć jak w mojej Wandzi. Tego się nie spodziewałam, myślałam, że będzie łatwo i przyjemnie. Po trzecie doszłam do wniosku, że jeżeli mam ten obrazek wyszywać przez najbliższe 9 miesięcy, to jak nic pójdzie on do prania przed oprawą. A przecież prać trzeba przed zrobieniem konturów, bo potem wszystko mi na lnie obwiśnie. Kontury skończyłam na szybko, na sztukę i tak je wypruję i zrobię jeszcze raz.

Mam zamiar wyszyć cały obrazek bez backstichy, wyprać go, a kontury zrobić na sam koniec. I bardziej się postarać. Mam nadzieję, że Iskierka mi wybaczy taką fanaberię.

Tak prezentuje się moje czekoladowe ciastko.

Z angielskich napisów zrezygnowałam świadomie. Na razie jest tak sobie, ale już nie mogę się doczekać imbryczka, filiżanki i imbirowych ciastków, które niestety będą wyszywane pewnie ostatnie:)

A tak na koniec może ktoś chętny na kawałek sernika? Wyjątkowo mi się nie udał :) Trzeba się jakoś ratować w ten smutny jesienny czas. Ciasta czekoladowego nie lubię, nigdy nie piekłam. Czekoladę za to kocham :))

P.S.

Jest mi niezmiernie miło, że znalazły się chętne na moje candy, bo miałam trochę obawy, jak to będzie i bardzo się cieszę, że trafiły do mnie nowe osoby. Mam nadzieję, że zostaniecie u mnie na dłużej :)

Został miesiąc na zapisy, więc jakby ktoś  jeszcze reflektował, serdecznie zapraszam.