Wiosna w lutym

Czyli ostatnie jajo w tym roku

Kochanie zobacz jaki piękny wzorek, jakie cudowne jajo – powiedziałam któregoś mroźnego lutowego wieczoru, podtykając Adamowi pod nos telefon.

No ładne, ładne – powiedział, nie unosząc nawet głowy znad klawiatury.

Ale po co mi to jajko? – zaczęłam się zastanawiać.

A po co nam dziesiątki innych haftów, które zrobiłaś? Podoba Ci się, to sobie wyhaftuj – powiedział, nawet nie przestając czytać czegoś bardzo interesującego w necie.

Czasami tak mam, że jak ja to mówię, „coś do mnie mówi”. I ten wzór zdecydowanie do mnie powiedział „wyhaftuj mnie, zobacz, jaki jestem cudny, no weź, wyhaftuj mnie”.

Jak coś do mnie mówi, to z tym nie dyskutuję. Po za tym, aktualnie nic nie było na tamborku, więc moment idealny na rozpoczęcie nowego projektu. A jeszcze przyzwolenie od chłopa jest, to co było robić. Długo nie czekałam i się wzięłam od razu za wyszywanie. Po nocy oczywiście. Wzór piękny, idealny na koszmarną pogodę za oknem. Takie zaklinanie wiosny, żeby w końcu przyszła,  ale…

…. się nie zastanowiłam…

… i trochę źle dobrałam materiał. Zaczęłam wyszywać na białym lnie 35 ct z Hobby Studio i niestety haft początkowo zginął mi kompletnie na materiale. Powinnam była użyć czegoś zdecydowanie ciemniejszego. Ale uparłam się na len, a błękitny wydawał mi się za niebieski, lawendowy za fioletowy, naturalny za naturalny, a innego w domu od ręki niby nie było. A ja przecież musiałam wyszywać teraz, już, natychmiast, czekanie nie wchodziło w rachubę. Szczegół, że po paru dniach wyczytałam, że autorka zaleca beżowy odcień materiału. A ja przecież jakiś „beżowy” len w domu miałam!

Tak to jest, jak się coś robi na szybko, bez zastanowienia!

A nie raz mi Adam powtarza: najpierw myśl,  potem rób kobieto!

Ale nie, ja jestem w gorącej wodzie kąpana. Muszę, bo się uduszę.

Pierwszego wieczoru jeszcze nie było tak źle. Po prostu wyszywałam cała zadowolona.

Później zaczęłam drżeć, co to będzie??

Bo przecież wyraźnie widać, że nic nie widać!!

Dramat! Jaka porażka!!

Szczegół, że znowu środek nocy, zero dziennego światła.

A potem zaczęłam robić backstitche.

I serce mi drżeć przestało.

Nienawidzę robić konturów, a z drugiej strony kocham je, za to, co te niewinne kreski potrafią wydobyć z czegoś, czego praktycznie nie ma.

Z każdą stawianą kreseczką haft stawał się coraz bardziej wyraźny.

I  po co były te nerwy?

Wzór «Светлый праздник», autorstwa Ekateriny Sereginy do pobrania  tutaj

69×92 krzyżyki, 27 kolorów + kolory mieszane, wyszywane 2 pasmami muliny DMC zgodnie ze wzorem na lnie 35 ct Hobby Studio, kolor biały.

Kontury robione jedną i dwoma nitkami muliny, french knoty robione dwoma nitkami muliny.

Myślałam, że oszaleje. Dla mnie mogłoby być ze 20 kolorów mniej. Nie lubię co dwa krzyżyki zmieniać nitki. A do tego 13 kombinacji backstitchy!

Ale chyba warto było się pomęczyć :)

Hafcik oprawiłam w prościutką drewnianą ramkę i ciemnogranatowe passe-partout. Bez niego mimo wszystko było blado. Ciemne obramowanie podkreśliło kolory. Obrazek został wręczony jako prezent wielkanocny mojej Chrzestnej.

Mam nauczkę na przyszłość, że jednak warto się czasami na chwilę zatrzymać i zastanowić, a potem dopiero działać. I że środek nocy, to nie najlepsza pora na zaczynanie pracy i dokonywanie wyborów, zwłaszcza gdy trzeba dobrać jakiś kolor. Takie rzeczy tylko w dzień!

Co się nadenerwowałam przez te parę wieczorów to moje.

Obiecuję, więcej jaj w tym roku nie będzie.