Mała rzecz a cieszy – część 2

Czyli jeszcze więcej słów o narzędziach, przydasiach, organizacji pracy i innych takich

W domu mamy rodzinny najazd Hunów z Ameryki. U moich rodziców też cała banda Hunów. Brat z dzieciami przyjechał. Straszne, jak te dzieci rosną. Jeszcze niedawno pod stół się to mieściło na stojąco, a teraz to prawie nastolatki. Jak to mawia moja mama, nic tak szybko nie rośnie, jak cudze dzieci i własne długi :)

Z tego wszystkiego to normalnie nie ma gdzie uciec, gdzie się schować i pomyśleć. Nie ma kiedy taczki załadować, kolejnego posta dopieścić. Dobrze, że są jeszcze noce, a nocą to towarzystwo śpi. Nocą można coś skrobnąć w ciszy i spokoju.

Kończąc temat znikających nożyczek z poprzedniego postu, wygrzebałam w którąś niedzielę pod młynem w starym niciaku takie coś.

Jak na mój gust jest to skórzany pokrowiec, portfelik/pochewka na nożyczki. Niestety gadżet dość sfatygowany. Nawet gdyby była to nówka sztuka, to nie rozwiązuje to mojego problemu wędrujących nożyczek. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić otwieranie i zamykanie tego ustrojstwa przy każdym obcięciu nitki. Chyba będę musiała sama sobie wyprodukować jakiś zgrabny, najlepiej haftowany pokrowiec do powieszenia na szyję. Może to będzie odpowiedź na odwieczne pytanie: „gdzie są moje nożyczki, przecież tu je położyłam dwa krzyżyki temu?”.

Teraz słów parę o zabezpieczaniu materiału przed wysnuwaniem się nitek. Aidy, na której wyszywam małe motywy na małych tamborkach, zazwyczaj nie zabezpieczam wcale. Inaczej ma się sprawa z lnem, Lindą czy Murano. Te płótna lubią gubić nitki w czasie pracy, zwłaszcza gdy hafty są trochę większe. Jestem leniwa i nie chce mi się obrzucać brzegów ręcznie,  a maszyny do szycia w domu nie posiadam. Z tego mojego lenistwa używam taśmy malarskiej.

Wróć – używałam, więcej nie będę.

Ostatnio próbowałam pozbyć się takiej taśmy z mojego ciasteczkowego salowego samplera. Postawiłam wszystkie krzyżyki, przyszła kolej na kontury, ale haft musiał zaliczyć wcześniej małe pranie, bo był mocno zmęczony paromiesięcznym wyszywaniem w miejscach różnych. Klęłam na czym świat stoi. Taśma przykleiła się na amen i nie chciała zejść bez nitek. Chyba po pół centymetra albo i więcej z każdej strony mi wylazło, bo na swoją zgubę użyłam takiej mocnej niebieskiej taśmy, do tego bardzo szerokiej. Szczegół, że ściany czy sufitu podczas malowania to się taka taśma nie chce za cholerę trzymać i odpada w najmniej odpowiednich momentach. Ehh… życie.

Teraz za radą Ani używam flizeliny. Co prawda nie mam w domu taśmy flizelinowej, ale mam metry kwadratowe flizeliny, którą nabyłam, nie pamiętam po co. Pocięłam te metry na wąskie paski i przyprasowałam. Mam nadzieję, że zejdzie łatwiej, bez strat na materiale, bo nie próbowałam się jej jeszcze pozbyć. Życie pokaże, jak się sprawdzi.

Kolejna sprawa to kratkowanie materiału/robienie siatki ułatwiającej wyszywanie.

Mam w domu gdzieś, pytanie, gdzie?, mazak zmywalny. Kupiłam sobie chyba Prym, bo się naczytałam na jego temat wielu dobrych rzeczy, a użyłam go chyba raz, do zaznaczenia środka w jednym wielkim hafcie.

Nie sprawdził się on u mnie zupełnie i to z kilku powodów. Zazwyczaj wyszywam na płótnach i nie potrafię narysować tym mazakiem cienkiej linii między dwoma nitkami. Nie da się i już. To po pierwsze. Po drugie szkoda mi czasu na kratkowanie materiału. Po trzecie i chyba najważniejsze nie potrafię wyszywać na „pobrudzonym” w ten sposób materiale. Rani to moje serce, bolą mnie oczy, jak widzę takie grube zazwyczaj niebieskie linie. Nie używam też długopisów, cienkopisów i ołówków do zaznaczania sobie kolejnych dziesiątek. Ołówka użyłam raz w życiu, ostatnio, gdy zszywałam moje krzywe serce. Ołówkiem narysowałam sobie serce po lewej stronie, bo nie mogłam znaleźć tego nieszczęsnego zmywalnego mazaka. Na szczęście po wywinięciu na prawo nie ma śladu zbrodni.

Zazwyczaj zaczynam wyszywanie od środka haftu. Zaznaczam środek materiału i krążę wokół niego, powoli wyszywając wszystkie krzyżyki, idąc w z prawa na lewo do góry. Nie wyszywam kolorami, nie potrafię. I liczę, liczę, liczę. Tak właśnie najbardziej lubię haftować – licząc krzyżyki. Od początku do końca. Każdy krzyżyk oddzielnie. I przyznam, że zaliczyłam podczas tego liczenia jedną dużą wtopę. Pamiętacie mój wianek na wieczko od niciaka? Pomyliłam się wtedy o trzy krzyżyki, namieszałam okrutnie i żeby nie pruć połowy haftu, kombinowałam jak koń pod górę, coby z jaja zrobić koło. Jakoś mi się to udało, ale jednak dało do myślenia. Nie darmo nasza guru blogowa Chaga zachwala siatkę wykonaną nicią monofilową, a i Aga Zafolkowana sobie ją bardzo chwali. Postanowiłam, że może jednak spróbuje zrobić sobie taką siatkę, zobaczyć jak się z nią wyszywa.

Trudno mieć własne zdanie nie mając bladego pojęcia, o czym ktoś opowiada. Nie będę mówić, że to nie dla mnie albo, że jest to super, jak sama nie spróbuję. Jestem jak niewierny Tomasz. Nie dotknę, nie zobaczę, nie uwierzę. Zrobiłam nawet ostatnio podchody do tej siatki i kupiłam sobie szpulkę nici monofilowych, bo coś w starych kościach czuję, że taka siatka bardzo mi się przyda, jak w końcu zabiorę się za jeden haft, o którym długo już dumam, ale to pieśń przyszłości na przyszły rok. Robiąc zamówienie, nie pomyślałam jednak, że znaczenie ma grubość nici i jest zasadnicza różnica między tym, co poleca Chaga, czyli grubością 0,14 mm, a tym, co kupiłam, czyli 0,125 mm. Te parę setnych milimetra ma chyba znaczenie. Żyłkę bardzo słabo widać na lnie, ginie. Szczegół, że niekoniecznie dobrze policzyłam nitki, ale na szczęście to były tylko próby.

Cóż muszę nabyć chyba nową, grubszą nić. A jak spróbuję, to na własnej skórze się przekonam czy to dla mnie wynalazek, czy nie. Wiem jedno, będzie bolało zrobienie tej siatki, oj będzie bolało :)

Jestem z tych osób, które używają dużo igieł, bardzo dużo igieł. Do każdego koloru muliny przy danym hafcie mam oddzielną igłę z nawleczoną nitką. Bardzo mi to przyspiesza i ułatwia pracę, bo nie tracę czasy na nawlekanie igieł po ślepaku. Dziś mam w użyciu kilkadziesiąt sztuk i zaczyna mi ich brakować. Igły w czasie pracy mi się zużywają – wycierają i wykrzywiają, czasami w tych najcieńszych potrafię złamać oczko. Najbardziej lubię te ze złoconymi oczkami w rozmiarze 26 i 28. Niedawno zaszalałam i zamówiłam sobie na Alliexpresie całą setkę igieł, które okazały się totalnym szmelcem. Na zdjęciu tego nie widać, ale są krzywe, chropowate, ogólnie straszne badziewne (w środku dla porównania igła idealna).

Te igły nadają się jedynie do zrobienia jakiegoś jeżyka albo do powbijania w lalkę voodoo. Macie może jakiegoś sprawdzonego chińskiego sprzedawcę, u którego można kupić dobrej jakości igły w rozmiarze 26 i 28? Polecicie mi kogoś? Będę bardzo wdzięczna za sprawdzony namiar.

Muszę sobie też kupić kilka nawlekaczy do igieł, bo jednak tracę czas na nawlekanie nitki i niepotrzebnie się irytuję, jak nie mogę trafić z nitką w oczko. Mały niepozorny gadżet, a bardzo ułatwia pracę . Takie zwykłe z „drucikiem” psują mi się po paru użyciach, a metalowy  blaszkowy „oryginalny DMC” za kilka ładnych złoty okazał się tak samo byle jaki, jak nożyczki Permaxa. Końcówka była skrzywiona od nowości i nie chce gładko przechodzić przez oczko. Kochanieńki próbował reanimacji, ale z marnym skutkiem. Ja to jednak mam wątpliwe szczęście do takich dziwnych przypadków.

Dużo igieł trzeba gdzieś przechowywać. Pytanie gdzie?

Znalazłam niedawno pod młynem takie coś (nie znam fachowej nazwy) na zapasowe igły i nitki. Taki podróżny przybornik.

Sprzedający chciał 2 złote, stanęło na 70 groszach, bo tyle miałam w drobnych. Lubię takie zakupy :) Ten jasny patent na nitki wyciągnęłam i trzymam teraz w środku zapasowe igły. Naparstka nie używam do haftowania. Mam gdzieś jeszcze metalowy naparstek, ale używam go tylko do wbijania szpilek w styropian, gdy naciągam kanwę na bombki, a przy tysiąc pięćsetnej wbitej szpilce palce odmawiają mi posłuszeństwa.

Do pracy używam też igielnika, bo gdzieś te nadmiarowe igły trzeba trzymać i odkładać. W domu posiadam trzy igielniki.

Pierwszy – klasyczne biscornu, powstał latem 2014 nad naszym pięknym morzem, prawie na samym początku mojej przygody z haftem krzyżykowym. Wyszyłam go na Aidzie rustico, bordową muliną Anchor albo Madeira teraz nie pamiętam, przyozdobiłam dwoma złotymi guziczkami. Jest nieduży i prezentuje się tak:

W sumie to go chyba nigdy nie używałam. Gdyby nie ten post, to pewnie bym nawet nie pamiętała, że go kiedykolwiek popełniłam i że leży gdzieś zapomniany. Dobrze jednak czasami przewietrzyć szafy.

Mam za to ulubiony igielnik, który dostałam w Niebie przy okazji wizyty u Edytki.

Eksploatuje go dość mocno, lubię go i uważam za egzemplarz idealny:) Niestety ciągłe używanie spowodowało, że igielnik powoli zaczął mi się rozłazić w szwach. Postanowiłam więc sobie sprawić jakiś w zastępstwie i tak któregoś popołudnia nie stąd ni zowąd wyprodukowałam sobie takie coś. W lutym to było. Dawno temu.

Szukałam jakiegoś wzoru na Wielkanoc, a wyhaftowałam igielnik z ptakiem. Ptak na igielniku miał być chyba substytutem Praptaka. Wyprodukowałam go, wsadziłam do szuflady i zapomniałam o jego istnieniu.

Igielnik powstał na lnie obrazkowym 35 ct, Permin of Copenhagen w kolorze piaskowym, dokładnie na tym kawałku, na którym powstała pierwsza Wanda. Darmowy wzór do Satsuma Street do pobrania z TEJ strony.

Długo też nie używałam mojego pięknego podręcznego niciaka z własnoręcznie wyhaftowanym wieczkiem, w które można wbijać igły.

Czekał na lepsze czasy. Ostatnio go odkopałam i znowu używam (jak widać igielnik od Edytki też w użyciu). Leżał zapomniany, bo mi się kwadratowe ramki w niego nie mieszczą. W żaden z moich niciaków zresztą się nie mieszczą, a ja ostatnio niestety zaprzestałam poszukiwań świętego Grala. Ale co się odwlecze to nie uciecze.

I jeszcze o jednej rzeczy słów parę – magnes do odkładania igły, tzw. needle minder. Strasznie podobają mi się te gadżety, ale uczciwie mówiąc szkoda mi na nie kasy. Igieł używam dużo, ale nie zostawiam ich na/w hafcie w trakcie wyszywania, tylko odkładam na bok. Za to wyszukane gdzieś bardzo mocne magnesy znalazły u mnie zupełnie inne zastosowanie. Przyczepiam sobie nimi wzorek do tamborka. Drukuję lub kseruję wzór, obcinam wszelkie zbędne lub wyszyte miejsca i mam takie coś (igła na magnesie na potrzeby zdjęcia :-))

Mam wzór pod samym nosem, nie muszę wkładać i ściągać okularów, żeby zobaczyć co robię. Nie walczę z materią. Dla mnie rozwiązanie proste i genialne. Patent sprawdza się idealnie, ale niestety tylko w przypadku małych wzorów. Z dużymi mam  problem, bo nie chcą się trzymać materiału i spadają. Wyszywanie z dużych wzorów to w sumie ostatnio mój duży problem. Wcześniej używałam samodzielnie zrobionej podkładki. Trochę grubego kartonu, wydrukowany wzór, parę spinaczy biurowych i można było pracować. Markerem zaznaczałam wyszyte fragmenty i jakoś to szło.

Niestety, teraz gdy pogłębia mi się wada wzroku, takie rozwiązania mi się nie sprawdzają. Widzę albo wzór, albo haft, a progresywnych okularów się jeszcze nie dorobiłam. Jak widać, korzystam przy wyszywaniu też z laptopa, a ostatnio z tabletu i telefonu. Nie kupiłam jeszcze sobie żadnej aplikacji do wyszywania, ale czuję podskórnie, że to może być dla mnie idealny wynalazek (tu akurat nie jestem jak niewierny Tomasz :) W sumie nie ma dla mnie znaczenia czy wyszywam ze wzoru kolorowego, czy czarno-białego, to tak naprawdę zależy od tego, co wyszywam. Kompletnie przestałam też zaznaczać na wzorze wyszyte fragmenty. Dobrze wyszywa mi się z telefonu (kładę go sobie na tamborku) i z tabletu, z małym wzorkiem przyczepionym magnesem do tamborka też jest idealnie. Tylko z dużą płachtą papieru mam problem.

Dlatego też ciągle i wciąż rozważam zakup odpowiedniej aplikacji. Waham się między Cross Stitch Saga albo Crossty. Muszę się jednak zdoktoryzować, rozważyć wszystkie za i przeciw, poznać wady i zalety obu aplikacji, a jak na razie to nie mam na to ani czasu, ani głowy. Wcześniej czy później, mam nadzieję, że jednak wcześniej, będę musiała temat rozgryźć i coś kupić.

I tak jakoś wyszło, że znowu mi się nie udało, napisać o tym, o czym napisać miałam. Obiecuję, że następnym razem będzie już koniec moich opowieści, będzie o małej rzeczy, która cieszy.

Zdecydowanie za dużo gadam.

Do następnego.