Z pamiętnika hafciarki (2)

Posadziłam drzewo, a nawet dwa.

W sumie to w swym życiu posadziłam drzew zdecydowanie więcej niż dwa, ale dziś będzie o drzewach haftowanych. Dziś znowu będą wspominki, bo postanowiłam Wam pokazać mój pierwszy obrazek, jaki wyszyłam na lnie.

I drugi. Tak hurtowo.

Hurtowo wyszywałam, hurtowo pokazuję.

Powstały jeden za drugim, bo tak strasznie mi się spodobało wyszywanie na lnie, że nie mogłam się oprzeć i machnęłam w zasadzie jeden za drugim. Z sześciodniową przerwą na zakup kolejnego kawałka materiału. Jak pisałam ostatnio, zakochałam się w lnie na zabój od pierwszego postawionego krzyżyka. I trwam w tej miłości nadal, choć pojawiły się ostatnio pewne rysy na tej mojej miłości. Ale o tym innym razem.

Bardzo się cieszę, że byłam tak mało świadoma, tego, na co się porywam, że wyszywanie na lnie jest bardziej skomplikowane, niż na Aidzie, że to teoretycznie wyższa szkoła jazdy. Moim zdaniem tylko teoretycznie. Jak się człowiek zastanawia, rozważa, to widzi tylko problemy, a jak po prostu robi bez zbędnego dumania, jest mu łatwiej.

Tak było ze mną i lnem.

Spodobało mi się to, co akurat było na topie na blogach i po prostu kupiłam kawałek Belfastu i popełniłam taki oto obrazek:

Nie to, żebym zaczęła od czegoś prostego, łatwego i przyjemnego. Rzuciłam się od razu na głęboką wodę i wyszyłam Magnolię z zielnikowej serii Véronique Enginger. Szczerze powiem, wyszła mi ona lepiej niż następny obrazek z tej serii, mimo że go wyszywałam jakiś czas potem, gdy już co nieco się nauczyłam.

Nie mam niestety więcej żadnych zdjęć tego haftu. Wtedy nawet mi nie przyszło do głowy, że mogę mieć kiedyś blog, że warto na zdjęciach dokumentować postępy prac. I gotowy haft też trzeba jakoś obcykać. Dobrze, że choć to jedno zdjęcie mi się zachowało.

Było minęło.

A potem wyhaftowałam to:

Zdjęcie zaraz po zdjęciu z tamborka.

„Drzewo życia” Jana Houtmana też królowało na blogach w tym czasie. Haft wyszyłam na białym lnie 35 ct z HobbyStudio. Wyszywałam dwoma kolorami DMC 224 i 3722 (kolory zgodnie ze wzorem), dwoma nitkami, przez dwie nitki lnu.

Długo był to mój ulubiony len. Równy, przyjemny w dotyku. Boski! Wprost stworzony, żeby na nim wyszywać. Niestety dostępny tylko w dwóch kolorach. Teraz powoli zaczyna się robić dla mnie za drobny :(

Tym razem mam trochę więcej zdjęć :)

Po wypraniu. Na mokro, moja lewa strona, parę szczegółów.

Moja lewa strona prezentuje się całkiem nieźle. No, ale bądźmy szczerzy! W przypadku jednokolorowych haftów nie jest to trudne mieć ładną lewą stronę. Szczegół, że wszystkie kreseczki powinny być pionowo, żadnych krzyżujących się nitek. U mnie tego nie ma, bo to nie dla mnie. Jak się bardzo staram o lewą stronę, prawa robi się koszmarna.

Teraz parę szczegółów z prawej strony :)

Jak pewnie zauważyliście, motywy z tego haftu są w nagłówku mojego bloga.

Ten sampler był moim pierwszym haftem, który zaniosłam do „specjalisty”, do profesjonalnej oprawy. Wybrałam ramkę w kolorze zbliżonym do ciemniejszej muliny użytej w hafcie, zamówiłam i czekałam. I się doczekałam telefonu, że sorry, ale nie ma wybranej przeze mnie ramy, jest inna, też piękna, „będzie pani zadowolona”. No i pani się zgodziła przez telefon, na słowo honoru, bez oglądania, na zmianę ramy.  A jak pani zobaczyła, co zostało zrobione, zadowolona nie była ani trochę.

Zdjęcie słabe, ale coś widać.

Po pierwsze oprawca wsadził mi haft w czerwoną ramę!! Czerwoną, która ni jak się miała do reszty!

Po drugie słabo ponaciągał i były fale Dunaju, a nie poziome linie.

Po trzecie pod haft wsadził szary podkład, który przebijał przez len i było szaro, buro i ponuro.

A po czwarte między szybą a haftem były paprochy, jakieś śmieci.

Porażka i ohyda! Nie tak to miało wyglądać!! Nie tak!!

Lekko się zdenerwowałam, tylko lekko i kazałam sprowadzić ramę, jaką zamówiłam i poprawić. Potem było już zdecydowanie lepiej. Chociaż jak teraz patrzę na ten haft, stwierdzam, że trzeba go wyciągnąć, wyprać i oprawić jeszcze raz, bo fale Dunaju znowu są. Najlepsze jest to, że ten obraz wisi u nas nad schodami, patrzę na niego kilka razy dziennie i do tej pory nie zauważyłam, że jest krzywo :)

Tu jeszcze w starym miejscu, trochę z ukosa, ale haft jest za szybą antyrefleksyjną, w domu w każdym pomieszczeniu są po dwa okna i nie da się cyknąć foty, żeby się nie odbijało coś w szybie.

Ponieważ człowiek się uczy całe życie, właśnie odkryłam, że da się zrobić zdjęcie obrazu z szybą bez odbić. Wystarczy go wynieść na zewnątrz, na światło dzienne :) Działa tylko z szybą z antyrefleksem. W zwykłej szybie odbijam się ja. To też jest pewnie do zrobienia, ale jeszcze nie wiem jak :)

I jeszcze parę zdjęć szczegółów robionych za szyby.

I jeszcze raz w zachwaszczonym trawniku :)

Od tego haftu zaczęła się moja miłość do samplerów. Wyjątkowo mi leży takie „monotonne” powtarzanie tego samego motywu, brak konieczności spoglądania co rusz na wzór. Można siedzieć, wyszywać i dumać o niebieskich migdałach. Nie był to też ostatni wzór Jana Houtmana. Popełniłam też swoje „dzieło życia” wg jego projektu, ale o tym kiedy indziej.  Mam na swym koncie pięć różnych samplerów. Wszystkie kolorowe. Teraz chodzi za mną jakiś monochromatyczny wzór, może jakiś Long Dog.

A może jakiś kolorowy od Rosewood.

Zobaczymy.

P.S.

To drzewo na pierwszym zdjęciu są to stare magnolie pod moją szkołą. Mają dużo, dużo lat. Są spektakularne.