Zaczarowany domek

czyli Choinka 2018 część 7/12

Mądrzy ludzie mówią, że pierwszy dom buduje się dla wroga, drugi dla przyjaciela, trzeci dla siebie. Niestety jest w tym powiedzeniu wiele prawdy, o czym miałam się okazję przekonać na własnej skórze :)

„Stawiając” ściany swojego pierwszego gniazdka, budujemy zazwyczaj swoje marzenia i wyobrażenia o domu idealnym. Potem okazuje się, że jednak marzenia marzeniami, a życie życiem i coś, co jest piękne, ślicznie wygląda w katalogu na obrazku, kompletnie nie nadaje się do życia, bo jest niefunkcjonalne i upierdliwe w codziennym użytkowaniu. Cóż uczymy się całe życie, całe życie zdobywamy doświadczenie.

Nie licząc Magicznej Poczty Św. Mikołaja, która jakby nie było, jest budynkiem użyteczności publicznej, a nie klasycznym budynkiem mieszkalnym, mam na swoim koncie tylko jeden „prawdziwy dom” wybudowany od fundamentów, aż po dach.

I wiecie co?

Już za pierwszym razem wybudowałam dom idealny. Dom dla siebie, dla nas, dla mnie i Kochanieńkiego.

Wybudowałam dom magiczny.

Co prawda popełniłam parę błędów, ściany niekoniecznie trzymają pion, tynki nie są idealnie położone, ale i tak jest pięknie, ślicznie i cudownie, kolorowo i świątecznie, a to dzięki temu, że wybudowałam dom zaczarowany, a do jego tworzenia używałam magii.

Ale od początku.

Na początku było marzenie o małym kolorowym domku na choinkę. Chodził za mną ten domek lat parę. Oglądałam internety, przeglądałam różne wzory, wzdychałam do domków różniastych i marzyłam, że sobie taki domek też wybuduję. Brakowało tylko czasu i wizji, jak ma ten dom wyglądać. Tak było do czasu, aż trafiłam na Instagramie na profil Alyony Plaxienko zwanej Pumka. Od razu wiedziałam, że trafiłam na projekt idealny :))

Małe zakupy, zgromadzenie potrzebnych do budowy materiałów i zaczęło się stawianie ścian.

Dosłownie kilka dni i miałam stan surowy otwarty.

Jak widać, udało się i drzewo w międzyczasie posadzić i okiennice w oknach zamontować. Tylko trochę smutno i nijako prawda? Trzeba było coś zaradzić i zaczarować ten mój domek. Poprzeglądałam szuflady, powyciągałam różne magiczne ingrediencje i zaczęłam odprawiać czary. Zaczęła się dziać magia.

Zaczęłam od przyozdobienia choinki.

Hokus-pokus, czary-mary, parę koralików, trochę błyszczącej złotej i czerwonej nitki i choinka ustrojona jak choinka :) Na szczycie drzewka góruje złota gwiazda, a gałęzie aż uginają się od świecidełek.

Pora na magię na ścianie z oknem, okiennicami i płotkiem.

Parę czarnych kresek i w ramach okiennych pojawiły się piękne szyby witrażowe. Kolejnych parę czarnych kresek i postawiłam płot. We wzorze tego nie było, ale postanowiłam wykorzystać cudowną zieloną kosmatą nić Kreinik, którą nabyłam przy okazji magicznej poczty i powiesiłam na płocie błyszczące jodłowe girlandy. Parę koralików i jest magicznie. Nad oknem rozbłysły kolejne gwiazdy.

Potem przyszła pora na ścianę frontową, na ustrojenie drzwi do zaczarowanego domku.

Najpierw powiesiłam na drzwiach wieniec adwentowy.

Zapaliłam nad drzwiami lampę, powiesiłam jodłowe girlandy, które rozbłysły kolorowymi światełkami.

Przystroiłam małe choinki stojące przy drzwiach  w donicach.

I voilà wejście gotowe.

Czyż nie jest pięknie i zachęcająco, żeby wejść? Niestety drzwi otwierają się tylko dzięki magicznemu zaklęciu. Pozwólcie, że Wam go nie zdradzę.

Przyszła pora i na bałwanka. Dostał twarz, marchewkowy nos, błyszczącą laskę i sanki.

Fundament domu też został przyozdobiony. Niby mało widoczny, ale też dostał odpowiednią oprawę.

Na koniec przyszła pora na dach. Małe przesunięcie o półtora krzyżyka i byłaby klasyczna, elegancka karpiówka. Postanowiłam trochę przyprószyć dach koralikowym śniegiem i dorobić kolorowe światełka wokoło. Umiaru w wieszaniu na choinkę nie mam, a że domek ma być choinkowy, zaszalałam z ozdóbkami :)

Ostatni etap prac, którego obawiałam się najbardziej. Przyszła pora na poskładanie wszystkiego do kupy, czyli klejenie, zszywanie.

Na zdjęciu tego nie widać, ale ściany i dach budynku usztywniłam cienkim przezroczystym plastikiem (pocięłam na kawałki plastikowe wieczko od bombek choinkowych :))Dzięki temu domek jest sztywny, ale też lekki. Jako usztywniacz można było też użyć tekturki, ale zrobiłam tam, jak zaleciła autorka wzoru. Wyszło moim zdaniem całkiem fajnie. Inną opcją było wyszycie całości na kanwie plastikowej, która sama w sobie jest przecież sztywna. Przez chwilę rozważałam taki wariant, ale wymagałoby to postawienia dużo większej ilości krzyżyków. Akurat miałam w domu niebieską Aidę, poszłam więc na łatwiznę :)

Bok i spód zszyłam cienką, niewidoczną nicią, a dach dokleiłam do całości. Zawieszkę do powieszenia przyszyłam w czasie ozdabiania dachu.

Trochę błyskotek, trochę zaklęć, trochę magii w postaci konturów i oto jest!

Panie, Panowie oto mój zaczarowany domek w pełnej krasie!

A że domek zaczarowany, trzeba było go zabrać w zaczarowane miejsce, do czarodziejskiego lasu. I tak domek znalazł domek przed naszym domkiem w zielonym krzaku :)

Nie mogłam się oprzeć i obfociłam go z każdej możliwej strony.

Od spodu także :)

Była też mało udana próba sesji w klimatach świąteczno-zimowych, ale lato, słońce i żar lejący się z nieba nie sprzyjają takim próbom ani trochę.

Prawda, że cudny wyszedł ten mój magiczny, zaczarowany domek? Zgłaszam go do lipcowej odsłony naszej zabawy u Kasi Choinka 2018. Tutaj możecie obejrzeć galerię prac czerwcowych i linki do prac dziewczyn, które powstały w lipcu. Jest co podziwiać :)

Domek powstał wg projektu Pumki. Podaję Wam wszelkie namiary na nią InstagramVK. Tutaj natomiast jest cała cudna galeria zimowych domków, takich jak mój. Niby ten sam wzór, a każdy domek inny. I to mi się strasznie w tym naszym krzyżykowaniu podoba, że każdy używa innego rodzaju magii :)

Mój zaczarowany domek wyszedł jak mały, cudowny klejnocik. Niby pierwszy dom, który stawiałam od początku do końca, a wyszedł mi zacnie, mimo pewnych niedoróbek, o których nawet nie wspominam. I nie zamierzam go oddać nikomu ani wrogowi, ani przyjacielowi. Zawiśnie u nas na choince.

Żeby jednak nie było, że to powiedzenie z początku mojego postu nie jest prawdziwe to taka mała anegdotka. Jak dziś pamiętam, gdy urządzałam swoje pierwsze własne M, zamarzył mi się w tzw. salonie zwanym pokojem gościnnym wygodny narożnik. Zamarzyło mi się też poprzestawianie ścian, otwarcie przestrzeni, pozbycie się drzwi. Wyszło fajnie z jednym małym ale”. Brakło mi dosłownie 4,5 cm ściany, żeby ten wymarzony narożnik postawić. Wszystko przewidziałam, wszystko przemyślałam i policzyłam. Nie pomyślałam tylko, że ściana będzie za krótka i narożnik się zwyczajnie nie zmieści:Cóż stanęło na kanapie i fotelu, ale marzenie o dużym narożniku mam ciągle gdzieś z tyłu głowy. W kolejnym naszym wspólnym domu sama projektowałam sobie kuchnię. Wiem, teraz gdy ją użytkuję jakie błędy popełniłam, co zrobiłam źle, o czym nie pomyślałam, a co przekombinowałam. Następna moja już trzecia kuchnia będzie, mam nadzieję idealna i przemyślana od początku do końca. Będzie taka, jaka być powinna. Magiczna :)

Na koniec jeszcze banerek zabawy.