Kupa szczęścia :)

Czyli prezenty, zakupy, prezenty

Tęskniliście?

Ja bardzo. Bardziej niż bardzo.

Ale wiecie co?

Już nie tęsknię.

KOCHANIEŃKI wrócił do domu z dalekiego kraju :)

Wrócił i przywiózł  „torby z darami w aucie z alufelgami„.

Tak po prawdzie to nie wiem, czy taksówka, którą przyjechał z lotniska, miała alufelgi. Nie sądzę. To nieistotne. Kochanieńki wrócił, wróciło życie do domu! To najważniejsze!

W końcu!!

Nareszcie!!

Być może wena mi też wróci, bo ostatnio było ze mną źle, nawet bardzo źle. Ckniło mi się już okrutnie, nic mi się nie chciało. Nie pisałam, nie wyszywałam. Siedzieć nie mogłam, leżeć nie mogłam, najlepiej mi się stało i chodziło, bo w stare krzyże jakaś cholera mi weszła. 10 zastrzyków w dupkę i już jest prawie dobrze. Za to z nosa mi znowu na klawiaturę kapie :( Jak nie urok, to przemarsz wojsk. Ale tak to jest, jak się człowiekowi gwarancja kończy. Ostatnio w tramwaju nawet młodzież ustępuje mi miejsca. O ile jeszcze to byli młodzi panowie, to było to miłe i przyjemne. O prawdziwy młody dżentelmen sobie myślałam. Niestety, gdy miejsca ustąpiła mi licealistka, studentka, w sumie to może nawet gimnazjalistka być mogła, szczerze – nie rozróżniam, poczułam się stara :( Kiedy się to wydarzyło, że to nie ja się zrywam pierwsza z miejsca, tylko z wdzięcznością przyjmuję gdy mi je ktoś ustąpi, nie wiem, przecież ja jeszcze całkiem młode dziewczę jestem?!?!

Marudzę, a przecież nie o tym miało być. Miało być dziś o rzeczach przyjemnych. Wszak Kochanieńki wrócił po prawie trzech miesiącach nieobecności!!

I znowu mnie denerwuje i wkurza. Rany, jak ja za tym tęskniłam :)))

I kawę po staremu z rana (co prawda było to południe, bo on jeszcze na inny czas przestawiony) wypiliśmy. Wszystko powoli wraca do normy.

I jest tak, jak być powinno. Tak jak lubię :)

I prezentów mi nawiózł pół walizki.

Trudno było go nie wykorzystać, gdy był w miejscu, gdzie można kupić za połowę tego, co u nas, wszystko, co się tylko wymyśli. Pokażę Wam, co mi hafciarskiego przytargał. Niestety w tym roku z przyczyn różnych nie miałam głowy do wymyślania rzeczy dziwnych, ograniczyłam się tylko do odnowienia zapasów.

A tak w ogóle to zacznę od zeszłorocznych zdobyczy, bo Wam ich chyba jeszcze nie pokazywałam. W zeszłym roku po raz pierwszy zamówiłam sobie u Adama coś robótkowego w Stanach. Psioczył okrutnie, narzekał, marudził. Oczywiście musieliśmy odbyć długą dyskusję.

– Po co ci wszystkie kolory muliny, skoro nie wiesz, co, kiedy wykorzystasz?  

Mój koronny argument, bo tak, jakoś nie działał. Ale jak się zapytałam:

– Po co ci dziewiąty młynek do kawy?

A potem stwierdziłam:

– Butów nie kupuję, w jednej parze cały rok latam, na kiecki kasy nie wydaję, chcę mieć chociaż mulinki – już nie dyskutował, tylko poszedł i kupił, co miał na liście. A że lista była długa, to inna inszość :) Gdy, brakło jednego jedynego koloru, pojechał specjalnie do drugiego sklepu, żeby zdobyć potrzebny mi do testów farbujących kolor 321.

I jak tu go nie kochać?

Pomyślcie oryginalna mulina DMC w cenie naszej Ariadny!! Grzech nie brać garściami.

W zeszłym roku obłowiłam się w takie skarby:

Grubo ponad setka mulinek brakujących mi do posiadania pełnej palety DMC.

Sześć zestawów Dminension. Cztery wyszyte Wam już pokazywałam tu na blogu, jeden jest w trakcie wyszywania, będzie na zabawę choinkową u Xgalaktycznej Kasi, jeden jeszcze czeka. Wszystkie są w klimatach bożonarodzeniowych, ale takie klimaty uwielbiam.

Dwie ramki 8 i 11″, które kocham miłością wielką, o których więcej będzie jeszcze w następnym wpisie.

Kawałek beżowego lnu 28 ct DMC.

Nożyczki DMC – nie tego się spodziewałam, nie tego chciałam, lekko się rozczarowałam. Pożądam nożyczek idealnych, ale na takie mnie nie stać :(

Pięć pudełek na muliny DMC. Wiecie, ile takie pudełko kosztowało w promocji? Całe półtora dolara. A najlepsze, że w środku jest 50 bobinek. PLASTIKOWYCH bobinek!! Nie wiedzieć czemu u nas w komplecie są tylko papierowe. Taki żarcik. Dla samych bobinek warto kupić takie pudełko. Ja akurat przechowuję muliny nawinięte na bobinki, poukładane po kolei numerami od najmniejszego do największego. Tak mi się najłatwiej znajduje potrzebne kolory. Należę niestety do tej „ślepej” części hafciarskiej populacji, która nie jest w stanie dobrać sobie sama kolorów, zazwyczaj haftuję dokładnie to, co jest we wzorze. Nie mam więc mulin zgrupowanych kolorami czerwone, żółte i tak dalej. Mnie się to nie sprawdza.

Nienawinięte zapasy trzymam w dużych workach strunowych schowanych w szufladzie i jak mi braknie jakiegoś koloru, szukam, szukam i czasami znajduję. Bo ja za mało porządna i zorganizowana jestem, żeby sobie wrzucić to raz a dobrze do pliku i na bieżąco uzupełniać. A przecież plik mam, wystarczyłaby odrobina systematyczności w jego prowadzeniu. Ale komu by się chciało poświęcać na to 2 min. Lepiej potem tracić pół godziny, żeby coś znaleźć :)

A tak wyglądały moje pudełeczka po zapakowaniu wszystkiego na swoje miejsce.

Całe 465 kolorów :)

Po co mi cała paleta DMC, nie wiem? Mało to rozsądne „topienie” kasy, ale jak była możliwość kupienia mulin w bardzo promocyjnej cenie, skorzystałam z okazji i spełniłam swoje wielkie hafciarskie marzenie. Jestem cała szczęśliwa i teraz, jak mi się wymyśli wyszywać jakiś dziwny wzorek, wyszukuje sobie potrzebne kolorki i mam i nie muszę biec do sklepu i szukać. Cóś pięknego :))

Na pierwszym zdjęciu u góry widać pod tamborkami kawałek lnu DMC, tu niżej tylko etykietka.

Kochanieńki sam mi go uchodził i kupił, bo to taka mała ciekawostka „przyrodnicza”. Kawałek „irlandzkiego” lnu kupionego w Stanach. Lnu sprzedawanego przez francuską firmę DMC. A wiecie, gdzie ten len wyprodukowali?? Nigdy byście nie zgadli.

Ano w Polsce ten len wyprodukowali. Polska to przecież kiedyś była lniana potęga. Sama z dzieciństwa pamiętam niebieskie pole u moich dziadków, na którym rósł len. Miło, że nadal te tradycje są kontynuowane, tylko czemu u nas nie da się takiego kupić?? A może się da, a ja nie wiem?

Tak było w zeszłym roku. W tym poszalałam trochę mniej, ale poszalałam.

Najpierw miałam plan, żeby sobie kupić jakiś kolorowy sampler od Rosewood Manor. Marzył mi się piękny ręcznie farbowany len, ręcznie farbowana mulina, cudny wzór. Jakieś koszmarne pieniądze miał mnie kosztować ten zestaw, ale nic to, żyje się raz. Na całe moje szczęście zdoktoryzowałam się i nie kupiłam. Nie kupiłam, bo mulina jest cieniowana, a to wymaga stawiania od razu całego pełnego krzyżyka, a ja za Chiny ludowe nie potrafię tak wyszywać :( Krzyżyki wychodzą mi koślawe, pochowane. Muszę lecieć raz w jedną stronę, raz w drugą. Wtedy jest całkiem, całkiem ładnie. Uff, zapłakałabym się, jakbym wydała grubą kasę i nie mogła tego zrobić, tak dobrze jakbym chciała.

Nie kupiłam sobie też żadnego nowego zestawu Dimension z dwóch powodów. Bardzo rozczarowałam się jakością ostatniego zestawu, który teraz wyszywam, ale o tym przy okazji postu choinkowego, a poza tym w zestawach jest Aida, a Aida jest przecież fuj. Wiem, bluźnię, ale nic na to nie poradzę, że nie lubię wyszywać na Aidzie i już.

W sumie to w tym roku odnowiłam zapasy mulinek. Przejrzałam, co mi zniknęło od zeszłego roku, a trochę nie wiedzieć czemu zapasów zużyłam, co planuję wyszyć w najbliższym czasie i zamówiłam parę motków. Wyszła z tego całkiem zacna kupka.

Moja kupka szczęścia :)) Mój skarb :))

Na początku było trochę chaosu.

Ale po poukładaniu jest już całkiem ładnie.

Kochanieńki śmieje się, że ja dziwna jestem, że się cieszę jak dziecko z paru nitek. Ale jak tu się nie cieszyć i nie jarać takim widokiem? No jak?

A tak wygląda rachunek za te moje muliny.

W Stanach każdy kolor nabijają oddzielnie na paragon. Dla porównania kartka A4. Trochę tego jest :)

Kupiłam sobie też kolejne kwadratowe tamborki, bo kocham te tamborki miłością wielką. Ale to już mówiłam. I jestem w tej miłości kompletnie nieobiektywna.

Miałam do tej pory tylko jeden w rozmiarze 8″ i jak się zdarzało, że wyszywałam jednocześnie dwa hafty (co prawda takie sytuacje miały miejsce bardzo rzadko, ale się zdarzały), to pojawiał się dylemat co na mim wyszywać. Teraz mam dwa i domówiłam sobie jeszcze jeden malutki 6″, bo wszystkie plastikowe ramko-tamborki w domu już połamałam.

Kupiłam też dwie ramki, żeby się nimi z Wami podzielić. Jedna trafiła już w dobre ręce, mam nadzieję, że będzie dobrze służyć. Mam na zbyciu jeszcze jedną 8″.

Nie jest to oryginalny q-snap, ale ichni brend robiony dla HobbyLobby. W przeciwieństwie do angielskich ramek R&R te napinają materiał jak wściekłe i nic się nie luzuje w czasie pracy. Nawet na sucho, bez materiału ciężko założyć i zdjąć klipsy. Mam i używam takiej ramki przez rok, nie zauważyłam żadnego pogorszenia właściwości. Klipsy w tych ramkach są inaczej zbudowane, mocno obejmują ramkę. Mają dużo rowków, które zapobiegają przesuwaniu się materiału.

Ramki te mają też swoją wadę – są cięższe niż tradycyjne tamborki drewniane. Dla niektórych może to być problem, ja tego w ogóle nie zauważam. Jeżeli ktoś jest chętny na taki tamborek, proszę o mail na adres kontakt@margoinitka.pl, dogadamy się.

Poprosiłam też o kupienie takich małych rameczek, żeby w nie coś wyszytego wsadzić.

Fajne prawda?

Kochanieńki dzwoni i mówi, że to jest malutkie. Ja mu na to, że wiem, że malutkie, ale kup proszę.

Kupił.

Że ramki będą aż tak malutkie, to się nie spodziewałam, bo jakoś inaczej wyobrażałam sobie rozmiar 4×3,5 cm :) Na szczęście już mam plan co z tym zrobię. Szczegół, że lupa będzie potrzebna. Lupę mam :)

Domówiłam sobie jeszcze dwa pudełka na muliny. Kto wie, do czego się przydadzą :)

Niestety do pełni szczęścia brakuje mi nowych kolorów DMC :-(( W Stanach dopiero to wprowadzają, zupełna nowość, w sklepach stacjonarnych tylko na zamówienie, ceny jak z kosmosu, u nas jednak taniej. Aż dziw. Sama będę musiała sobie nabyć te kilkadziesiąt kolorów, ale to kiedyś, za jakiś czas, gdy już przestanę jeść tynk ze ściany w ramach uzupełniania brakujących minerałów, bo po takich zakupach, będzie przez jakiś czas tylko suchy chleb i woda. Zaszalałam. Ale naprawdę grzech nie brać, jak tak tanio „dają”.

A na koniec wisienka na torcie.

Zupełnie niespodziewanie dostałam od Kochanieńkiego prosty tablecik, żeby być bardziej na bieżąco z oglądaniem Waszych blogów, komentowaniem, bo zamierzam mieć go tylko do prywatnego internetu, nie mieć dylematów, że jestem nie tak zalogowana, jak trzeba. Chciałabym też zainstalować sobie na nim jakiś soft do haftowania. Jeszcze się nie zdoktoryzowałam z tematu. Może polecicie coś na Androida, coś, co obsługuje także zwykłe pliki *.pdf bez konieczności przerabiania ich na *.xsd, coś, z czego warto korzystać? Wyszywam z papieru, z komputera, z telefonu, wydaje mi się jednak, że korzystanie z odpowiedniego softu mocno przyspiesza pracę. I jest łatwiej.

Polecicie coś?

Z tableciku jestem mega zadowolona :-)

Mam plan pojechać kiedyś, wkrótce z Kochanieńkim do tej mitycznej Ameryki i poszaleć w jakimś prawdziwym craftowym sklepie, takim z duszą, a nie w „zwykłej Castoramie” dla robótkowiczów, do których chodził Kochanieńki. Nakupić cudów, wianków, wymarzonych nożyczek, farbowanych ręcznie mulin, lnów, tylko muszę wcześniej odłożyć sporą kupkę zaskórniaków. Albo w totka coś wygrać.

Teraz nie pozostaje nic innego, jak zacząć utylizować moje zapasy. Tylko jakoś weny nie mam. Ptak leży nieopierzony i woła o zmiłowanie. A ja bym się z chęcią za coś nowego zabrała. Ale najpierw ptak i inne zabawy, na które się zapisałam. Porządek być musi. Żadnych nieskończonych haftów do szuflady!

To jeszcze nie koniec mojego szaleństwa zakupowego, bo ja mam tendencje do popadania w skrajności, robienia wszystkiego w ilościach hurtowych, ale o tym w następnym poście. Może jakąś zabawę Wam też zaproponuję. Zobaczymy, co mi się spod klawisza napisze.

Późnym wieczorem, akurat szydełkowałam, Kochanieńki mówi do mnie:

–  Chodź spać, już bardzo późno.

 – Chwila, tylko nitkę skończę. 

– Brakowało mi tego twojego „tylko nitkę skończę”.

Ale mi się ciepło na sercu ze szczęścia zrobiło :) Ciekawe, kiedy się wścieknie, na taki mój kolejny tekst? :-))

I tak zupełnie na koniec, z moich postanowień noworocznych zrealizowałam jeden punkt. Oprawiłam w końcu moje spaprane tulipany.

Nawet mi się podobają. Miałam pierwotnie zamiar przemalować ramę na ciemny brąz, ale znając, życie zostanie, jak jest. Trzeba, tylko gwoźdź wbić w ścianę, albo jakiś inny patent zastosować. Czekałam z tym na Kochanieńkiego, bo z moim szczęściem to pół tynku ze świeżo malowanej ściany by mi odpadło, gdybym zabrała się za to sama :)

….. cdn

Edit!

Tamborek sprzedany. Poszedł w dobre ręce. Mam nadzieję, że będzie dobrze służył :)