Kwiatki

Czyli mocno rozciągnięta w czasie historia pewnych róż

Do wyhaftowania jakiegoś wzoru autorstwa Ekateriny Volkovej dojrzewałam długo. „Od zawsze” mi się one  szalenie podobały, ale przerażało mnie ich skomplikowanie, konieczność pracowania z dużą ilością kolorów.

Haftowałam do tej pory wzory proste, mało wymagające, a te wydawały mi się nie do przejścia. Z drugiej strony miałam straszną ochotę spróbować czy dam radę. Któregoś niekoniecznie pięknego poranka, stwierdziłam, że żyje się raz i kupiłam wzór.

Był 05-12-2017.

Jak dziś pamiętam, że wzór kupiłam, siedząc w autobusie w drodze do pracy. Kupiłam, dokładnie obejrzałam, siarczyście zaklęłam  pod nosem, co ja najlepszego *^^$%^## zrobiłam, schowałam do wirtualnej szuflady i zapomniałam. To znaczy, próbowałam zapomnieć, bo co jakiś czas patrzyłam, dumałam i dalej się bałam.

Na tym dumaniu minął mi ponad rok, aż Ania ogłosiła zabawę Nowy Haft na Nowy Rok. To był impuls do chwycenia byka za rogi i zabrania się za ten haft. Rok wydawał mi się wystarczająco długi na zmierzenie się z tym mega skomplikowanym wzorem.

15-01-2019 w moje urodziny zgłosiłam się do zabawy Nowy Haft na Nowy Rok.

Kochanieńki mój udział w zabawie podsumował tak:

Będziesz kwiatki wyszywać? Skąd Ci się to wzięło? Starzejesz się czy jak, że kwiatki będziesz wyszywać?

W sumie, jak się teraz zastanawiam, nie mam pojęcia czemu padło akurat na te róże, a nie na jakiś inny wzór autorki. Próbowałam kiedyś podsumować mój osobisty gust hafciarski, zrozumieć dokonywane wybory i za cholerę nie potrafię powiedzieć, dlaczego w danym momencie do mnie mówi właśnie ten, a nie inny wzór. Tak mam.

Tak czy inaczej, padło na kwiatki. Na róże w wazonie.

Wzór powstał na podstawie akwareli Paula De Longre.

Akwarela wygląda tak,

a opracowany wzór tak.

Prawda, że idealnie przerobione?

Przygotowałam sobie materiał, mulinki, sortery, wzór w pdf załadowałam na tablet, zamówiłam dużo igieł  u Chińczyka i zaczęłam czekać na dostawę, gdyż lubię mieć do każdego koloru inną igiełkę. We wzorze przewidziano 78 kolorów DMC, w tym dużo kolorów mieszanych, stąd różnica w ilości „czystych” mulinek. Kolory cudne.

Na czekaniu na dostawę zeszło mi parę chwil. Igły przyszły, a ja zamiast zabrać się za wyszywanie, zrezygnowałam z zabawy po dwóch miesiącach, nie postawiwszy ani krzyżyka. Zmieniłam pracę, nadeszło nowe, nieznane, nie było czasu na wyszywanki :(

07-03-2019 napisałam:

Ale nie ma to tamto, I’ll be back, tylko się jakoś z tym nieznanym ogarnę.

Na tym ogarnianiu minął mi kolejny rok z hakiem, aż nadszedł maj 2020, kiedy to postanowiłam uczcić święto pracy rozpoczęciem nowego haftu.

Tak po prostu, niespodziewanie stwierdziłam, że dziś jest TEN dzień. Idealny dzień, żeby zacząć coś nowego, żeby spróbować zmierzyć się z różami. Wyciągnęłam po raz wtóry przygotowane materiały, posortowałam nici, naciągnęłam Lindę na ramkę i…

01-05-2020 postawiłam pierwsze krzyżyki.

I….

… wspomogę się tym, co napisałam na Instagramie, bo za cholerę nie pamiętam, że aż tak mnie jarało wyszywanie tych róż.

„Do tego haftu podchodziłam, jak pies do jeża, na zasadzie chciałabym, ale się boję. Dwa lata, jak nie więcej, zakupiony wzór czekał na zmiłowanie… W świąteczny majowy weekend stwierdziłam, że raz kozie śmierć, do odważnych świat należy i zmiłowałam się nad uschniętymi prawie kwiatkami. Pierwszomajowy świąteczny wieczór uczciłam rozpoczęciem nowej wyszywanki.

Stało się coś, czego kompletnie nie podejrzewałam, że stać się może. Wpadłam jak śliwka w kompot. Przepadałam, zakochałam się w tym wzorze na zabój. Najchętniej siedziałabym tylko i wyszywała. Ani trochę nie wkurza mnie zmienianie nitki co dwa ćwierć krzyżyki, ani trochę nie wkurza mnie pomieszanie z poplątaniem kolorów. Jestem absolutnie zachwycona, zauroczona tym, co wychodzi spod mojej igły. Fakt, że niekoniecznie zgodnie ze sztuką i książką stawiam te ćwierć krzyżyki, robię tak, jak mi się podoba i jest mi wygodnie, ale i tak zachwyca mnie, to co widzę. Wzór jest genialnie dopracowany, wręcz dopieszczony. Kwiat róży powoli zaczyna wyglądać jak prawdziwa róża. Cudo!

Jedno jest pewne — podstawą sukcesu w tym przypadku jest materiał, na którym wyszywam Linda 27 ct. Krzyżyki są może ogromne, ale są ładne i w prosty sposób da się stawiać ćwierć krzyżyki. Szkoda tylko, że weekend się skoczył tak szybko, że trzeba „chodzić” do pracy (pracuje teraz niestety z domu), bo najchętniej siedziałabym cały boży dzień i wyszywała. Głupia ja tyle czasu zwlekałam, żeby sobie móc tak dobrze zrobić….”

Koniec cytatu.

Tak było.

A ja tego już nie pamiętam….

Dobrze czasami zapisać sobie pewne myśli, zdarzenia na gorąco, żeby potem móc do nich wrócić, przypomnieć sobie. Pamięć ludzka jest mocno ulotna. Czasami czytam sobie ten mój blog i dziwię się, że pewne zdarzenia miały miejsce, że coś zrobiłam, powiedziałam.

Wracając do kwiatków, wyszywało się je naprawdę mega przyjemnie. Czasami zaskakiwały mnie łączenia i przejścia kolorów, wydawało mi się, że to nie może się udać.

Nic bardziej mylnego. Każdy krzyżyk był po coś, miał swoje miejsce, a z tych krzyżyków powstawała cudna całość. Róże jak malowane. Jak żywe.

17-05-2020 Skończyłam wyszywać kwiaty i zmieniłam kolory na odcienie zieleni i złota.

Zabrałam się za wyszywanie wazonu i zielonych elementów w różach.

Skończyłam trzy dni później.

22-05-2020 wszystkie krzyżyki zostały postawione.

Już mi się te moje kwiatki podobały.

Przede mną etap, którego bałam się chyba najbardziej – tło z półkrzyżyków. Pomna porażki, jaką zaliczyłam haftując Pana Misia od Dimensions, rozważałam przez długi czas, czy nie zrezygnować z tła i zostawić tylko kwiatów i wazonu. Ale wyszywało mi się tak dobrze i przyjemnie, że stwierdziłam, że zaryzykuję. Wcześniej odrobiłam lekcje z wyszywania półkrzyżykami, Meri wiekie dzięki za post i zebranie wiedzy do kupy!!! i zaczęłam stawiać te półkrzyżyki wykorzystując ścieg continental tent stitch.

Na początku szło słabo, trudno mi się było przestawić na odwrotne wyszywanie, ale potem jakoś zaskoczyłam, o co chodzi. Ale wyszywanie półkrzyżykami tą metodą nie jest moim ulubionym zajęciem i chyba nigdy nie będzie. Problem pojawił się, jak zdjęłam Lindę z ramki. Okazało się, że w czasie wyszywania półkrzyżykami mocno przekosiłam materiał. Nie wiem dlaczego, co robiłam źle, ale tak się stało. Trudno.

07-06-2020 postawiłam ostatni półkrzyżyk.

09-06-2020 zabrałam się za kontury.

Backstitche miały być wyszywane 16 kolorami, jedną i dwoma nitkami muliny. Nie byłyby one takie skomplikowane, gdyby nie to, że na wzorze były oznaczone podobnymi kolorami i mi osobie ślepej na kolory, strasznie opornie szło rozróżnianie czy ten fioletowy to ten, którym mam teraz wyszywać, czy może to ten drugi. Jakaś masakra. Powinno to być jakoś inaczej oznaczane, bo można dostać rozstroju nerwowego rozkminiając wzór.

Zaczęłam od obrusu.

Potem były kwiatki i wazon.

Z tej kratki jestem szczególnie dumna.

Jest i podpis malarza.

Dałam radę i…

14-06-2020 nastąpiło ostatnie wbicie igły w materiał.

Huurrrraaa!!!

Skończyłam!!!

Róże dopiero co zdjęte z tamborka, jeszcze ciepłe.

Czyż nie są cudowne?

Tu najbardziej widać, jak są przekoszone :-(

Wyszycie haftu zajęło mi 35 dni kalendarzowych, a nie wyszywałam ich codziennie, bo w międzyczasie miałam urlop i inne przyjemne zajęcia. Aż się sama zdziwiłam, że poszło mi TAK szybko. Początkowo planowałam męczyć się ze wzorem cały rok w ramach wspólnej zabawy. Okazało się jednak, że wzór mnie wciągnął, oczarował, miałam ochotę nic nie robić tylko wyszywać, wyszywać, wyszywać.

21-07-2020 obrazek wróciło z oprawy.

Wysłałam haft do Warszawy do Fotkomu i Agnieszki Milaniak, razem z Wyspą Miłości i haftem, którego w ramkach jeszcze nie pokazałam. Ot skleroza. Przy oprawie zdałam się całkowicie na Agnieszkę, bo sama nie wiedziałam, czego chcę :)

Wyszło moim zdaniem super.

Na zdjęciach tego nie widać, ale rama ma przejścia kolorów, jak na serwecie, jasne passe-partout ma fajną strukturę, a ciemne jest w kolorze wazonu – ciemnoszmaragdowe.

Jest pięknie.

Jest idealnie.

Jest bosko.

Haft zawisł na ścianie na honorowym miejscu, a ja…zapomniałam o nim całkowicie.

Stał mi się absolutnie obojętny. Tak zupełnie.

Wszystkie pozytywne emocje, które towarzyszyły mi podczas wyszywania gdzieś bezpowrotnie uleciały. Jakby mi ktoś pamięć wyczyścił. Obrazek wisiał sobie na ścianie ponad pół roku, a ja go nawet nie zauważałam, nie pamiętałam, że jego wyszycie dało mi tak niesamowicie dużo radości. Nawet nie pomyślałam o tym, żeby go obfocić i pokazać tu na blogu.

To był bardzo zły czas w moim życiu…

Ale nastała tegoroczna wiosna i zakwitły róże u naszej sąsiadki, a ja plan na zdjęcia haftu z tym różami to miałam, zanim zaczęłam go w ogóle wyszywać. Znaczy plan był od baaaardzo dawna. Musicie wiedzieć, że sąsiadka ma wyjątkową rękę do kwiatów. Pani ma już 85 lat, a dalej ogarnia sama ogród, kosi, przycina, podlewa, a kwiaty rosną jej jak szalone. Ponieważ plan miałam już od lat, ledwo dałam radę go zrealizować….

Życie :)

Obudziłam się, dosłownie w ostatniej chwili, parę minut przed burzą, gdy róże już prawie przekwitły :( Do tego w tym roku biała róża zdominowała różowy krzak, który do tego się jeszcze sąsiadce połamał i musiała go mocno przyciąć.

Mega są prawda?

Zdjęcia robiłam na szybko, bez słońca, ostatnie w deszczu. Nie wyszły takie, jakie sobie zaplanowałam, wymarzyłam, nie bardzo było z czego wybierać, ale mówi się trudno. Poprawek nie będzie. Musiałabym czekać kolejny rok, a mi się już nie chce. Temat tych róż pora definitywnie zakończyć.

Co mogę powiedzieć o wzorach Ekateriny Volkovej?

Ten jest FENOMENALNY!!!

Genialnie opracowany, dopieszczony. Pracochłonny, ale wart włożonej w niego pracy. Uzyskany efekt zachwyca.

Tu małe porównanie – akwarela, wizualizacja wzoru i efekt, jaki udało mi się osiągnąć.

W rzeczywistości kolory są zdecydowanie bardziej nasycone, ale mój telefon niestety nie radzi sobie z niebieskim i czerwonym. Do tego róże wycięłam z większego zdjęcia i mają słabą jakość.

Trudno mi mówić, jak skomplikowane są inne wzory autorki, ale akurat ten nie był taki straszny, jaki myślałam, że będzie. Jak to mówią mądrzy ludzie, strach ma wielkie oczy. Są jednak dwie rzeczy, które czyniły go szalenie przyjemnym do wyszywania, bez których ten haft nigdy by nie powstał.

Po pierwsze to materiał, na którym wyszywałam Linda 27 ct od Zweigarta. Fakt, krzyżyki są gigantyczne, ale dzięki temu z łatwością mogłam wyszywać te wszystkie krzyżyki ułamkowe. Na lnie na pewno by mi to tak ładnie nie wyszło, męczyłabym się okrutnie, już nie te oczy niestety. Moim zdaniem tych wzorów wręcz nie wolno wyszywać na Aidzie, bo się polegnie. Za dużo jest do wyszycia 3/4 krzyżyków, 1/4 krzyżyków, żeby mogło się to udać. Takie jest moje zdanie, ale ja też jestem uprzedzona do Aidy.

Po drugie i najważniejsze – zródłem mojego „sukcesu” był wzór na Sagę dzięki, któremu leciałam z haftowaniem, jak burza. Nie wyszyłabym tego haftu, gdybym musiała wyszywać tylko z wersji papierowej albo pdf, trafiłby mnie szlag, po 10 krzyżykach haft wylądowałby w koszu. Nie ogarniam już wzorów w wersji innej niż na Sagę. Kocham ten program miłością wielką, uważam, że jej twórcom należy się hafciarski Nobel. Papierowe wzory są już kompletnie nie dla mnie, wersji pdf używam tylko przy małych nieskomplikowanych wzorkach. Każdy inny muszę mieć w wersji na Sagę.

Nie byłoby tych róż bez Sagi! To więcej niż pewne.

Nie jest to ostatni wzór Pani Volkovej, który planuję wyszyć. Poczekam tylko na bożonarodzeniową obniżkę cen, bo wtedy autorka robi znaczne przeceny. Co to będzie, nie zdradzę, bo może mi się jeszcze odmieni, a patrząc ile czasu mi zajął ten haft, strach się bać, ile to może potrwać.

Dla zainteresowanych wzory autorki można kupić między innymi TUTAJ.

Polecam!

Розы в вазе (Róże w wazonie)  – Ekaterina Volkova