Bo najgorzej jest, jak się komuś coś wydaje

Czyli Choinka 2018 część 1/12

Tak mawia mój młodszy brat. I niestety ma rację. Wydawało mi się, że odkryłam sekret kuli idealnej, że wiem na temat haftowanych bombek już wszystko.

Cóż…

Wydawało mi się.

A najgorzej jest, jak się komuś coś wydaje, bo potem nie pozostaje już nic, jak tylko gorzko zapłakać nad własną głupotą:(

A było tak…

Sylwester 2017, godzina 19:01.

Siedzę samotnie zasmarkana w domu, w ciepłym wyrku, otoczona baterią kubków z lipową herbatą, syropów, kropelek, chusteczek i innych wynalazków, walczę z przeziębieniem i zastanawiam się co z sobą począć w tak „fajny” wieczór. Posta na blog wysmarowałam, wyszywać jakoś nie mam ochoty, od kompa mnie odrzuca. Na oczy ledwo patrzę, czytać nie ma jak, telewizji w domu brak. Nudy panie, nudy na całego.

Nagle dostaję powiadomienie na telefon, poczta przyszła. Przyszedł mail od RinkaZee. Pamiętacie kto to? To autorka wzorów haftowanych bombek — kul, które Wam kiedyś pokazywałam (TUTAJ można zobaczyć, o czym mowa). Dziewczyna przesłała darmowy wzór z informacją, że pierwsze 5 osób, które wzór wyhaftuje i prześle do niej zdjęcie gotowej pracy, otrzyma prezent. Prezenty rozdają! Od razu mi się oczy zaświeciły, od razu sobie pomyślałam, powalczę, dam radę! Wzór prosty, banalny, piękny, cudowny! I do tego idealnie pasujący do wyzwania Choinka 2018 u Kasi :)

Dam radę!

Przecież i tak siedzę w domu, nie mam co robić, wyszyję, obfocę, wyślę zdjęcie, może się uda :) Dwa razy nie trzeba było mi powtarzać. Mało kapci nie pogubiłam, tak szybko biegłam po tamborek. Wymyśliłam sobie, że wyszyję tę bombkę na czerwonym lnie. Został mi się akurat niewielki kawałek, po wyhaftowaniu czerwonych bombek. I że wyszyję to jedwabną muliną, bo taką sobie niedawno nabyłam. Jedwabną mulinę Madeira. Nie miałam jeszcze przyjemności pracować z jedwabiem, a tu okazja sama się nadarzyła.

Zestaw idealny.

Len i jedwab. Piękny czerwony len, piękna jedwabista mulina. I do tego piękny wzór.

Czy można lepiej spędzić Sylwestra??

Kolor lnu na zdjęciach ma się ni jak do rzeczywistości. On jest naprawdę boski jak mulina DMC w kolorze 321. Piękny, głęboki czerwony kolor. Kilka chwil i wszytko było przygotowane. Można było wyszywać. Aż mnie palce swędziały z radości i ekscytacji:)

Tylko że wyszywać się nie dało :(( Ni jak mi nie szło. No nijak. Zrobiłam jeden element i cała nieszczęśliwa odłożyłam robótkę. Nitki mi się rozmazywały przed oczami, nie widziałam gdzie wbić igłę, w głowie huczało, z nosa kapało. Trzeba było poczekać na lepszy czas.

Lepszy czas niekoniecznie nadszedł, bo choroba ani myślała sobie pójść wręcz przeciwnie, zagościła u mnie na dobre, ale się zawzięłam i jak tylko mogłam, wyszywałam, przeważnie w pozycji prawie horyzontalnej kurując się w wyrku. Z tym wyszywanie w łóżku nie było w sumie tak źle, bo wzór prościutki, powtarzalny, tylko jeden kolor muliny.

Czyż nie pięknie wyglądają te białe jedwabiste krzyżyki?

Niestety trzeba było porzucić marzenie o byciu w pierwszej piątce…

Nie wiedzieć kiedy zrobił się któryś tam styczeń, pewnie nie jedna i nie dwie dziewczyny skończyły swoje prace, a mi się skończyła mulina…..

:((

Skończyła mi się mulina, bo ja mentalna blondynka!!! nie policzyłam, że przecież tej jedwabnej muliny jest dużo, dużo mniej niż w normalnym motku. Jest jej tylko 20 m, a w dwóch motkach, które posiadałam w domu równe 40 m. Normalna mulina ma 48 m długości (6x8m), a przecież ostatnio, jak wyszywałam niebieską kulę, zużyłam jakieś 1,5 motka! To niby jak miało mi wystarczyć 40 m, no jak??? Szczegół, że RinkaZee napisała, ile tej muliny będzie tak mniej więcej potrzeba. Kto by tam czytał instrukcje i do tego jeszcze ze zrozumieniem?!

Gdzie ja miałam rozum, no gdzie?? Liczyć nie potrafię??? Do szkoły nie chodziłam?? Jak chciałam szybko skończyć (przypominam, był Sylwester, Nowy Rok o jakichkolwiek zakupach można zapomnieć), trzeba było wyszywać zwykłą białą muliną DMC, bo jej zapasy w domu mam, a nie cudować. Eksperymentów mi się zachciało kurza twarz! Cudów mi się zachciało kurza twarz! Muliny brakło mi na jakieś półtora elementu i musiałam zamówić kolejne motki, bo przecież nie zostawię rozgrzebanej roboty. Oj głupia ja, głupia ja!

Porażka :((

W międzyczasie odkryłam, że nie w tę stronę wyszyłam w czterech miejscach po trzy krzyżyki i czeka mnie prucie i wyszywanie od nowa. Oj same kłody pod nogi, nie szło mi od samego początku :( Ale nic to, nie poddaję się, walczę dalej.

Po paru dniach, gdy mulina już przyszła, z nieukrywaną przyjemnością zasiadłam do tamborka i skończyłam wyszywać brakujące elementy. Muszę przyznać, że praca na lnie jedwabną nicią to czysta przyjemność. Igła sama sunie, krzyżyki idealnie się układają. Nic tylko wyszywać, wyszywać. Czysta rozkosz!!

Mam plan, żeby kiedyś w przyszłości, mam nadzieje nie bardzo odległej, kupię sobie ręcznie farbowaną jedwabną mulinę i popełnię na lnie jakiś piękny, monochromatyczny wzór. Oj marzy mi się to bardzo. Może kiedyś.

Byłabym zapomniała! Przy haftowaniu jedwabiem używałam apretury Thread Heaven. Wygładza ona nić, tworzy taką śliską powłokę, dzięki której mulina się nie plącze, jest idealnie gładka. Tak mi się spodobał ten „wynalazek”, że teraz każdą nitkę nią traktuję, nawet bawełnianą. I jestem zachwycona efektem. Naprawdę rewelacyjnie się wyszywa. Tak gładko.

Wracając do mojej kuli — bombki. Tak prezentuje się całość po wyszyciu. Niestety zdjęcie nocne, lepszego nie ma i już nie będzie.

Teraz najlepsza część zabawy. Zszywanie. Z płaskiego trzeba zrobić okrągłe. Tylko jak?

Wiem jak, ćwiczyłam przecież na niebieskiej kuli!! Nie teaki diabeł straszny, dam radę :)

Tym razem nie wycinałam poszczególnych elementów w kliny, tylko najpierw fastrygowałam, a dopiero potem obcinałam nadmiar materiału. Muszę przyznać, że jednak trochę prościej pracuje się przy zszywaniu takiej kuli z Aidą, dziurki są lepiej widoczne, na lnie trzeba liczyć każdą nitkę. Na szczęście wzór jest tak opracowany, że dokładnie wiadomo, gdzie trzeba wbić igłę, żeby uzyskać pożądany efekt. Ponieważ ja i maszyna do szycia się nie lubimy, całość zszywałam ręcznie. Tak wygląda moje szycie z prawej strony,

a tak z lewej, jeszcze przed ściągnięciem nitki. Wybaczcie ten chaos po lewej stronie, ale z lewą stroną to ja sobie nie radzę.

Słabo widać, niewiele widać, ale tak miało być :) Miało nie być widać szwów. Zszywałam muliną DMC w kolorze 321, która to idealnie odpowiada kolorowi 9003 lnu Belfast. A skąd wiedziałam, którego koloru użyć? Wiadomo z bloga Chagi :) W TYM poście Aga wrzuciła tabelkę z numeracją kolorów lnu Belfast i odpowiadającymi im numerami miliny DMC. Dla mnie wiedza bezcenna :)

Po zaciągnięciu nitki lewa strona wygląda tak,

a prawa tak.

Żeby wzmocnić szew, przyfastrygowałam go jeszcze raz, głębiej zszyłam kulę do „równika”, a dopiero na koniec obcięłam nadmiar materiału i palcami rozprasowałam materiał.

I tak cierpliwie po kolei zszywałam wszystkie elementy. Szło mi całkiem nieźle, aż do momentu, gdy trzeba było zrobić ostatni szew i połączyć ze sobą dwa boki. Łatwo nie było. Klęłam na czym świat stoi, liczyłam po pięć razy każdą nitkę, prułam, szyłam od nowa. Nie szło mi za cholerę. Nie odłożyłam jednak zszywania na później, nie odpoczęłam, nie siadłam do tego ze świeżą głową. Musiałam skończyć teraz, już, natychmiast, bo przecież rano wyjeżdżałam na dwa dni, a to nie mogło czekać dwa dni! I zszyłam wszystko do końca w środku nocy.

Uff…

Kulę trzeba czymś wypchać. Trochę się zdoktoryzowałam po zrobieniu mojej niebieskiej bombki, która wyszła mało okrągła, lekko garbata i doszłam do wniosku, że najlepszy do wypychania będzie puch sylikonowy. Delikatny, miękki, powinien się nadać. Niewiele myśląc, nabyłam drogą kupna 0,9 kg takiego puchu, bo wydawało mi się to ilością wystarczającą na zrobienie paru kul. Przyszło takie coś.

Cóż paru kulek się tym nie wypcha. Raczej kilkanaście, wróć kilkadziesiąt :))

I co zrobiłam ja? mentalna blondynka? Ano otworzyłam worek z tym puchem! I powiem Wam jedno, to ŻYJE!!! Z prędkością światłą to coś wylazło mi na stół, na podłogę. Wszystko miałam w puchu, sama byłam cała w puchu :)) Nie nadążałam, żeby to zbierać, bo po uwolnieniu puch rósł, rósł, coraz bardziej zwiększał swoją objętość.

Cóż… W sumie można się było tego spodziewać. Worek był dość nabity, twardy. Ja tego jednak nie przewidziałam, to było moje pierwsze sam na sam z takim materiałem. Nie da się ukryć, że klęłam na własną głupotę, bo znowu miałam dodatkowe zajęcie w postaci sprzątania. Mam za to teraz puchu na trzy poduszki i trzydzieści trzy kule. Albo i więcej:)
A potem zaczęłam napychać kulę tym puchem. Napychałam i napychałam, gniotłam, uciskałam, kulałam. I zrobiłam kulę prawie idealną. Piękną śliczną, okrąglutką bombkę….,

która rozeszła mi się w szwach jak spodnie na tyłku po świętach :((((

Zepsułam, schrzaniałam, kolokwialnie mówiąc, spieprzyłam wszystko!!!

Wydawało mi się, że jak napcham dużo do środka, to będzie mi łatwiej uzyskać idealną kulistość, łatwiej nadać pożądany kształt. I to był błąd!!!! Wielki błąd!!! Len jest rzadkim materiałem, nitki nie wytrzymały naprężeń, zaczęły puszczać i wysnuwać się w miejscach, gdzie zostawiłam mniej materiału. A najgorszej jest to, że zorientowałam się, dopiero gdy zszyłam już wszystko i nie było jak wyciągnąć nic ze środka! Musiałam to jakoś ratować, pozszywać na okrętkę.  Wyszła jedna wielka porażka :((

Sama własnymi rękami schrzaniłam to dokumentnie!!! Bo wydawało mi się, że wiem, co robię!!!

A przecież najgorzej jest, jak się komuś coś wydaje!!

Nie pozostało mi nic innego, jak gorzko zapłakać rzewnymi łzami nad własną głupotą :(

Buuuuuu…..

Poniewczasie już wiem, należy zachować umiar i nie pchać do środka ile wlezie, bo mniej znaczy w tym przypadku lepiej. Idealną kulistość uzyskuje się idealnym zszyciem poszczególnych elementów, a nie kilogramem puchu! O tym, że należy myśleć, jak się coś robi i nie walczyć na siłę, pisałam tu już nie raz. Jak coś nie idzie lepiej to zostawić, odpocząć, złapać oddech i dystans, zacząć od nowa ze świeżą głową. O tym też pisałam. Bycie w gorącej wodzie kąpaną znowu mi na zdrowie nie wyszło. Któryś raz popełniłam ten sam błąd. Nie zastanowiłam się, nie pomyślałam, ale walczyłam dzielnie jak to ja. I co? Jakieś wnioski na przyszłość?

Tak oczywiście!!!

Wniosek jest jeden — jestem niereformowalna w pewnych kwestiach. Wcześniej czy później znowu coś schrzanię, bo będę chciała to zrobić na już. Taka moja karma.

Będzie przynajmniej o czym opowiadać :)

Jest tylko jedno ale…

Miało być tak pięknie. Miało być cacuszko, mały śliczny klejnocik, mała śliczna, cudowna bombka na moją choinkę. Idealna do zgłoszenia do zabawy u Kasi Choinka 2018. Ale jak tu takie coś zgłosić? No jak? Toż to wstyd ludziom pokazać!

Co więc robić? Trzeba coś na szybko wyprodukować. Został mi się maciupeńki kawałek lnu i trochę jedwabnej muliny. Dwie godziny pracy i moje styropianowe serce suszyło się na kaloryferze. Rano nakleiłam drugi hafcik, przykleiłam tasiemkę, zrobiłam kokardę i stwierdziłam, że jednak mi się to serce nie podoba. Hafcik taki jakiś mikry, mało okazały i zdecydowanie muszę mu zrobić nową wstążkę, bo ta niekoniecznie do mnie mówi, ale to dopiero, jak poczynię jakieś zakupy.

No nie podoba mi się i już. Takie nijakie.

2 x Buuuuuuu…….

Co więc robić? Co zgłosić??

I tu przyszło natchnienie.

Koci SAL u Gosi!!! Zapisałam się przecież na Koci SAL u Gosi właśnie z myślą o produkcji ozdób na choinkę!!! W ramach tego SAL-u mamy wyszyć na plastikowej kanwie do końca roku 6 cudownych kotków z zestawu Dimension. Cóż myślę, że pójdzie mi to szybciej niż jeden kotek na dwa miesiące :) I nie wszystkie chyba powstaną na plastiku. Może coś pokombinuję. Tak czy inaczej, długo się nie namyślałam, przygotowałam, co trzeba i zasiadłam do wyszywania. Z kotem na kolanach oczywiście. Zaczęłam w sobotę wieczorem, w niedzielę po południu miałam hafcik gotowy. Sama nie wiem, kiedy mi się wyszył ten wzorek. Tak sam się po prostu zrobił. Nie da się ukryć, że mam wielki głód wyszywania. Po ostatnich mało twórczych tygodniach znowu chce mi się machać igiełką. Wyszywam więc jak opętana.

Tu już coś widać, ale jeszcze nie wszystko. Białego nie ma.

Przez większość czasu miałam wierną towarzyszkę. Tylko jak ją zmusić, żeby spojrzała w obiektyw i ładnie zapozowała?

Krzyżyki wszystkie popełnione, ale jeszcze nic nie widać. Koteczka tym razem zapozowała, ale co o tym pozowaniu sądzi, mówi jej mina :)

A tak prezentuje się gotowa zawieszka.

Prawda, że śliczna ta koteczka? Nie można przejść obok niej obojętnie :) Bo czy te oczy mogą kłamać?

I jeszcze zdjęcie z Dziadówką. Cóż ma ona głęboko gdzieś pańci starania o ładną fotę :)

I tak oto niechcący, przez własną głupotę udało mi się w krótkim czasie wyprodukować trzy ozdoby choinkowe.

Jedna śliczna, druga jako taka, a trzecia totalna porażka :(

Podsumowując, zgłaszam do zabawy u Kasi moje śliczne plastikowe kocię i jako takie czerwone haftowane serce. Moją czerwoną bombkę też zgłaszam, bo, tak czy inaczej, powieszę ją na choince. Z daleka bardzo mi się podoba. Wygląda cudownie. Powieszę ją pod sufitem, gdzie nikt nie będzie mógł dojrzeć tych paru niedociągnięć i niedoskonałości :)) Będzie mi przypominała, że myślenie nie boli :))

I jeszcze raz specjanie dla Szefowej wszystkie trzy moje ozdoby razem na jednym zdjęciu.

I jeszcze banerek zabawy.

Koteczka obowiązkowo zostaje zgłoszona do Kociego SAL-u u Małgosi.

Jeśli chodzi o zszywane bombki, nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Ciąg dalszy nastąpi. Ciągle czeka niedokończona kula, którą nierozważnie popełniłam na Lindzie. Aż się boję zabrać za jej zszywanie, bo Linda to dopiero rzadki materiał i aż strach się bać, co to będzie. Po porażce z czerwoną bombką muszę jednak chwilę odpocząć. A potem będzie Mery na Murano. Murano chyba w przeciwieństwie do lnu bardziej trzyma się kupy, a poza tym Mery MUSI powstać, bo od niej to wszystko się zaczęło, to ona mnie zachwyciła i zrobiła smaka na takie ozdoby choinkowe.

 

Ale się nagadałam…

A cała ta historia, to wszystko to z głupoty, z pośpiechu, z bycia w gorącej wodzie kąpanym. A mówi mi nie raz Kochanieńki myśl kobieto, a potem rób! Dawno mi tego nie mówił i to dlatego. To wina Kochanieńkiego!!! Nie ma go, nie pilnuje mnie, nie ostrzega. Adam czuj się winny :))))

A tak w ogóle to mam dziś urodziny :)))