Zew krwi, głód lnu

Czyli drugie życie pudełka

W domu Sajgon i totalna „rozpierducha”, a mnie znowu naszło na wyszywanki. Grunt to znaleźć sobie dobry termin na powrót weny :))


Nie wiem, czemu tak jest, że albo nie dzieje się nic, albo dzieje się wszystko na raz. Nie może być tak, że jest zawsze wszytko w normie, spokojnie, miło i przyjemnie? Źle by komuś z tym było? Nie sądzę.

Mamy remont w domu. Znaczy się malowanie. Na razie jeden pokój, ale bałagan w połowie domu. Wiadomo, jak jest. Niestety albo stety do malowania poszedł pokój, w którym trzymam wszystkie swoje skarby. Musiałam je rozparcelować po całym domu. Szczegół, że teraz chodzę i szukam, czegoś, co mi jest bardzo potrzebne. Tylko gdzie ja to wsadziłam?

W czasie wynoszenia gratów naszło mnie, na zrobienie czegoś, co odkładałam w czasie już od paru ładnych miesięcy, jak nie lat. Otworzyłam szafę i usłyszałam, no weź, zrób mnie w końcu!!! Zamiast pomóc w pracach remontowych, poczułam szybsze krążenie krwi w żyłach, wena wróciła, głód lnu mnie dopadł i zamiast pomagać w malowaniu albo chociaż za bardzo nie przeszkadzać, siedziałam i wyszywałam.

Postanowiłam dać drugie życie mojemu pudełku na przydasie.

Pudełko znalazłam oczywiście na Placyku pod Młynem. Wieki temu. Od razu mi się rzuciło w oczy. Stwierdziłam, że jest idealne na przydasie w czasie haftowania albo szydełkowania. Malutkie, poręczne, w dobrym stanie jak na swoje lata. Plastik wewnątrz trochę zleżały, ale jeszcze daje radę. Całkiem daje radę. Niestety pudełko ma mało estetyczną przykrywkę. Ale przecież przykrywkę można zmienić!

Od razu przypomniało mi się pudełko ozdobione kwiatowym wiankiem w książce „Mon journal au point de croix” Sophie Bester – Baque i Véronique Enginger. Takie pudełko robiła też Ania S z bloga Krzyżyki i inne wybryki. Postanowiłam dawno kiedyś, że ja też tak zrobię. Miesiące mijały, pudełko leżało schowane na dnie szafy, aż nadeszła na nie pora. I to wszystko dzięki malowaniu :)

Wzór miałam wydrukowany od bardzo dawna. Przygotowałam sobie mulinki, kawałek lnu obrazkowego Permin of Copenhagen 32 ct w kolorze naturalnym i z ochotą zabrałam się za wyszywanie. Nareszcie!!!

Kolorki piękne.

Ostatnio „na starość” pokochałam różowe. Strach się bać. Co to będzie, za parę lat. Mam nadzieje, że nie zostanę przysłowiową dzidzią piernik :)

Tu widać mój „patent” na igły i nitki.

Kawałek gąbki obszyłam materiałem, przyszyłam adamowe podkładki pod śrubki i mam teraz osobisty organizer do mulin. Kiedyś bawiłam się jeszcze w drukowanie symboli, ale teraz szkoda mi na to czasu. Po prostu rysuję je na pasku papieru. Krzywo, bo krzywo (same podkładki, jak widać, niezbyt równo przyszyłam), ale patent się sprawdza. Nie gubię się w kolorach, jak jest ich więcej, nie przekładam igieł. Jedyne co się nie sprawdza do końca, to sposób przechowywania zapasu muliny. Jednak trochę trwa, zanim wyplączę sobie tą jedną potrzebną nitkę. Dlatego też zawsze przygotowuję sobie jedną wolną nitkę więcej na kółeczku. Taki sposób pracy bardzo mi przyspiesza wyszywanie. Tak się do tego przyzwyczaiłam, że nie robię dwóch dużych haftów na raz, bo mam tylko jeden „organizer” :)

Początki wyszywania były trudne.

Jakbym zapomniała jak się wyszywa na lnie. Ale parę krzyżyków i popłynęłam. Co prawda nie lubię zmieniać nitek co dwa krzyżyki, ale co było robić :) Trzeba było wyszywać. I wyszywało się bardzo przyjemnie.

Dziewiątego dnia wieczorem zorientowałam się, że popełniłam błąd! Zdarzyło mi się to pierwszy raz w życiu.

Przesunęłam krzyżyki o trzy i mi się nie zeszło kółko!! Chciałam pruć, ale Adam stwierdził, że to bez sensu, pół wzoru trzeba by było robić od nowa, lepiej coś pokombinować i nikt się nie zorientuje. To pokombinowałam, przekombinowałam, ale zostaje, jak jest. Widać gdzie jest błąd? Trochę widać, ale jak ktoś nie zna wzoru mam nadzieje, że się nie zorientuje.

Coś ostatnio robię strasznie dużo różnych dziwnych błędów!

Tak wianuszek prezentuje się w całej krasie.

Podoba mi się bardzo. Zrezygnowałam z wyszywania napisów z wnętrza wzoru, nie pasują mi do koncepcji.
Haft idealnie pasuje na pokrywkę. Pokrywkę ze sklejki zdobyłam już dawno temu. Teraz trzeba tylko wszystko poskładać do kupy. I tu ma mam problem. Doszłam do wniosku, że potrzebuję jeszcze jedno kółko ze sklejki. Nie pomyślałam, że od góry jest/będzie ładnie, ale od spodu też ładnie być powinno. I trzeba zamówić jeszcze jedno kółeczko, bo karton się jednak nie sprawdzi. Chyba.

Zastanawiam się też jak to wszystko ładnie poskładać do kupy?

Czy dawać pod haft jakąś ocieplinę, filc, cienką gąbkę, żeby było miękko, czy też haft przykleić jednak delikatnie do wieczka? Jakby nie było, będzie się tego używać i nie może się rozpaść od razu. Zastanawiam się też jak podkleić haft od spodu. Powycinać namiar materiału w ząbki czy też ściągnąć go nitką w kółko i skleić z drugą częścią? Nie chciałabym, żeby się to wystrzępiło podczas otwierania pudełka.
Jak skleić ze sobą dwa krążki? Pod czymś ciężkim zapewne. Ale czy jak dam gąbkę, czy filc to mi się to nie zgniecie całkiem? Zszyć się pewnie na drewienku nie da. Dawać jakąś koronkę dookoła czy nie dawać? Jak dam, żeby było ładnie czy nie będzie się niszczyć przy otwieraniu? Czym to w ogóle skleić? Magicznym klejem Magic?
No i muszę zdobyć jakąś ładną gałeczkę/uchwycik do podnoszenia wieczka do góry. Zastanawiałam się, czy nie przyszyć kawałka materiału, ale z doświadczenia wiem, że wcześniej czy później taki materiał się wystrzępi. Uchwyt musi być nieduży, ładniutki. I śruba musi się wkręcać w uchwyt, a nie że uchwyt trzyma się za pomocą nakrętki. Nic nie może wystawać, żeby się nie poniszczyły skarby zgromadzone w środku.

Macie jakieś sugestie jak to zrobić, żeby było dobrze?

Tak wyglądają przymiarki. Jak skończę, będzie pięknie :)

Pytań wiele, pracy też jeszcze wiele przede mną.

Ale mam chwilę, bo dopóki wszystko nie wróci w domu na swoje miejsce i tak nie wiem, gdzie co mam.

Teraz chyba wezmę się za jakiś hafcik na bombkę. Zima wkrótce :)