Czyli Choinka 2021/2
Nie da się ukryć, że zimę mieliśmy w tym roku przepiękną. Tyyyyle śniegu to od lat nie widziałam. W zeszłym roku biały puch nie spadł u nas ani razu.
Zimy przez ostanie kilka lat były bure i ponure.
Za to tegoroczny luty zaskoczył mrozem i obfitymi opadami śniegu. Zrobiła się prawdziwa zimowa zima.
Taka ze śniegiem i siarczystym mrozem. Cudowna i magiczna.
Kochanieńki tylko trochę przeklinał, jak czwarty czy piąty raz musiał odkopywać chatę i wytyczać śnieżne tunele koteczce. Ja za to byłam szczęśliwa, że praca zdalna zatrzymała nas w domu i nie trzeba było jeździć do pracy komunikacją miejską. Poruszanie się po Wrocławiu w taką pogodę nie było łatwe, bo coś takiego, jak odśnieżanie chodników u nas nie istnieje.
A skoro jest zima, jest śnieg, to i bałwany być muszą. I ja „ulepiłam” w tym roku bałwana. W sumie to bałwanki powstały aż trzy.
Jakoś tak się rozpędziłam :)
W zeszłym roku za udział w zabawie choinkowej dostałam od samej Szefowej między innymi taki cudny zestaw Dimensions.
Jest to stary, oryginalny zestaw, wzór z 2006. Niestety nie zrobiłam zdjęcia zawartości, a szkoda. W skład zestawu wchodzi standardowy wzór, kanwa 14 ct niewiadomego pochodzenia, cekinowe gwiazdki, biały filc do wykończenia zawieszek i mulina. Mulina jeszcze nieposegregowana na sorterze, jak to ma miejsce obecnie, ale zwinięta i zawiązana w supełek, którą trzeba samodzielnie podzielić i przypisać do odpowiednich numerów.
Na szczęście w legendzie podali, ile jest nitek danego koloru. Dla mnie było to bardzo pomocne, bo ja z rozróżnianiem kolorów to jednak jestem na bakier.
Rzecz, która odróżnia ten zestaw od innych Dimków, z którymi miałam dotychczas do czynienia, to to, że został on wyprodukowany w całości w USA, a nie w Chinach.
I wiecie co?
Widać i czuć różnicę! Czuć ogromną różnicę w jakości muliny. To jest jak niebo a ziemia. Pamiętam, że jak wyszywałam poprzednie Dimki, dziwiło mnie, że ludzie tak strasznie się zachwycali nad jakością tych zestawów. Teraz już wiem czemu. To jest zupełnie inna bajka! Mulina prowadzi się bardzo dobrze, ma gruby, błyszczący splot, nie strzępi się na końcach, jest taka „aksamitna” w dotyku. Wyszywa się nią naprawdę bardzo przyjemnie, mimo że wyszywałam na znielubionej Aidzie. Moim zdaniem ta „obecna” mulina jest taka sobie, dużo gorsza niż oryginalne DMC. Może to tylko moje subiektywne odczucia, ale coś mi mówi, że jednak nie, że świat psieje i coś, co miało jakość kiedyś, tej jakości już nie ma. Został znaczek, za który trzeba dużo płacić.
Zamieniłam kanwę z zestawu na Aidę 16 ct. Kawałek dołączony do zestawu był na tyle nieduży (to zupełnie nie po amerykańsku tak czegoś skąpic :)), że nie było szans na wsadzenie go w nawet najmniejszy tamborek, jaki posiadam i wyszycie wszystkich 6 wzorków. A bez tamborka to ja nie potrafię, męczę się okrutnie. Do tego wydawało mi się, że ciemnogranatowe tło wyszywane dwoma nitkami (tak jak jest w legendzie) może nie być dokładnie pokryte.
Jak widać na załączonym obrazku muliny posegregowałam sobie na sorterze Dubko. Dorobiłam legendę i ochoczo zabrałam się za wyszywanie.
Dwa wieczory i pierwszy bałwanek prawie gotowy.
Kolejnego wieczoru postanowiłam drobić mu kolegę, żeby smutno mu nie było. Miałam oczywiście pomocnicę, która pomagała jak tylko potrafi :)
Pozostało poskładanie zawieszek. Zamówiłam sobie odpowiedniej wielkości kółka z tekturki. Plecki okleiłam materiałem w gwiazdki. Tym razem materiał przykleiłam bezpośrednio do tekturki, żeby zawieszki były dość cienkie. W zestawie był jeszcze biały filc na plecki, ale go nie wykorzystałam. Boki zawieszki powinny być wykończone samodzielnie ukręconym sznurkiem z czerwonej muliny dołączonej do zestawu, ale ze skręcanie sznurków to mi słabo wychodzi. Przykleiłam więc złoty sznurek, który znalazłam w swoich zapasach. Nawiasem mówiąc, trzeba by było zrobić w nich porządek, bo nawet nie wiem, co mam, nie wiem, gdzie mam. Moje życie to ostatnio chaos i prowizorka :)
A potem spadł śnieg i można było bałwany obfocić w ich naturalnym śnieżnym środowisku.
Marzyły mi się foty z takimi grubymi płatkami śniegu padającymi na bałwanki, ale nic z tego nie wyszło.
A potem pojechaliśmy do Szklarskiej Poręby zobaczyć zimę w górach i trochę połazić.
Było fenomenalnie!
Pogoda cudowna, widoki przepiękne, ludzi dość sporo, czego akurat zupełnie nie widać na moich fotach.
Śniegu było więcej niż po pas.
Zatrzymaliśmy się w pewnym momencie, żeby zawiązać buty. Wbiłam kij w śnieg. Łatwo wszedł. Wbiłam mocniej, dalej wchodził. Zatrzymał się dopiero w takiej pozycji.
W domu sprawdziliśmy, ile to dokładnie było. Wyszło 94 cm! Pół metra od wydeptanej ścieżki. Nieźle musiało nawiać albo nasypać tego śniegu!
W takie okoliczności przyrody musiałam oczywiście zabrać moje bałwanki. Jak na mój gust idealnie wpasowały się w okolicę :)
Jak już wróciliśmy do domu, stwierdziłam, że co mi szkodzi popełnić jeszcze jednego marchewkowo-nosowego jegomościa i wyszyłam trzeciego bałwanka do kompletu.
Ten załapał się już na wiosnę. W ogródku stokrotki to nam cały rok kwitną.
Po śniegu pozostały piękne wspomnienia i foty.
Dziś zabrałam bałwanki na spacer do sosnowego lasu.
Też pięknie było.
Błogi spokój i ćwierkające ptaki, które jak nic poczuły wiosnę w krzyżach.
Uśmiechnięte od ucha do ucha, szczęśliwe Bałwanki zgłaszam do lutowej odsłony zabawy u Kasi.
Do wyszycia zostały mi jeszcze trzej Panowie Mikołaje, którzy na bank powstaną, bo te wzory są cudowne, przyjemne i bardzo szybko się je robi.
Kasiu chciałam Ci jeszcze raz pięknie podziękować za ten zestaw. Miałam i będę jeszcze mieć, ogromną frajdę z wyszywania tych zawieszek. Są po prosu boskie. Dziękuję!!
Pozostając w zimowych klimatach to na koniec jeszcze jedna rzecz.
Pamiętacie mojego Pana Misia z zestawu „Snow Bear and Sleigh„, również od Dimensions?
Popełniłam go w czerwcu 2017 roku. Nie obyło się bez kilku potknięć przy wyszywaniu. Haft wylądował na jakieś dwa lata w szufladzie, aż dojrzałam do tego, żeby go oprawić. Niestety poszłam wybierać oprawę sama, w zimie, po pracy, ciemnym popołudniem, w sumie to już noc była. U ramiarza sztuczne, ledowe, zimne światło. Za namową pani wybrałam „zielone” passe-partout, które ponoć idealnie miało pasować do zielonego we wzorze. Na kolory jestem ślepa, ślepo więc zaufałam „specjalistce”.
Cóż…
Jak widać, passe-partout były dwa. Z wierzchu zielone, pod spodem fioletowe.
Na początku kombinowałam, że wywalę tę sraczkowatą oliwkę, a zostawię tylko fioletowe, może jakoś obleci. Niestety oprawca poskąpił tektury i to pod spodem jest mniejsze i jest doklejone do większego.
Szczerze to dla mnie kompletna żenada. Nie polecam miejsca we Wrocławiu, gdzie oprawiają w ramy. Szczegół, że to oni spieprzyli oprawę w moim „Dziele życia” i robili ją jeszcze raz.
Dwa razy się sparzyłam, trzeciego nie będzie.
Tak czy inaczej, stwierdziłam, że nie ma opcji, Miś zasługuje na coś lepszego i pojechałam wybierać passe-partout z Adamem. Kolory tym razem wybierali panowie – Kochanieńki i Pan Oprawca, bo ja oczywiście nie potrafiłam się zdecydować. I wiecie co? Moim zdaniem wybrali dobrze.
Jest cukierkowo, landrynkowo, słodko-pierdząco, tak jak powinno być od samego początku.
Mi się w końcu podoba i cieszę się, że po tylu perypetiach, potknięciach i poprawkach Pan Miś zawisł na ścianie w „odpowiedniej oprawie”.
I nie prawdą jest, że panowie nie znają się na kolorach. Znają się. I rozróżniają je lepiej niż ja :)
Na koniec banerek zabawy.
















































