Święta, święta i po świętach

Czyli wykańczamy resztki lnu, a przy okazji i siebie

Skończył mi się prąd. Skończyła mi się bateryjka. Padł mi akumlatorek.

Padłam w święta. Zjadłam wielkanocne śniadanie i poszłam spać. Dawno nie byłam taka zmęczona i dojechana. W sumie to chyba nigdy w życiu. Za dużo wszystkiego, za dużo „atrakcji”, pracy, za mało słońca.

Gdy pisałam przed świętami, że mam kupione na święta jedynie jajka, zmyślałam tylko trochę, ociupinkę. O wikt i aprowizację na szczęście zadbał Kochanieńki, głodem więc nas nie wzięli. Jeść było co, a w drugi dzień świąt karmili nas moi rodzice. Opierunku za to nie było. Okna brudne, chałupa ogarnięta w sobotę „po ryneczku”. Mazurków nie było, sałatek nie było, pieczonych szynek nie było, karpia nie było, uszek nie było. Wróć to nie te święta.

Jaja cebulą farbowane za to były, żurek był, chrzan był, święconka i biała kiełbasa były. To najważniejsze. Była też baba wielkanocna. Tym razem wyszła lekko czerniawa. Tak naprawdę to spaliłam ją na węgiel czego do końca na poniższym zdjęciu nie widać.

A to wszystko przez Kochanieńkiego i jego „wtrancanie” się w gary. Raz się go posłuchałam i wyszło, jak wyszło :) W życiu nie spaliłam tak ciasta, a przecież piekę regularnie. Jak to mówią mądrzy ludzie: zawsze jest ten pierwszy raz. Baba miała być pyszna, miała być piękna, miała być idealna. Miał być lukier, miała być skórka pomarańczowa…  Prawie wywaliłam ją do kubła, ale Adam mnie powstrzymał. Na szczęście! Po obkrojeniu węgielka środek był pyszny. Babka niby drożdżowa, a smakowała jak ucierana babka pomarańczowa. Szybko nam się skończyła, bo tego jadalnego środka to znowu tak wiele nie zostało. Nauczka na przyszłość – nie słuchać się chłopa, gdy się zaczyna mądrzyć w kuchni!

Prawda jest taka, że zmęczona byłam przeokrutnie, kompletnie nie miałam czasu i siły na żadne wymyślne świąteczne przygotowania. Tym razem była u nas wersja minimum. I wiecie co? Świat się nie skończył, słońce wstało na wschodzie, zaszło na zachodzie. Święta się odbyły, a ja trochę odpoczęłam. Tak też można, ale jednak trochę żal tej przedświątecznej gorączki, którą mimo wszystko bardzo lubię. Coś za coś, ale w tym roku brakło czasu, brakło mocy.

Nie było też u mnie w tym roku  żadnych nowych haftowanych pisanek, a przecież takie pisanki lubię robić prawie tak samo mocno, jak bombki na choinkę. Mało ostatnio wyszywam, w zasadzie tylko hafty na dwie zabawy blogowe, na które się zapisałam, ale jak się zbliża Wielkanoc, to jakoś mnie tak ciągnie do kurzo-zajęczych wzorków. Wszak od haftowanego jaja zaczęła się moja przygoda z krzyżykami.

I tak nie wiedzieć kiedy, popełniłam w tym roku parę małych hafcików wielkanocnych. Powiem Wam jedno. Dawno się tak nie umordowałam!!! Wszystko to dlatego, że zachciało mi się poczyścić wiosennie szuflady i powykańczać resztki drobnego lnu, który mi gdzieś zalega. Nie dość jestem zmęczona życiem, pracą to jeszcze zrobiłam sobie dobrze i wybrałam len 35 i 36 ct. Tak, żeby się dobić, żeby nie mieć przyjemności z wyszywania, tylko ciężką przeprawę, ciężką walkę o każdy prosty krzyżyk. Czasami to sobie myślę, że ja to chyba masochistka jestem.

Na pierwszy ogień poszło malutkie kurczę. Kurczaczek, pisklaczek. Hafcik zobaczyłam Instagramie, a darmowy wzór autorstwa Antoniny Tretyakovej  pobrałam z VK.  Muszę przestać tam zaglądać, bo co rusz coś do mnie mówi: wyszyj mnie, wyszyj mnie, kupuję wzory, gromadzę je, a nie mam czasu ich haftować. Mój praptak leży i kwili już parę miesięcy, woła o zmiłowanie, a ja nie mam siły, żeby powalczyć z backstitchami, bo wymagają one pewnej ręki, świeżego umysłu i niezmęczonego oka.

Wracając do kurczaczka. Wybrałam biały len 35 ct z HobbyStudio. Kiedyś to był mój ulubiony len, ukochany materiał do wyszywania. Popełniłam na nim kilka dużych haftów, m.in. moje „dzieło życia”, którego jeszcze Wam nie pokazywałam, a także sampler „Drzewo życia”, o którym opowiadałam w tym poście. Ma idealny równy splot, jest mięsisty i bardzo przyjemny w pracy. Wyszywało mi się na nim o wiele przyjemniej niż na Belfaście.

Wyszywało.

Czas przeszły.

Było minęło.

Niestety oczy mi się popsuły i nie widzę. Nie radzę sobie z takim drobnym materiałem, nie wychodzi mi do końca tak, jak powinno, jak bym chciała, jak mi wychodziło jeszcze dwa lata temu. SKS, jak nic SKS, a ja przecież jeszcze młoda jestem!

Jak to u Rosjanek bywa worek mały (44×40 krzyżyki), kolorów sporo chyba z 18, kolory łączone, krzyżyki, półkrzyżyki, 3/4 krzyżyki, backstitche robione pojedynczą i podwójną nitką, frechknot sztuk jedna. Walka nierówna, ale efekt na koniec całkiem fajny.

Ponieważ nie miałam czasu w tym roku na zakupy styropianowych jaj, wymyśliłam, że z hafcików powstaną zawieszki, pinkipy, wafelki – nazwa dowolna. Do środka wsadziłam podkładki pod piwo, które w ilościach hurtowych upolowałam pod Młynem, trochę białego filcu, trochę ociepliny, magiczny klej Magik, ozdobna kolorowa taśma, wyszydełkowany sznureczek do powieszenia i voilà zawieszka gotowa!

Po posklejaniu całość wyglądała tak:

A tak mój kurczak wraz ze szklaną kokoszką „kukał” przez okno.

Wiosny wyglądali. Wiosny czekali.

Spadł więc śnieg, zima wróciła, a wiosna przyszła tylko, że po  świętach!!!! Dlaczego????? Nie mogło być tak pięknie w Wielkanoc?

Potem naszło mnie na kurki. Wzór pewnie Wam znany, prosty, ale uroczy, można go znaleźć na Pinterest. Zaczęłam się zastanawiać skąd ja go mam i mnie olśniło. Kilka lat temu, będzie ze cztery, gdy dopiero zaczynałam swoją przygodę z wyszywankami, dostałam go od Bibi z bloga Zapach Poziomek. To u niej zobaczyłam te kurki po raz pierwszy, to od niej dostałam wzór i cenne rady. Nie wiem czy ona do mnie zagląda, ale i tak bardzo, bardzo dziękuję :))

Moje kokoszki powstały na lnie obrazkowym Permin of Copenhagen 35 ct, kolor piaskowy. Znowu drobnica! To na tym lnie popełniłam moje spaprane tulipany, to na nim zaczęłam wyszywać pierwszą wersję Wandy. I to właśnie na tym wandzinym kawałku wyszyłam kurki. Nie chciało mi się pruć tego, co zostało z ryby, szkoda było wyrzucić taki kawał pięknego materiału, wykorzystałam więc niezahaftowane fragmenty. Cóż wzrok mi się nie poprawił ani trochę od czasu, gdy ostatni raz na nim wyszywałam, wręcz przeciwnie. Najpierw wymyśliłam sobie, że będę haftować pojedynczą nitką. Hafcik będzie delikatny, łatwiej będzie mi stawiać pojedyncze krzyżyki.

I tak sobie pomału dłubałam, aż doszłam do miejsca z nieładną, grubą skazą. Wiecie, jak to z lnem jest. Niby materiał przeznaczony do haftu, specjalnie tkany, niby równy, ale od czasu do czasu trafiają się jakieś nierówności, zgrubienia na nitkach. I mi taki feler wypadł dokładnie na końcu kurzego ogona. Paskudnie to wyglądało. Ale mnie olśniło, że przecież widziałam kiedyś na Instagramie, jak jedna dziewczyna pokazała, jak skutecznie pozbywa się takich felerów. U niej wyszło to idealnie. Niewiele myśląc, zrobiłam tak samo, z tą różnicą, że u mnie zgrubienie zostało, za to przerwałam nitkę i zrobiłam dziurę!!

Myślałam, że mnie szlag trafi, bo padło akurat w miejscu bez krzyżyków, nie dało się tego zamaskować, no nie dało się. Trzeba było haft wyrzucić. Szlag by to trafił!!

Zaczęłam od nowa, tym razem podwójną nitką, bo stwierdziłam, że chyba jednak trochę słabo widać to, co się haftuje.

Potem powstała kurka w wersji niebieskiej.

Tak prezentują się obie kurki przed zagospodarowaniem.

Wymyśliłam, że z jednej strony wafelka będzie kurka, z drugiej napis „Wesołego Alleluja”. Znalazłam stare zdjęcie mojego jaja z takim napisem i zaczęłam wyszywać. Umordowałam się strasznie, bo szyłam przez trzy nitki, żeby napis był odpowiednio duży. Jeden krzyżyk 3×3 nitki to totalna porażka, gdy człowiek ma we krwi 2×2. Liczyłam każdą nitkę, sprawdzałam po dwa razy. W połowie drugiego napisu z mych ust wyrwało się soczyste  %$&^(*)(_>>_&…. motyla noga.

Niech mi ktoś wytłumaczy, jak można popełnić dwa razy ten sam błąd?? Jak można patrzeć i nie widzieć?? No jak?? Cóż tak mam. Patrzę i nie widzę. Mój mózg skutecznie ignoruje to, co widzą oczy, czyta, jak ma być, a nie jak jest w rzeczywistości. Stąd też pewnie nie jeden i nie dwa błędy w  moich postach, ale ja zwyczajnie w świecie nie widzę takich błędów.

Wkurzyłam się niepomiernie. Drugie podejście, druga strona wafelka i znowu błąd i to dwa razy! Stwierdziłam, że zabieram zabawki, zamykam kramik i się nie bawię, bo czego się nie tknę, to mi nie wychodzi!!!!! Długo nie wytrzymałam. Do następnego wieczoru. Sprułam, co trzeba i na nowo wyszyłam, jak należy.  Po posklejaniu moje wafelki wyglądały tak.

Tym razem zaszalałam, pościągałam z parapetu prawie „kryształy”, znaczy się szkło i walnęłam moim kurkom sesję z jajami od chłopa i bez jaj.

I jeszcze dwie razem.

Kurczak też się załapał na szklanego kurczaka.

Szklanych kur z Huty Ząbkowice w Dąbrowie Górniczej u mnie pod dostatkiem. Muszę kiedyś popełnić o nich oddzielny wpis, bo je lubię niezmiernie. Jak to kiedyś napisałam, u mnie jajo było pierwsze, miłość do kur przyszła potem.

W między czasie popełniłam ślicznego zajączka wg wzoru Caroliny Primi.

Zajączek jest jednym z elementów większego wzoru pt. „Shabby Spring Calendar”, który nabyłam tutaj dawno temu, muszę o tym kiedyś odpowiedzieć. Nie pokaże Wam, jak hafcik został zagospodarowany, bo poszedł świat bez końcowej fotki. Również powstała zawieszka. Haft wyszyłam na resztkach lnu Edinburgh 36 ct. To dopiero była jazda bez trzymanki i dziubdzianie. Ehhh…. pomyśleć, że kiedyś cały haft wyszyłam na takim materiale i była to czysta przyjemność. Było, minęło, nie wróci…

Wyszyłam też jeszcze jednego zająca. Hafcik na razie leży w szufladzie i czeka na lepszy czas. Na jajko jest za mały, na mikro zawieszkę może się nada, ale to kiedyś. Pasowałby na kartkę, ale ja niekartkowa.

Na koniec powstał kurczak, a w zasadzie kurza panna z różą w dziobie, którą pokazałam przy okazji życzeń wielkanocnych. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Zobaczyłam, gdzieś wzór i wiedziałam, że wcześniej czy później ten haft powstanie, bo to cała ja. Prawie. Bujna fryzura (czytaj jeden lok na czubku głowy), krótkie nóżki, małe stópki, niskie zawieszenie. Obła i okrągła. Cała ja z jednym wyjątkiem. Taka seksowna to ja nigdy nie byłam, nie jestem i nie będę :)) Nie jestem w stanie powiedzieć kto jest autorem wzoru, skąd go ściągnęłam. Miałam go tylko na telefonie i po wyszyciu skutecznie się go niestety pozbyłam. W ramach przedświątecznej podkuty haftowałam także na lnie 35 ct z HobbyStudio, bo innego białego lnu w domu nie mam. Jak zawsze kontur czyni cuda.

Ponieważ haft jest większy niż poprzednio, za bazę do wykonania zawieszki posłużyła tym razem stara płyta kompaktowa i tak powstała kolejna zawieszka.

Powiesiłam ją na kluczu od mojej komódki. I tak sobie wsi, dynda i wywołuje uśmiech na mojej twarzy.

Adam stwierdził, że ten haft ma ze mną jeszcze jedną wspólną cechę. Jest pokręcony jak lato z radiem, zupełnie jak ja :) I tylko ja mogłam tak „uczcić” święta :)

I to tyle, jeśli chodzi o tegoroczne wielkanocne hafciki. Szału nie było, ale czasu nie miałam kompletnie i sił również nie starczyło. Zauważyliście za szybką  moje piernikowe jajo? Kupiłam je parę lat temu w Niedzielę Palmową na jarmarku w Muzeum wsi opolskiej w Bierkowicach. Bardzo mi się ono podoba, bardzo chciałabym tak umieć ozdabiać pierniki, bo to, co mi wychodzi woła o pomstę do nieba.

Z Bierkowic pochodzi też moja opolska malutka kroszonka, którą dostałam kiedyś od taty.

Moim zdaniem jest fantastyczna. Trzeba mieć kupę cierpliwości, żeby takie coś wyskrobać.

Takie małe strusie jajeczko :) Dla porównania kurze jajo w wersji XL.

Moje zawieszki poza jedną poleciały do blogowych koleżanek. Wiem, że dotarły trzy, o czwartej nie mam żadnych informacji. Dziewczynom się podobały, a to miód na moje serce :) Bardzo żałuję, że nie miałam, jak i kiedy popełnić więcej takich ozdóbek. Ja kompletnie niekartkowa jestem, kartek nie robię i robić nie będę, ale takie wafelki, pisanki czy bombki kleję z przyjemnością.

Na koniec bardzo chciałabym podziękować Hani i Zafolowanej za cudne kartki, które od Was dostałam.

Dziękuję też Iwonkom, Kasi S, Uli Myszuli, Karolinie, Danie, Edytce, Iskierce za wirtualne życzenia świąteczne, maile, miłe słowa. Bardzo, bardzo dziękuję!!

Wiosna nadeszła, oby była łaskawsza i bardziej obfita w wolny czas, siły i chęci do życia, bo źle już ze mną było ostatnio. Siły wrócą to i chęć do wyszywania, blogowania mam nadzieję, powróci. Koniecznie muszę napisać post o kolejnym elemencie z SAL-u Cookie Time. Haft powstał z miesiąc temu, a wieści na jego temat żadnych.