Wielki Finał Finałów!

Czyli Koniec! Wyhafciłam Obrzydlistwa!

Halo, halo mówi się!

Czy ktoś jeszcze tu zagląda?

Ja niekoniecznie, zupełnie zapomniałam o tym, że mam blog…

Jakoś mi zupełnie nie po drodze z pisaniem tutaj, czego w sumie mocno żałuję, bo to miejsce ma być moim pamiętnikiem hafciarskim. Wiem, że jak czegoś nie opiszę od razu, gdy to się wydarza, to o tym zapomnę, nie wrócę do tego. A przecież wciąż się mimo wszystko coś u mnie hafciarsko dzieje. Fakt wyszywam teraz zdecydowanie mniej, ostatnio nosi nas mocno po górach i dolinach, ale mimo wszystko coś ciągle dłubię. I nawet pokazuję to światu, ale na Instgaramie, bo szybciej i prościej wrzuca się tam posty. Nie podoba mi się to moje pójście na łatwiznę. Coś trzeba z tym zrobić i znowu się „rozgadać”, bo przecież mówić dużo zawsze lubiłam, a teraz nawet gadać mi się nie chce. Zapomniałam, jak to się robi. Takim trochę odludkiem się stałam. W sumie chyba więcej niż trochę.

Dość marudzenia, bo nie miałam narzekać tylko się chwalić. A jest się czym chwalić.

Panie, Panowie, nadeszła wiekopomna chwila by ogłosić światu, że skończyłam wyszywać moje cudowne, złote Obrzydlistwa. Nie dość, że je wyszyłam, to jeszcze oprawiłam, obfociłam i powiesiłam na ścianie. I zajęło mi to w sumie tylko jakieś niecałe trzy tygodnie!

Wanda poszła piorunem, Praptak musiał trochę odleżeć, ale Żukowi niedane było szybko wyjść na światło dzienne. Strasznie długo się z nim mordowałam. Zaczęłam go wyszywać 11 listopada 2018 roku. Na początku maja 2019 postawiłam wszystkie krzyżyki i półkrzyżyki. Do wyszycia zostało teoretycznie to, co najlepsze – backstitche. Cóż walczyłam z nimi dwa lata. Robiłam kilka podejść, ale za chiny nie mogłam się zmusić, żeby skończyć ten haft. Nie szło mi za cholerę, bo miałam wzór na papierze. Nienawidzę papierowych wzorów, nie radzę sobie z nimi, wkurzają mnie przeokrutnie. Do tego wzór miałam wydrukowany na wielkiej płachcie, nie można było go podzielić na mniejsze kawałki, bo linie ciągnęły się przez długie odcinki. Walka była nierówna i skazana od początku na przegraną.

Aż któregoś dnia zdobyłam wzór na Sagę i pojawiło się światełko w tunelu, że Obrzydlistwa w końcu kiedyś zawisną na ścianie.

Minęło kolejnych parę miesięcy, aż  nadszedł wieczór, kiedy to stwierdziłam „to dziś, to ten dzień żeby zacząć kończyć Żuczka”. W sumie poszło mi bardzo szybko, jak na moje standardy, bo w niecałe dwa tygodnie postawiłam wszystkie kontury. Prawda jest taka, że gdybym spięła pośladki i przysiadła mocniej, uporałabym sie z nim w dwa dni.

Serio.

Nie było to ani takie trudne, ani skomplikowane, jak mi się wydawało, że być może. Trochę samozaparcia, cieniutka igła do koralików, brak znienawidzonej płachty papieru i można było walczyć i zwyciężyć.  Musiałam sobie tylko przypomnieć, jak robiłam kontury w Wandzie i Praptaku. Bardzo przydał się własny wpis na blogu, gdzie wszystko obfociłam i opisałam. A potem samo poszło. Wyszywanie z Sagą to bajka. Uwielbiam ten program. I miłością wielką uwielbiam robić kontury w hafcie.

W tej serii kontury robią całą robotę. Są genialne. Zwłaszcza te wyszyte na czystym lnie wyglądają, jak narysowane grafitowym ołówkiem. Normalnie magia.

To teraz parę zdjęć z pracy nad Żuczkiem.

I gotowe!!

Naprawdę nie wiem, jak mogłam tyle czekać na finisz…

I wszystkie trzy jeszcze na surowo, przed oprawą, Żuczek prosto po zdjęciu z tamborka, nawet nie wyprasowany.

Prawda, że wyszły pięknie?

Idąc za ciosem, postanowiłam od razu wsadzić hafty w ramy. Tylko jakie? Miałam wizję oprawienia ich  w ciemne ramy z passe-partout, ale zdałam się całkowicie na Pana Oprawcę. I wyszło moim zdaniem pięknie. Wyszło idealnie.

Moje trzy cudowne Złotka trafiły w „proste” złote ramy.

Serio, serio.

Oprawiłam te hafty w złote ramy, a przecież ja złota szczerze nie lubię. Toleruję tylko białe złoto i złote ozdóbki na choince. Ja prosta baba jestem, lubię proste surowe rzeczy, a zafundowałam sobie złoto… Cóż kobieta zmienną jest :)

W złocie wyszło moim zdaniem pięknie. Wyszło idealnie. Wszystko ze sobą współgra. Hafty wyglądają, jak wyszywane złotą nitką, złote ramy do nich bardzo pasują. A passe-partout jest zupełnie niepotrzebne.

Siedzę sobie, patrzę na te obrazki i nie mogę się przestać zachwycać. Pomyśleć, że sama to wyszyłam. W sumie to te hafty wyglądają jak grafiki.

To teraz parę szczegółów. Mój najulubieńszy w całej serii hełm Praptaka i cała reszta.

Zauważyliście, że hafty są za szybą, że odbija się w nich niebo, drzewa, a mimo to wszystko widać? Zaszalałam i wsadziłam hafty w ramki z muzealnym szkłem. Do takiego szkła namówiła mnie przy okazji oprawy innego obrazka Agnieszka Milaniak z Fotkomu. Zaryzykowałam i jestem bardzo zadowolona z efektu. Kiedyś wkrótce muszę pokazać ten obrazek tutaj.

Do tej pory najbardziej lubiłam hafty oprawiane bez szkła, gdyż moim zdaniem wyglądają wtedy najlepiej, wszystko widać. Większość „obrazków” wisi u nas w domu bez szybek. Zwykła szyba powoduje, że odbijają się w niej okna, a okien u nas dostatek i haftu czasami w ogóle nie widać.  Szkło z antyrefleksem znowu powoduje przytłumienie, zamglenie haftu. Niby się w nim nic nie odbija, ale też niewiele zza niego widać.

Ze szkłem muzealnym jest zupełnie inaczej. Ono jest super.

To szkło w magiczny sposób wyostrza wszystkie szczegóły, podbija je, uwypukla. Nie jest tak, że nic się w nim nie odbija, bo się odbija, ale jest tego niewiele i tak naprawdę widać te odbicia dopiero na zdjęciach. W niektórych miejscach robią się niebieskie refleksy. Ma ono jeszcze tę zaletę, że ma filtr UV i hafty pod nim nie blakną. Moje Obrzydlistwa kosztowały mnie dużo pracy, czasu, nerwów i chciałabym, żeby „zawsze” wyglądały tak dobrze, jak teraz.

Niestety takie szkło ma jedną, dużą wadę. Nie jest tanie. Jest drogie.., ale czasami warto zaszaleć.

To teraz jeszcze trochę spamu zdjęciowego. Wszystkie zdjęcia były robione z szybą.

Autorką wzorów jest Jane Eyre (Яна Минасян). Możecie ją znaleźć między innymi na Instagramie pod nickiem Miya.stitch. Moim zdaniem ta seria steampunkowa wyszła jej wyjątkowo genialnie. Mnie zachwyciła, gdy tylko zobaczyłam wzory w sieci, nie widziałam jeszcze wyszytych haftów. Wiedziałam, że muszę je mieć. Teraz gdy mam je w ramkach na ścianie mój zachwyt jest jeszcze większy. Absolutnie wszystko mi się w tych haftach podoba. Temat, grafika, kolory, kontury. Boskie są i tyle :)

Ale zdaję sobie też sprawę, że nie wszystkich one będę zachwycać. Bądźmy szczerzy, są dość specyficzne. Co niektórzy je Obrzydlistwami nawet nazwali :))

Hafty oprawiałam we Wrocławiu w Ramdecor. Polecam z całego serca. Oprawa idealnie dobrana i do tego wykonana w ekspresowym tempie. W mniej niż 24h hafty były oprawione.

Obrazki wyszyłam na lnie Belfast, kolor piaskowy 309. Kolor pomogła mi dobrać Chaga, bez niej z moim niezdecydowaniem bujałabym się z tymi haftami jeszcze parę lat. Dzięki Aga za radę, z kolorem trafiłaś idealnie!

I pomyśleć, że wzory kupiłam w okolicy Wielkanocy 2017. Ponad cztery i pół roku to zdecydowanie za długo na wyszycie takich w sumie nie dużych obrazków.  Zdecydowanie za długo.

Wcześniejsze wpisy dotyczące tej serii znajdziecie pod tym tagiem.