A miało być tak pięknie

Czyli słomianowdowie krzyżyki

Żeby nie było, że u mnie tylko pięknie i ładnie dziś będzie o mojej największej „krzyżykowej porażce”, o zielnikowych tulipanach, o których już kiedyś wspominałam. Dziś Wam dokładnie pokażę i opowiem, jak udało mi się spaprać ten wyjątkowo piękny wzór. A było tak..

Zakochałam się w żółtych różach wg projektu Veronique Enginger, które Aga Jarzębinowa pokazała u siebie na blogu. Od razu sobie pomyślałam, że chcę je mieć. Potem Aga pokazała tulipany i tym razem było, muszę je mieć. To chyba kwestia różowego, bo akurat pokochałam blady róż :)

A skoro muszę, bo się uduszę, to co było robić? Trzeba było sobie wyszyć.  Wybrałam len obrazkowy Permin of Copenhagen 35 ct w kolorze piaskowym nr 32. Len, który poleciła mi Edytka, len moim zdaniem idealnie nadający się do tej serii. Dokładnie na tym lnie powstała pierwsza, niedokończona wersja mojej Wandy. W przeciwieństwie do lnu obrazkowego w kolorze naturalnym, na tym wyszywało się nawet całkiem przyjemnie. Nie jest taki zgrzebny jak len naturalny, z którym niestety trzeba powalczyć.

Pełna zapału i chęci zabrałam się za wyszywanie z początkiem października ubiegłego roku.

I zdarzyły się trzy rzeczy.

 

Po pierwsze „primo” postanowiłam zaeksperymentować. 

Zaczęło się od tamborka. Od wyjątkowo fajnego tamborka.  Tamborka, który osobiście uchodził mi pod młynem Kochanieńki i cały dumny z siebie przytargał do domu.

Miał prawo.

Zobaczcie jakie cudo mi wynalazł.

Gruby, dość spory, mocowany do stołu, tamborek z dużą ilością śrub, które dają możliwość obracania obręczy w każdą stronę, nie luzują się przy tym, a do tego materiał jest stosunkowo dobrze napięty. Nic tylko wyszywać. Szczegół, że tamborek przewidziany na dość gruby stół i do naszego, przy którym coś tam sobie rzeźbimy, nie bardzo się nadawał. Ale potrzeba matką wynalazków dwie dechy i  voilà. Na stole trochę chaos, ale akurat Adam reanimował jakiś magnetofon i ja tylko na chwilę się przytuliłam z moją robotą. Próbowałam wyszywać.

Próbowałam, bo do tej pory nigdy nie wyszywałam przy stole, tylko na fotelu dzierżąc tamborek w jednej ręce. Pojawiło się jednak nowe narzędzie, więc czemu nie zaeksperymentować? Ponieważ tamborek jest mocowany do stołu i pomimo wielu śrub dość upierdliwe jest zaczynanie i kończenie nitki po lewej stronie, stwierdziłam, że trzeba spróbować robić to po prawej stronie, bo przecież tak się da. I może da się ogarnąć jakoś parkowanie nici, bo ponoć przy pojedynczych krzyżykach nic tak dobrze nie wpływa na ich jakość, jak właśnie parkowanie. Ponoć. I spróbować wyszywać dwoma rękami, bo tak jest szybciej.

Ja tego nie ogarnęłam.

Ani parkowania, ani wyszywania, ani zaczynania i kończenia nitki po prawej stronie. Nie umiałam sobie poradzić z parkowaniem i dalej haftowałam „po mojemu”, mozolnie wyszywając po kolei każdy kawałek koloru w danym fragmencie haftu. Próbowałam zaczynać i kończyć po prawej stronie, ale nie podobało mi się to ani trochę. To była męka. Nitki mi uciekały, nie bardzo wiedziałam ile ich zostawiać, gdzie kończyć, jak dobrze obcinać końcówki. Grudy mi wychodziły i krzywizny. Z pracą na dwie ręce też nie wyszło, ale to pewnie kwestia czasu i wprawy. O ile zielone wyszło jeszcze jako tako, tak przy kwiatach już była porażka.

 

Po drugie „primo” stwierdziłam, że nie widzę.

Do tej pory najbardziej lubiłam wyszywać na lnie 35 ct z Hobby Studio. Popełniłam na nim parę obrazków i krzyżyki wychodziły mi całkiem, całkiem. A tu też len 35 ct i widzę, że nie widzę, wszystko mi się rozmazuje, skacze przed oczami. Porażka. Na szczęście Edytka dała mi cynk, że będzie można kupić w Lidlu lampę z lupą i w te pędy pobiegłam i sobie ją nabyłam. Zdjęcie słabe, bo robione po ciemku.

Zainstalowałam się na strychu, bo tam najcieplej zimą, przykręciłam lampę, przyniosłam tamborek i wyszywałam.

Wyszywało się dość dziwnie. Na początku myślałam, że mi krzyże pękną. Cóż człowiek całe hafciarskie życie siedział poskręcany na fotelu i było mu dobrze, a tu nagle trzeba siedzieć prosto na krześle. Porażka. Do lampy musiałam się przyzwyczaić, bo jednak inaczej patrzy się przez lupę, a inaczej bez. Krzyżyki ogromne i koślawe. Mimo starania się nie wychodzą, takie jakbym chciała. Podwójna porażka. I oczy nieprzyzwyczajone do jednak dość ostrego i zimnego światła. Nie było to przyjemne.

 

Po trzecie i najważniejsze „primo” zostałam słomianą wdową.

Zostałam słomianą wdową na prawie trzy miesiące. Kochanieńki poleciał za wielką wodę, a ja mogłam z czystym sumieniem, każdą wolną chwilę poświęcić na wyszywanki. Nie było trucia, gadania, ciągłego rusz się, idziemy na spacer, nie wyszywaj, zostaw to. Po prostu bajka. Byłam ja i moje krzyżyki. Żyć, nie umierać. Kota nie ma, myszy harcują. Rewelacja!!!

I wiecie co?

Porażka, porażka, porażka. Aż by się chciało zacytować klasyka „… i kamieni kupa„.

Nie było mi dobrze.

Wręcz przeciwnie byłam cała nieszczęśliwa. I ani trochę nie sprawiały mi radości wyszywanki. Ani trochę. Wyszywałam raczej z przyzwyczajenia i nudów, a pod koniec nieobecności Kochanieńkiego to było wręcz walka na siłę, żeby nie myśleć i nie tęsknić. I niestety to moje niekoniecznie dobre samopoczucie odbiło się jak nic na jakości mej pracy i moich krzyżykach. Wyszły porażkowe i idealnie spaprane. Jak nie moje.

Pewnie powiecie czepiasz się babo. Poczekajcie na kolejne zbliżenia.

Z czasem stwierdziłam, że nie zdzierżę tego siedzenia przy stole, wracam do małego tamborka do ręki i na fotel. Nie można, aż tylu zmian wprowadzać na raz. Niewiele to pomogło. Dalej było źle.

To teraz małe fotostory, jak wychodzą wyszywanki, gdy człowiek cały nieszczęśliwy i tęskniący.

Jak się patrzy z daleka, z bardzo daleka to nie wygląda to tak całkiem źle.

Czepiam się, jak to ja.

Tu małe oszustwo i „odpowiednie” ujęcie. Nie jest, aż tak bardzo źle.

A tu już cała prawda.

A tu „pięknie” widać, jak bardzo nie lubię półkrzyżów.

I co??

Spaprałam to jak się patrzy prawda?

Klasycznie spaprałam.

Nie potrafię powiedzieć, co miało największy wpływ na to, że te moje krzyżyki wyszły takie brzydkie, pewnie wszystko po trochu.

To, że ślepnę to fakt niezaprzeczalny. Z czasem i to całkiem wkrótce będzie się trzeba przerzucić na 28 ct to pewne, ale przecież jest Linda, na której wyszywa się super. Eksperyment z lupą i lampą też się nie udał. Jednak lubię siedzieć na fotelu, dzierżyć tamborek w ręce i słuchać jak Kochanieńki mi puszcza fajną muzykę z winyla i od czasu do czasu truje, żebym tyle nie wyszywała. Męczą mi się oczy od patrzenia przez lupę i na dłuższą metę mi akurat lupa nie pomaga, a przeszkadza. Krzyżyki duże, dobrze oświetlone, a oczy zmęczone. Nie udał mi się też eksperyment z tamborkiem przyczepionym do stołu. Myślałam, że się naumiem wyszywać dwoma rękami, może opanuję parkowanie, albo chociaż kończenie i zaczynanie nitki na prawej stronie, ale nie wyszło. A przecież jak nic brakowało mi trzeciej ręki, czyli czegoś, co by mi trzymało tamborek, gdy robiłam backstitche w Wandzie. Tylko że ja to chyba potrzebuję stojaka do mojej kwadratowej ramki, żebym mogła sobie siedzieć na fotelu. Wiem też jedno. Krosna nie kupię. Nie potrzebuję teraz i potrzebować raczej nie będę w przyszłości, gdy już będę całkiem ślepa.

To, że byłam cała nieszczęśliwa i tęskniąca miało pewnie największy wpływ na moją pracę. Nie włożyłam w ten haft w ogóle serca, źle mi się go wyszywało, znielubiłam go. Ale wyszyłam go do końca, nie rzuciłam w kąt, bo nie lubię niedokończonych spraw. Wiedziałam, że haftu już nie da się uratować, będzie brzydki, nie będzie mi się podobał. Trudno, mimo że boli, skończyć trzeba. Tylko po co?

Miałam go oprawić w białą ramę, ale doszłam co wniosku, że jednak w ciemnej będzie mu ładniej. Na wiosnę zabiorę się za oczyszczenie ramki i może wtedy haft zawiśnie u nas w domu. A może go zostawię, jak jest. Zobaczymy. Na razie leży schowany głęboko w szafie nieoprawiony.

No to na koniec jeszcze raz skąpane w blasku słońca moje spektakularnie spaprane krzyżyki.

Na tych zdjęciach idealnie widać, jak jest nierówno i nieładnie.

I widać, że jednak się nie czepiam i nie przesadzam. Bo jest źle.

Wiecie, co jest najgorsze???

Znowu zostałam słomianą wdową.

Znowu kolejne trzy miesiące bez Kochanieńkiego, bo w sobotę poleciał za wielką wodę. Miałam plan, żeby z nim lecieć, nie na tak długo, bo na tyle się nie da, ale przez 9 miesięcy nie zdążyłam paszportu zrobić i po wizę jechać. I znowu zostałam sama. I nie wiem, co to będzie, jak to będzie? Na Święta go nie będzie, na Nowy Rok go nie będzie, na moje urodziny i imieniny go nie będzie.

Na Walentynki będzie. Wróci.

Ale my przecież nie obchodzimy Walentynek.

Powinnam zabrać się za ptaka albo skarabeusza, bo był plan, żeby w tym roku wyszyć wszystkie obrzydlistwa, ale aż się boję zaczynać coś nowego. Boję się, że moje krzyżyki znowu będą smutne i koślawe. A jak nie będę wyszywać, to o czym będę pisać, że mi źle i smutno? No bez jaj. Kto mi będzie tytuły postów wymyślać? Kogo będę cytować?

Ostatnie dwa — trzy tygodnie to było załatwianie wszystkiego na zapas, przewidywanie co się może zdarzyć przez najbliższy kwartał, pakowanie, załatwianie dziwnych spraw. Nawet nie było za bardzo, kiedy usiąść, za igłę chwycić,  czy Wasze blogi obejrzeć jeszcze raz, tak na spokojnie, na dużym ekranie, a nie tylko na szybko w telefonie. Z prac „twórczych” jedyne co ostatnio zrobiłam, to pokleiłam bombki na prezenty.

Najbliższe dwa dni u rodziców, potem będą wolne, samotne wieczory, może nadrobię zaległości.

Wiem, że fajnie nie będzie, łatwo nie będzie, choinki nie będzie, smutno mi będzie.

Ale przecież ja candy ogłosiłam!!

Zapisy tylko do końca miesiąca jakby ktoś miał jeszcze ochotę, serdecznie zapraszam!!

Trzeba by się w końcu zmobilizować i coś wyprodukować.

Ehh życie…

Już tęsknie, już mi smutno :(((