Nadmorski gofrożerca

Czyli SAL Cookie Time – część 8

Ani się nie obejrzałam, a przyszła pora na pokazanie przedostatniego elementu w SAL-u Cookie Time zorganizowanego przez Beatę, znaną/zwaną w sieci Iskierką. Przyznam szczerze, nie wiem, gdzie mi się podziało te prawie osiem miesięcy od rozpoczęcia naszej zabawy. Był listopad, kiedy zaczynałyśmy, dziś mamy czerwiec. Kiedy to minęło, nie wiem.

Dzisiaj będzie o gofrach z bitą śmietaną i owocami.

Jak są gofry, to MUSI być morze. Nie wiem, z czego to wynika, ale mi gofry kojarzą się właśnie z morzem, z plażami, z wakacjami, zachodami słońca. Nad morzem gofry są „najpyszniejsze”, najlepiej smakują. Nie wiem, czy to okoliczności przyrody, wspomnienie dzieciństwa, ale tak mam, że gofry jadam właściwie tylko nad morzem, tylko tam mi smakują.

Dla mnie nadmorski zestaw obowiązkowy stanowią:

Po pierwsze zachody słońca, długie spacery brzegiem morza, rzadko kiedy leżenie plackiem na plaży.

Po drugie ryba, dużo ryby w każdej postaci.

Mamy z Kochanieńkim tak, że nad morzem żywimy się rybą na śniadanie, obiad i kolację. Rano biegnie się do portu po świeżą wędzoną rybkę, na obiad obowiązkowo ryba z rusztu albo smażona, na kolację jakaś sałatka śledziowa. Niebo w gębie, ale piątego dnia człowiek pożąda odmiany i zaczyna chodzić za nim jakąś swojska kiełbasa, żurek, albo pizza. Ryby są pyszne, tylko nie wiedzieć czemu tak pieruńsko drogie. Zwłaszcza nad morzem.

Po obiedzie trzeci element z zestawu obowiązkowego — podwieczorek. Mogą to być lody, ale zdecydowanie preferuję  gofry z cukrem pudrem, albo z owocami. Pełen „wypas” to bita śmietana, dużo bitej śmietany i do tego owoce, duużo owoców. Najlepsze gofry w życiu jadłam parę lat temu w Dziwnówku.

Kochanieńki zażyczył sobie z bitą śmietaną, borówką amerykańską i malinami.

Dostał takie coś:

Cóż, borówkę to ja bym przebrała przed podaniem jej komuś, ale ja to ja. Tam leci się hurtem, nikt się nie rozdrabnia, nie ma czasu na pierdoły, sprzeda się wszystko.

Ja zażyczyłam sobie gofra z bitą śmietaną i miksem owoców. Spodziewałam się góry bitej śmietany z powtykanymi gdzie nie gdzie różnymi owocami, a dostałam takie coś:

Szczerze, to były moje najlepsze gofry w życiu! Nie dość, że wyglądały jak marzenie, bo je się przecież też oczami, a tu ktoś się postarał i to bardzo, to jeszcze sam gofr był pyszny, idealnie wypieczony, owoców mi nie pożałowali, a bita śmietana w ilości i jakości była wprost idealnej. Pycha!!!! Nie omieszkałam tego powiedzieć dziewczynom, które te gofry robiły i sprzedawały. Zdecydowanie należała im się pochwała. Wybaczyłam im nawet te trefne borówki amerykańskie.

Tak było ze dwa, trzy lata temu.

Dziś przyszło mi się obejść smakiem i powspominać te gofry, gdy sobie siedziałam i wyszywałam mój obrazek. Staram się ograniczać słodycze, przyznaję się, nie wychodzi mi to do końca, bo pokus czai się dookoła wiele, ale się staram. Łatwo nie jest, ale trzeba. Nie powiem, oblizywałam się w myślach, wyszywając gofra, bitą śmietanę i mniemam truskawkę, która tu robi za przysłowiową wisienkę na torcie.

Któregoś popołudnia wyszywałam w ogrodzie do bardzo późna.

Aż się Kochanieńki zatroszczył czy ja aby na pewno coś widzę i wyszywam, co wyszywać powinnam.

Było to jakiś czas temu, bo jak widać, w swetrze wieczorem siedziałam. Teraz mamy takie upały i suszę, że szkoda gadać. Trawa wyschła nam w ogródku na wiór. Krzaki, drzewa podlewamy, znaczy Adam podlewa, trawnik został pozostawiony sam sobie. Przyjdzie deszcz, trawa odrośnie, drzewo i krzaki sobie nie poradzą. Susza jest u nas straszna i nie wiem, ile by musiało padać, żeby braki wody zostały uzupełnione. Z roku na rok jest coraz gorzej.

Wracając do goferka parę wieczorów i był gotowy.

Blady, nijaki, nic nie widać, jak  w poprzednich fragmentach, ale kontury będą po wyszyciu całości i wypraniu obrazka. Czyli całkiem wkrótce, bo już za miesiąc.

Jeszcze rzut oka na całość. Tak to wygląda u mnie na dziś.

Z jednej strony, nie mogę się już doczekać, kiedy skończę ten obrazek, kiedy zrobię kontury, kiedy coś w końcu będzie widać, z drugiej szkoda mi, że ta zabawa już się kończy, bo bardzo przyjemnie się wyszywa te obrazki. Proste, kolorowe, nieskomplikowanie i nieudziwnione, a bardzo urocze i smaczne. Będzie mi ich brakować.

A tak zupełnie na koniec tytułowy gofrożerca, czyli ja pochłaniająca gofra w nadmorskiej kafejce. Nie był to co prawda tej najlepszy gofr, jaki jadłam, ale i tak był pyszny. Tak mi się spieszyło, żeby zanurzyć zęby w bitej śmietanie, że mało łyżeczki nie pożarłam :)

Kiedy będą następne nadmorskie gofry, nie mam bladego pojęcia. Planów na wakacje nie mamy jeszcze żadnych, my z Kochanieńkim urlopujemy się zazwyczaj spontanicznie, bez planowania pół roku wcześniej. Coś sobie wymyślimy i to realizujemy prawie z dnia na dzień. Kto wie, może będzie to znowu polskie morze???

I jeszcze banerek zabawy.