Z pamiętnika hafciarki

Czyli jeszcze trochę historii.

Jednym z powodów, dla których postanowiłam, że będę prowadzić blog, była chęć utrwalenia dla siebie i potomnych moich zmagań z nitką. Nie da się ukryć, pamięć ludzka jest bardzo ulotna. Coś się nam kołacze po głowie, ale gdzie? co? jak? kiedy to było? tak dokładnie, bardzo trudno sobie przypomnieć. Zdarza się, że jest to wręcz niemożliwe. U mnie zmagania z nitką bywają wyczerpujące, czasami jest bardzo pod górę, czasami śmiesznie, czasami łzawo. Jak sobie to zapiszę, będę pamiętać. I na starość wspominać.

Teraz gdy próbuję na potrzeby tego postu przypomnieć sobie, moje początki z haftem krzyżykowym, to mam dziury w głowie, a przecież to było tylko trzy i pół roku temu! Dobrze, że są jeszcze jakieś stare zdjęcia na kompie, które mają tę niewątpliwą zaletę, że można na nich sprawdzić, kiedy powstały.

I jest też moja pierwsza praca wyszywana krzyżykami, którą teraz oglądam, uśmiecham się pod nosem i dochodzę do wniosku, że nie zmarnowałam tych trzech lat. Czegoś się jednak nauczyłam. Doprawdy fascynująca podróż w czasie :)

Moje zupełne początki z haftem krzyżykowym wyglądały tak…

Zaczęłam w połowie grudnia. Będę wyszywać i już. Tak sobie wymyśliłam, bo od dawna chodziło za mną tworzenie/robienie czegoś własnymi rękami. Zawsze podziwiałam ludzi, którzy żyją z pracy rąk własnych, sami coś tworzą od początku do końca. Niestety Bóg nie dał mi żadnego talentu, trzeba więc robić coś odtwórczego. Wymyśliłam więc wyszywanie krzyżykiem, bo to odtwórcze zajęcie. Ale jakże twórcze zarazem!

I tak w połowie grudnia zaczął powstawać mój pierwszy i jedyny do dziś obrazek wyszyty na kanwie. „Obrazek”, bo został wsadzony za szybę, oprawiony w ramy. Piękna, czerwona bożonarodzeniowa choinka.

Wzór znalazłam  na blogu u Aliolki. Jest tam dużo fajnych, prostych wzorów. Łosie są the best!

Wydrukowałam wzór, kupiłam dużo, bardzo dużo muliny Ariadna (pewnie jakieś cztery motki), kanwę (z pomiarów naukowych wychodzi mi, że musiało to być jakieś 16 ct), tępą igłę (całą jedną sztukę) i zaczęłam wyszywać. W rękach, bez tamborka.

Pamiętam jak dziś, jak z przejęciem tłumaczyłam Adamowi tajniki hafciarstwa.

Widzisz Kochany, wszystko ma być wyszywane w jedną stronę, a to, co jest białe na wzorze, musi być wyszyte na biało!

Teoria o wszystkich nitkach stawianych w jedną stronę była jak najbardziej słuszna. Wszak najważniejsza i podstawowa zasada haftowania krzyżykami mówi – wszystkie krzyżyki stawiamy tak samo, w jedną stronę! Zawsze tak samo!

Cóż…

Jak widać, teorię i zasady może i znałam, ale nie do końca potrafiłam je stosować, gdy przyszło do praktyki. Zdecydowanie moje krzyżyki nie są postawione wszystkie w jedną stronę. Za to, jaka byłam dumna z siebie po ukończeniu tego obrazka to po prostu szok :)

Bądźmy szczerzy. Dziś zęby bolą od samego patrzenia :) Praca wygląda, jakby robiła ją kilku, najwyżej kilkunastoletnia dziewczynka, a nie „stara baba”, którą byłam, gdy zaczynałam moją przygodę z krzyżykami.

Gdy patrzę na ten haft od jego bardziej wstydliwej strony,  wciąż chodzi mi po głowie pytanie:

Ale o co chodzi z tymi supełkami?

Oglądam, oglądam i dochodzę do wniosku, że za pomocą supełków łączyłam ze sobą nitki!!! Nie zaczynałam i kończyłam kolejnej, tylko łączyłam je ze sobą w jedną bardzo długą nić. Prawie tak, jak to się robi w szydełku. Jest supełek, a nie ma początku, ani końca nitki. Jak nic łączyłam nitki ze sobą:) Po co, dlaczego i jak, nie mam bladego pojęcia.

Wyszywam metodą duńską tylko zmodyfikowaną po mojemu, bo wyszywam od prawej do lewej strony – szyję do tyłu, jak twierdzi moja mama. Wyszywam od prawego dolnego rogu do góry. Kto nie wie, co to metoda duńska polecam naszą hafciarską encyklopedię wiedzy tajemnej Chagę i jej wpis na temat metod haftowania.

Jak widać, starałam się pilnować i stawiać krzyżyki tak, żeby z lewej strony były pionowe kreski. Jest dużo białych pionowych kresek. Ale są też czerwone kreski postawione poziomo!

I po raz kolejny zadaję sobie pytanie, skąd się one wzięły? Ot kolejna zagwozdka! Po prawej stronie akurat w tym fragmencie jest wszystko ok, jeśli chodzi o kierunek stawiania czerwonych nitek.

Wychodzi mi na to, że jak nic musiałam odwracać haft w czasie wyszywania i to nie o 180 stopni, tylko o 90. Bo skąd niby te poziome kreski?

Jest po mojej lewej stronie trochę plątaniny, ale bez przesady, nie czepiajmy się, to mój pierwszy w życiu haft krzyżykowy :)

Teraz bywa, że już tak „ładnie” to u mnie nie wygląda, zwłaszcza jak jest dużo kolorów :) Kto by się tym jednak przejmował? Haftowanie ma być przyjemnością!

Chociaż nie, ja się przejmowałam. I nadal przejmuję, tak gdzieś w głębi serca. Nie powiem, chciałabym mieć idealną lewą stronę. Widziałam, że się da. Raz w życiu widziałam taki haft, że nie było ani jednej poziomej czy ukośnej kreseczki. Ani jednej!! I nie był to jednokolorowy mały szlaczek, tylko duży regularny, wielobarwny obraz. Szok!

Próbowałam.

To nie dla mnie. Za dużo czasu to zajmuje, ja mam za dużo haftów w planach do wyszycia, a życie jest za krótkie na zmaganie się z materią. Jakby jednak ktoś chciał poćwiczyć i miał ambicje na idealną lewą stronę, to można zajrzeć np. tu i ćwiczyć, ćwiczyć do upadłego.

Pytanie, skąd wzięłam teorię o zahaftowywaniu całego tła?

Nie mam pojęcia. Dzwonili w którymś kościele, tylko w którym? Coś mi się o uszy obiło, tylko co?

Jak widać, pracowicie wyszyłam wszystko na biało. Chyba gdzieś widziałam hafty, gdzie tło też było częścią wzoru i musiało być wyszyte. To wyszyłam i ja:) Wiadomo, tak się nie robi w przypadku tego typu wzorów, ale wtedy tego jeszcze nie wiedziałam. Pamiętam, że brakło mi białej muliny i trzeba było dokupić. Pamiętam też, że bardzo mnie zmęczyło stawianie tych białych krzyżyków. Nudne to było strasznie. Do świąt nie dałam rady, kończyłam zaraz po.

A potem odkryłam na którymś z blogów, że głupia ja! niepotrzebnie się tyle męczyłam! Bo tego się nie wyszywa na biało. Niby można, ale absolutnie nie trzeba! Od razu życie hafciarki okazało się prostsze, łatwiejsze i nie takie bardzo nudne.

Dużo już się nauczyłam przez te trzy lata.

Wiem jednak, że jeszcze bardzo dużo przede mną. Nadal nie radzę sobie z pojedynczymi krzyżykami, z dużą ilością pojedynczych krzyżyków. Nie ogarniam dużej ilości kolorów i nitek. Gubię się w tym. Nie podjęłabym się jeszcze za żadne skarby świata wyszywać haft, w którym konieczne jest zahaftowanie całej powierzchni. Zdecydowanie jestem na to jeszcze za cienka.  Ale mam plan, że się nauczę. Będę ćwiczyć, ćwiczyć, aż to opanuje. Bo nic tak dobrze nie wpływa na jakość naszych prac, jak ciągłe ćwiczenie i doskonalenie warsztatu, dobre narzędzia i przede wszystkim dobrzy nauczyciele.

Miałam to szczęście, że zaczynałam moją przygodę z krzyżykami w dobie powszechnego Internetu. Bardzo szybko odkryłam, że sieć jest pełna wzorów, sklepów internetowych, w których można kupić wszystko, co się zamarzy do haftu i jest tego całe mnóstwo i jeszcze więcej. A najważniejsza rzecz, jaką mi się udało znaleźć to były blogi poświęcone haftowaniu. Odkryłam całe mnóstwo fantastycznych blogów, na których przeważnie dziewczyny, bo są przecież i panowie, dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem. Doradzą, powiedzą co dobre, co złe, jak sobie radzić z danym problemem, co jest potrzebne, żeby zacząć, czego nie robić, bo nie warto. Kto wie gdzie bym była teraz z moimi krzyżykami, gdyby nie WY.

Bardzo Wam za to dziękuję.

Kwiatki dla Was. Cała grządka.

Na kanwie nie powstał więcej żaden „obrazek”. Było prajajo, w którym nagle zaczęłam stawiać nie wiedzieć czemu krzyżyki w drugą stronę, potem kolejne jaja i jeszcze więcej jaj. Teraz na Aidzie wyszywam tylko motywy na pisanki i na bombki. Z reguły tylko takie małe hafciki.

Obrazki i obrazy za to wyszywam na lnie. Len to moja wielka, ogromna miłość! Miłość od pierwszego dotknięcia, od pierwszego postawionego krzyżyka!

Ale o tym, jak to u mnie z lnem było, opowiem innym razem.