Mała rzecz a cieszy – część 1

Czyli słów kilka o narzędziach, przydasiach, organizacji pracy i innych takich

Jedne wyszywają na tamborku, drugie miętolą materiał w rękach. Jedne cały HAED potrafią wyszyć jedną igłą, drugim dwie setki igieł nie starcza. Każda z nas ma jakiś swój sposób na organizację pracy przy hafcie. Każda robi jak lubi, używa czego lubi. Co hafciarka to inny warsztat. Dziś słów parę o tym, jak to wygląda u mnie.

Koncepcja wpisu zmieniała mi się parokrotnie, w sumie to koncepcji dalej brak. Zobaczymy, co mi się spod palca napisze. Postanowiłam zebrać w jednym miejscu, w jednym poście sprawy związane z moim szeroko rozumianym „warsztatem” hafciarskim. Pokażę Wam, z czego korzystam, czego używam, jak organizuję sobie pracę przy hafcie. Nie zdziwcie się jak, się okaże, że kiedyś już o czymś mówiłam, kiedyś już o czymś pisałam. Chcę sobie to po prostu zebrać do kupy. Będzie też ciąg dalszy mojego lutowego szaleństwa zakupowego. Pamiętacie moją Kupę szczęścia? Pisałam wtedy, że to jeszcze nie koniec, że kupiłam coś jeszcze. Dzięki Bogu była wtedy zima, teraz mamy lato. Cóż prawie pół roku się zbierałam, żeby w końcu to opisać i pokazać. Miało być tylko o tych zakupach w dalekim kraju, ale post jakoś tak nie wiedzieć kiedy mi „spuchł” :) Miałam też plan, żeby zaproponować Wam jakąś zabawę, ale na planach się skończyło. O tym, co kupiłam będzie na końcu.

To jedziemy od początku.

Na początku było Prajajo i małe hafciki na jajka i bombki. Mało skomplikowane, z małą ilością kolorów więc i z małą ilością pętających i plączących się nici. Jajo miętosiłam w rękach, o tamborkach, ramkach nie miałam bladego pojęcia. Byłam na początku swojej przygody z haftem, zielona i nic niewiedząca, ale pełna zapału i chęci nauczenia się czegoś. Poczytałam trochę w Internetach, podoktoryzowałam się i kupiłam swój pierwszy w życiu tamborek, w sumie to trzy  bambusowe tamborki i od razu trafiłam kulą w płot. Kupiłam nienadające się do niczego badziewie, totalne badziewie, w ogóle nietrzymające materiału. Nie polecam, szkoda tych paru groszy, no, chyba, że ktoś chce użyć takiego tamborka do zrobienia łapacza snów albo do oprawy jakiegoś haftu. U mnie na jednym z nich zawisły gwiazdki choinkowe, dlatego nie ma go na zdjęciu.

Kupione tamborki okazały się całkiem do kitu, ale i tak stwierdziłam, że mimo badziewnego narzędzia pracuje mi się o niebo lepiej z tamborkiem, niż wyszywa, miętosząc kanwę w ręku. Potem, zresztą całkiem wkrótce, odkryłam plastikowe ramkotamborki i zostałam prawdziwym tamborkoholikiem.

Pracuję tylko z tamborkiem, wyszywam tylko na tamborku. Postawienie chociaż jednego krzyżyka „w rękach” to dla mnie prawdziwa mordęga. Dlatego też szczerze podziwiam wszystkie osoby, które potrafią wyszywać bez tamborka, które potrafią w ten sposób stawiać krzyżyki idealne. A wyszywanie w ten sposób na lnie to już całkiem mistrzostwo świata. Przymierzałam się kiedyś do takich malutkich zestawów kartkowych z podmalowaną kanwą, ale doszłam do wniosku, że nie dam rady tego wyszyć w rękach, nie będę się dobrowolnie męczyć. Co innego kanwa plastikowa. Niby haftuje się na niej bez tamborka, ale wyszywa jak z tamborkiem, jest sztywna, krzyżyki układają się na niej idealnie. Kanwę plastikową kocham.

Wracając do ramkotamborków – jak dla mnie idealnie naciągają one materiał, dokładnie tak, jak lubię a lubię, gdy na materiale można pobębnić jak na bębenku. Używam ich do małych hafcików.

Takie rameczki mają niestety cztery wady. Łamią się. Ja wykończyłam w sumie już pięć sztuk, te trzy, które teraz posiadam, też są połamane. Na szczęście pomimo pęknięcia da się je dalej używać. Druga wada to bardzo trudno je założyć, ale dzięki temu bardzo dobrze trzymają materiał, co jest zresztą ich największą zaletą. W sumie, jak sama nazwa wskazuje, są to też ramki, posiadają więc wieszaczek, można założyć materiał i od razu po wyszyciu powiesić obrazek na ścianie. Ale kto by marnował takie dobre narzędzie na jednokrotne użycie?!! Trzecią wadą jest to, że podczas wyszywania jednak napięcie materiału się zmniejsza, zewnętrzna obręcz luzuje się, trzeba ją zdjąć i założyć od nowa. Ostatnia wada, którą zauważyłam i która napsuła mi trochę krwi, to z czasem tamborek brudzi materiał. Mimo że go szoruję i myję, dbam o to, żeby był zawsze czysty, zdarzyło mi się ze dwa razy, że kanwa pobrudziła mi się tak, że nie dało się jej wyprać. Został nieusuwalny ślad :( Nie wiem, czy to skutek utleniania się gumy (bo raczej nie brudu), czy mój pech, ale miałam takie przypadki. Radzę uważać.

Pod młynem i na giełdzie staroci udało mi się uchodzić kilka fajnych drewnianych tamborków. Stare, porządne, z uchwytem do stołu i takie do trzymania w ręce.

Te do ręki, mają całkiem porządne śruby, są wysokie, dość dobrze napinają materiał, ale jak dla mnie jest to i tak za mało. Leżą i tylko cieszą oko.

Mam też dwa tamborki z uchwytami do stołu. Jednego z nich używałam przy okazji spapranych tulipanów.

Niestety nie sprawdził się u mnie, bo nie potrafię wyszywać, zaczynając i kończąc nitkę po prawej stronie haftu.

Ale, ale… pisząc ten post, doszłam do wniosku, że mogę te tamborki wykorzystać do zrobienia konturów w moim Praptaku. W ogóle to ktoś jeszcze pamięta, że wyszywam Praptaka?? Ano wyszywam, tylko jakoś serce do niego kompletnie straciłam. Nie mogę przejść przez backstitche, walczę ze wzorem, własną ślepotą i brakiem trzeciej ręki. I tak mnie teraz olśniło, że znalazłam lekarstwo na całe zło. Zainstaluję Praptaka w jednym z tych tamborków i będę miała dwie wolne ręce do napinania nitki!!!! Rany, człowiek ma rozwiązanie w zasięgu ręki i go nie widzi. A ja już się przymierzałam do kupienia uchwytu do tamborka!!

W międzyczasie pojawiły się u mnie jeszcze takie dwa małe tamborki.

Drewniany Prym, to tak samo nieudany zakup, jak moje pierwsze tamborki z bambusa, za to kosztował ze trzy razy tyle, co tamte trzy razem wzięte. Szkoda kasy. Plastikowo-metalowy z Madeiry kupiłam u Edytyki przy okazji wizyty w niebie. Ma bardzo fajny i szybki sposób zakładania materiału, ale jak dla mnie za słabo ten materiał napina. Korzystam z niego rzadko, ale korzystam.

Potem odkryłam plastikową ramkę do haftowania. Pierwsza była to angielska ramka R&R, którą można kupić i u nas w Polsce. Niestety ta ramka po jednym razie przestała spełniać swoją funkcję i nie trzyma materiału tak, jak powinna. Żeby len był napięty, trzeba podłożyć warstwę jakiegoś innego materiału bądź filc. Moim zdaniem też szkoda na nią pieniędzy, bo nie kosztuje przecież mało.

A potem Kochanieńki przytargał mi ze Stanów ramki robione dla Michaelsa i  HobbyLobby (nie orginalne q-snapy, które są ponoć Royce-rolls’ami wśród tamborków, tak mówią znawcy tematu) i w końcu znalazłam dla siebie tamborek idealny. Nic nie napina mi lnu jak te ramki. Uwielbiam je, używam i jestem bardzo zadowolona. Nic lepszego nie zamierzam więcej szukać, wystarczy mi to, co mam. Mam Mercedsa klasy S, a nawet cztery Mercedesy (6″, 2×8″, 11″). O amerykańskich i angielskich tamborkach ich wadach i zaletach możecie poczytać u Meri.

Tak prezentuje się na dziś moja kolekcja tamborków. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tyle tego mam :)

Jedyne zmiany, jakie przewiduję, to wymiana połamanych ramkotamborków na nowe, które z czasem i tak się pewnie połamią.

Nożyczki.

Nożyczek „do haftu” mam sporo, nie wiedziałam, że aż tyle!

Z uporem maniaka używam ciągle i wciąż jedną parę. Takie różowiutkie z chińskiego sklepu za całe 3,5 zł.

Są z wyjątkowo porządnej stali, a po naostrzeniu sprawują się całkiem dobrze.

Nie mam nożyczek ładnych, nie zbieram ich dla wyglądu, tylko szukam pary idealnej i takich jeszcze nie znalazłam. Idealne nożyczki muszą mieć cieniutkie ostrza i same przecinać nitki, być ostre jak miecz samuraja przecinający w powietrzu jedwabną chusteczkę, albo japoński nóż wchodzący w książkę telefoniczną, jak w masło.

Kilka par nożyczek wygrzebałam na starociach pod młynem.

Cóż widać, że są nadgryzione zębem czasu, ale kupiłam je z sentymentu do rzeczy starych, a poza tym tanie były. Te najmniejsze zabieram ze sobą czasem do pociągu w komplecie z szydełkiem. Nie będzie mi żal, jak je przypadkiem gdzieś zgubię.

Mam też nożyczki typowo chirurgiczne, bo takie ponoć bywają też ostre. Moje nie są albo ja szukam nie wiadomo czego :(

Te do dziąseł też kupiłam pod młynem,

pozostałe dostałam od znajomego, który handluje sprzętem chirurgicznym. Są wśród nich np. nożyczki, których używa się przy operacjach oka :) Bardzo precyzyjne, czekają na swój czas. Mam co do nich pewne plany. Może być, że się będą potrzebne.

Te Permaxy okazały się być straszną wtopą.

Mają skrzywioną końcówkę i podczas używania się zacinają. Tak naprawdę powinnam była je odesłać do sprzedawcy, ale nie chciało mi się kopać z koniem. Cóż nie darmo mówi się, że włoskie produkty są ładne, ale badziewne.

Nożyczki DMC, które w zeszłym roku przytargał mi Kochanieńki, też okazały się nie tym, czego szukam, bo mają bardzo grube ostrza, czego na zdjęciu w necie nie było wcale widać.

Szukam dalej i żyję nadzieją, że w końcu trafię na to, czego szukam. Łatwiej by mi było na pewno, gdybym wiedziała, czego szukam :)) W sumie to wiem, ale na te wymarzone nożyczki zwyczajnie mnie nie stać.

Czy też tak macie, że nożyczki giną Wam w magiczny sposób w czasie wyszywania i za chiny nie można ich znaleźć?? Ja przynajmniej tak mam. Szukam, szukam, a potem się okazuje, że jak zwykle na nożyczkach siedzę. Trochę to mało bezpieczne i dla mnie i dla kanapy. Żeby mi łatwiej było znaleźć te znikające nożyczki, postanowiłam sobie doczepić do nich takie dyndadełko z koralików. Dokładnie to, które wisi przy jednych z moich nożyczek chirurgicznych.

Fajnie dzwoni przy obcinaniu nitek, co niestety denerwowało Kochanieńkiego i nożyczki z zawieszką poszły do szuflady (nie ma co drażnić lwa w domu) a ja sprawiłam sobie nową zawieszkę. Tym razem serduszkową.

Ta zawieszka akurat nie dzwoni, ale ma za mały karabińczyk i nie da się go założyć na żadne z moich wielu nożyczek. Jak nic trzeba kupić, wymyślić jakieś nowe zapięcie i zacząć używać, bo nożyczki jak mi ginęły w trakcie wyszywania kiedyś, tak giną nadal. Pomyśleć, że zapomniałam, że mam w domu takie fajne małe coś i tego w ogóle nie używam. Dobrze czasami przewietrzyć szafę!

I tu będzie koniec na dziś. Na to co jest małe i mnie cieszy, musicie poczekać. Kochanieńki mój osobisty korektor stwierdził, że nie da się za jednym zamachem przeczytać tego, co spłodziłam, że Was zamęczę, że mam podzielić post, najlepiej na trzy części. Cóż, ja się nawet dobrze jeszcze nie rozgrzałam, ale za jego radą na dziś koniec. Dość gadania.

Do następnego. Do miłego.

CDN..