Wiosna, wiosna gdzieś, że ty?

Czyli Choinka 2018 część 3/12

Widzieliście gdzieś wiosnę? Ja widziałam.

Zimą zeszłą to było.

Zaczęła się wiosna, nastała więc zima.

Cytując klasyka – taki mamy klimat.

Niedzielne wczesne popołudnie. Wróble zawzięcie kłócą się nam pod powałą o to, jak urządzić mieszkanie, znaczy  jak uwić sobie nowe gniazdko, słońce świeci, na termometrze prawie 17 stopni na plusie.

Wiosna nadeszła, wiosna nadeszła jak nic!!!

Nareszcie, bo ileż można marznąć w dupkę, chodzić w reformach, kurtkach, czapkach i szalikach??? Poszliśmy więc z Kochanieńkim szukać tej długo wyczekiwanej wiosny.

I ją znaleźliśmy.

Pięknie było. Cudnie było. Kwieciście było.

Przez chwilę….

Pięć dni później wyszłam z pracy, a tu taki widok…

Nie powiem, zdziwiłam się, bardzo się zdziwiłam. Nie tak wyobrażałam sobie wiosnę. Spadł śnieg, dużo śniegu. Narobiłam więc zdjęć, jadąc do domu tramwajem, bo śniegu tego roku jeszcze nie widziałam.

Rano w sobotę trzeba było się prawie „odkopywać” do ulicy. Dobrze, że jak nasz sąsiad nie pozbyliśmy się łopaty do odgarniania śniegu i można było przetrzeć szlak. A było co odgarniać, pierwszy raz w tym roku.

Mój osobisty, ulubiony klon wyglądał jak choinka.

A największe wzniesienie w okolicy, ba nawet nie pagórek, tylko mały kopczyk z ziemi (pod spodem była kiedyś ziemianka, w której przechowywali zimą warzywa) od razu zaroiła się od dzieci. W ruch poszły sanki, jabłuszka, a nawet zwykłe reklamówki. Aż sama miałam ochotę dołączyć :)

Normalnie trafiło mi się z tą aurą jak ślepej kurze ziarno. Zima jest, śnieg jest, słońce świeci, można zimowe foty cykać! Jakby nie było, pierwszy raz tej zimy zdarzyły się ku temu sprzyjające okoliczności przyrody. A okazja i potrzeba zrobienia paru zimowych zdjęć była paląca. Wszak minął kolejny miesiąc, jak nic pora by, pokazać, co tym razem wyprodukowałam w ramach zabawy Choinka 2018 u naszej Xgalaktycznej Kasi.

Nudna byłam w tym miesiącu, znowu poszłam w „plastik”. Znalazłam w mojej szufladzie jeszcze jedną Dimkową zawieszkę, którą mi Kochanieńki przywiózł w zeszłym roku, a o której zapomniałam. Teraz była jak znalazł, idealnie wpasowała mi się w klimat. Jako ostatnie powstały sanki. Sanki pełne świątecznych prezentów.

W sumie jakoś tak szybko mi z nimi poszło, nawet nie cyknęłam za wielu fot w międzyczasie. Tak moje sanki prezentują się po postawieniu wszystkich krzyżyków.

A tak po zrobieniu makijażu, czytaj wyszyciu konturów.

Muszę przyznać, że akurat te zestawy Dimensions wyszywało się bardzo przyjemnie. Nie miałam żadnych złych odczuć co do muliny jak w przypadku bałwanków. Nie wiem, może ta mulina „żre” się z lnem, jest przeznaczona tylko do plastiku i kanwy, a może ja sobie nie radzę, albo miałam zły czas. Na razie bałwanki czekają na szansę wskoczenia na tamborek, więc trudno powiedzieć jak będzie mi się wyszywało kolejnego.

To teraz będą zimowe foty. Aż się prosiło, żeby iść na dwór (mówicie idę na dwór czy na pole? ja mówię na dwór, byliście na dworze, dworzu, a może na polu?) i zrobić zdjęcia sań w śniegu. W niedzielę nie było już tak spektakularnie, jak w piątek i sobotę, połowy śniegu nawet się nie ostało, ale coś tam pocykaliśmy z Kochanieńkim rzutem na taśmę, w promieniach zachodzącego słońca. Wcześniej się nie dało, a szkoda, bo śnieg był piękny. Tylko czemu kurna chata tak wiało, kiej by się kto powiesił?

Tak prezentują się moje sanki w zimowej scenerii.

Tym razem podkleiłam haft czerwonym filcem, poprzednie były podklejone białym i nie do końca jestem przekonana czy był to dobry wybór. Z drugiej strony nie widać czerwonej wstążeczki, która robi za zawieszkę. Coś za coś.

Powiecie koniec?

Ano nie koniec, gdyż ponieważ powstała jeszcze haftowana bombka :) Bombka dobrze Wam już znana, bombka z mikołajkową sikorką. Popełniłam takich bombek już kilka, wzór mogę wyszywać prawie z pamięci i jeszcze mi się nie znudził, ale do tej pory żadna sztuka mi się nie zachowała.

Stwierdziłam basta, trzeba sobie też zrobić i choćby nie wiem co, nikomu nie oddać. Zdjęciami z etapu wyszywania, klejenia nie będę Was tym razem zamęczać. Kto chce zobaczyć z bliska inną wersję tej bombki, zapraszam do TEGO postu. Bombkę pokleiłam przy okazji produkcji ozdób wielkanocnych, ale o tym innym razem.

Moja sikoreczka przysiadła sobie na ośnieżonym krzaczku.

Potem na choince.

Taka była, że się nie bała i „jadła” Kochanieńkiemu z ręki.

Bardzo zapragnęłam zrobić jedno zdjęcie, miałam jego wizję, już widziałam je oczami wyobraźni.

Ptasie ślady rysich pazurów na śniegu, ptasi trop, a na końcu tego tropu moja sikoreczka. Byłam gotowa rzucić się w śnieg dla idealnego ujęcia, niestety nie udało nam się znaleźć dobrze zachowanych śladów ptasich stóp w parku. Późno wybraliśmy się na ten spacer, słońce było już mocno nisko, co widać po cieniu.

I jeszcze parę wspólnych zdjęć moich marcowych ozdóbek.

Z dalekiego daleka.

Z  daleka.

Z bliższego bliska.

I całkiem z bliska.

I jeszcze na koniec jedno zdjęcie, specjalnie dla naszej Szefowej Katarzyny.

To było miłe zimowe popołudnie, ale zimy to ja mam już po dziurki w nosie. Dość mam konieczności noszenia grubych ciuchów, ubierania się na cebulkę, czapek, szalików, rękawiczek, zaparowanych okularów, zimnych stóp.  Słońce niby bywa, ale co mi po takim słońcu, jak w nosie zamarza. Wiosny pragnę, ciepła pragnę. Pragnę koloru kwiatów, pragnę zieleni liści, pragnę ptasich śpiewów.

Wiosna, wiosna gdzieś, że ty?

Byłam dziś u rodziców i wiecie co? Czuć już wiosnę w powietrzu, słychać coraz śmielsze ptasie wiosenne trele. Mam ogromną nadzieję, że tak jak zapowiadają, Wielkanoc będzie piękna. Bo jak tu iść z koszyczkiem w mrozie, jak się ganiać z wiadrem wody w mroźny lany poniedziałek?

À propos świąt i jaj. Jaj haftowanych u mnie w tym roku nie będzie, inaczej zagospodarowałam wielkanocne hafciki. Mało ich powstało, bo nie bardzo było, kiedy i jak zająć się przyjemnościami. Gdyby jednak któraś z Was jeszcze zamierzała sobie wyprodukować np. takie jajo:

i nie wie jak je posklejać, żeby było dobrze, to w tych dwóch postach TYMTYM podaję mój przepis na jajo idealne. Może jeszcze ktoś skorzysta. Jaja, które wyprodukowałam w latach ubiegłych, znajdziecie też na mojej tablicy na Pintereście.

Tradycyjnie na koniec banerek zabawy u Kasi.

Dziewczyny bardzo, ale to bardzo dziękuję Wam za te cudne komentarze pod moimi postami. Prawie lewituję ze szczęścia, jak je czytam. Z drugiej strony czuję się onieśmielona i zawstydzona tyloma miłymi słowami. To miał być blog o moich wyszywankach i innych z nitką zmaganiach, a ja gadam, gadam i przestać nie mogę. W życiu bym nie przypuszczała, że na „starość” będę bajki pisać, a ktoś będzie je czytał i jeszcze mówił, że mu się podoba. Chociaż, to co piszę to nie bajki, ale najprawdziwsza prawda. No dobra, trochę coś podkoloryzuję, ale z zasady piszę, jak było, jak jest. Mam tylko obawę, co będzie, jak mi się tematy skończą, wena sobie pójdzie w siną dal, a Was znudzą moje monologi??? Mają być dwa zdjęcia, dwa zdania i koniec postu?? Szkoda wtedy płacić za domenę i hosta. Lepiej zamilknąć.

I jeszcze jedno. Mam moralnego kaca, że Wy u mnie piszecie, komentujecie, a ja milczę, u Was i tu u siebie. Dostałam za to niezłą zjebkę od Kochanieńkiego. Walnął mi taką gadkę umoralniającą, że mi w pięty poszło. A najgorsze jest to, że ma rację. Stwierdził, że nie może być tak, że nie ma z mojej strony żadnej rozmowy, że nic Wam nie odpisuję, nie piszę u Was.

Masz czas na pisanie posta, to znajdź czas na komentarze. Nie może być tak, że ludzie u ciebie piszą, a ty ani be, ani me, ani pocałuj mnie w dupę. W końcu się zniechęcą i przestaną do ciebie zaglądać. Jesteś jak nałogowiec na haju. Dorwiesz się do klawiatury, gadasz, gadasz, nie możesz przestać, a potem jak się już nagadasz, odpływasz, nie ma Cię, znikasz. Tak nie może być!!

Taki mi wykład walnął. Cóż ma 200% racji!! O swoich czytelników, gości trzeba dbać, trzeba się zrewanżować dobrym słowem, za dobre słowo. A ja nic. Mam nadzieję, że od połowy kwietnia coś będzie lepiej, coś się wyprostuje i znowu będzie mnie więcej w sieci. Na razie bywam na Instagramie (a zarzekałam się żadnych Facebooków, Fejs jest do bani, a przecież to właściciel Insta), bo jakoś mi łatwiej i szybciej cyknąć rano fotę tego, co wyszyłam, dopisać ze dwa zdania, otagować odpowiednim haszem i wrzucić w sieć jadąc do pracy tramwajem. Prościej mi też coś skomentować, pochwalić u Was. Mam nadzieję, że mimo wszystko to stan przejściowy i wszystko wróci wkrótce do normy.

Dziękuję, że jesteście :))

A i byłabym zapomniała.

UFO wróciło :(((((((((((( Tak jak myślałam, duża serwetka jest za mała na maminy stół. Co prawda mama powiedziała, że jest ok, że jej nie odda, ale ja wiem, że moje umiłowanie perfekcji każe mi spruć koronkę i dorobić jeszcze po dwa rzędy kwadratów na długości i szerokości. Wiedziałam, że tak będzie… Byle tylko mieli w sklepie jeszcze odpowiedni kordonek.