Ty i ja koteczki dwa

Czyli „tragiczne” skutki nieudanego eksperymentu naukowego

Postanowiłam przeprowadzić eksperyment naukowy. Rzetelnie się do niego przygotowałam. Przeprowadziłam trzy próby, które nie potwierdziły założonej tezy. W sumie to potwierdziły ją tylko częściowo. Wyciągnęłam wnioski z tego eksperymentu, ale o nich zapomniałam w swoim roztrzepaniu, jak to ja. Mogło się to bardzo źle skończyć. Na szczęście skończyło się dobrze.

Ale od początku.

Chyba trzy lata temu już w sierpniu ruszyły u mnie przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Zaczęłam wyszywać małe motywy na bombki. Padło na myszki. Myszek powstało całkiem spore stadko.

Jak teraz patrzę na to zdjęcie, to muszę przyznać, że nie zmarnowałam czasu, coś się jednak nauczyłam, poprawiałam swój warsztat zwłaszcza na lnie.

Jak widać myszki się trochę „wymły” podczas wyszywania więc stwierdziłam, że trzeba je wyprać.

Wyprałam, wyprasowałam i gorzko tego pożałowałam. Czerwone puściło farbę :(((

Załamka totalna, co robić!? Co robić??

Było moczenie, pocieranie, wybielanie. Prawie zeszło. Prawie. Hafciki wylądowały na bombkach, bo żal mi było wyrzucić. Tyle pracy i wyrzucić! No jak to?!

Wzorki były rozpisane na mulinę Anchor, ale ja wyszywałam muliną DMC, zafarbował kolor 321.

Potem taki sam przypadek miałam z kolorem DMC 815. Niestety nie posiadam dokumentacji fotograficznej, ale dokładnie pamiętam hafcik, który ucierpiał, też był zrobiony z przeznaczeniem na bombkę i było to w tym samym „sezonie świątecznym”.

Nauczona doświadczeniem, zaznaczyłam sobie na bobince drukowanymi literami FARBUJE i nie prałam, nie moczyłam więcej haftów z tymi kolorami. Potem wpadłam na genialny pomysł i wyprałam mulinę 321, stwierdziłam, że może nie będzie już puszczać koloru, jak się ją potraktuje gorącą wodą. Nie było to łatwe, ale się udało jakoś nie poplątać nici. Miałam później też przypadek, że zafarbowała mi bordowa mulina Anchora, ale który numer nie pamiętam, bo Anchora używałam chyba dwa razy w życiu.

Potem Kochanieńki pojechał za Wielką Wodę i przywiózł mi pół walizki skarbów, wśród których znalazło się dużo mulin, także te dwa nieszczęsne kolory.

A potem założyłam blog i wymyśliłam „fajny” temat na post. Trzeba zrobić eksperyment i sprawdzić, czy „kraj pochodzenia” ma znaczenie dla farbowania muliny, bo, że farbuje, przekonałam się niestety na własnej skórze. To dla mnie nie ulegało żadnej wątpliwości.

Od razu powiem, że farbującą mulinę kupiłam we Wrocławiu, w stacjonarnej pasmanterii, rekomendowanej przez DMC Polska, teoretycznie żadne to tamto, porządna firmowa nić.

W testach wzięły udział:

  1. Zapas – czyli farbująca mulina, którą miałam w domu.
  2. PL – nowa mulina, kupiona w polskiej pasmanterii, nie pamiętam czy internetowej, czy stacjonarnej.
  3. USA – mulina kupiona w Stanach.
  4. PND – jakaś chińszczyzna, którą dla próby nabyłam na OLX, żeby sprawdzić, jak wygląda mulina polecana przez niektóre hafciarki.

Już na pierwszy rzut oka widać, że mulina PND odbiega mocno kolorystycznie od mulin DMC, zwłaszcza przy kolorze 815. Ten kolor z moich zapasów również bardzo różni się od pozostałych dwóch motków, a kolor 321 z zapasów pomimo prania jako tako trzyma fason, znaczy się kolor.

Próba numer jeden

W pierwszej próbie testowałam trzy muliny, nie pamiętałam, że mam w domu PND. Haft do testów wyszyłam na białej Aidzie 16 ct.

Tak to wyglądało zaraz po wyszyciu, przed praniem.

Tak na mokro, po praniu – polewałam wrzątkiem prosto z czajnika. Identycznie postąpiłam w dwóch następnych próbach.

Tak po wysuszeniu żelazkiem, bez szmatki, prosto po hafcie.

Nie powiem, zdziwił mnie efekt eksperymentu, gdyż spodziewałam się wielu zniszczeń, a tu jest w sumie bardzo dobrze. Nie zafarbowało nic poza kolorem 815 z moich zapasów, a że ten konkretny egzemplarz koloru farbuje, niestety się przekonałam wcześniej. Przypominam, że mulinę w kolorze 321 z zapasów wyprałam i jak widać, nie zafarbowało nic. Ciekawe jest też to, że na mokro nie widać bardzo zafarbowania, a po wysuszeniu żelazkiem już tak.

Stwierdziłam, że coś jest nie tak, nie tego się spodziewałam, miało być wszystko czerwone, trzeba eksperyment powtórzyć, jeżeli wynik ma być rzetelny.

Próba numer dwa

Także testowane były trzy rodzaje mulin, bez PND. Ciemniejszy kolor to 815, jaśniejszy 321. Tym razem hafcik powstał na Lindzie 27 ct, czyli rzadszym materiale niż poprzednio.

Przed praniem

Na mokro

Po suszeniu

I co? I znowu nie tego się spodziewałam. Fakt zafarbowała tylko mulina 815 z moich zapasów, ale zdecydowanie delikatniej niż poprzednim razem, prawie nie widać zniszczeń. O co kurza twarz chodzi? Stwierdziłam, raz kozie śmierć, zróbmy ostateczną próbę, niech stracę.

Próba numer trzy

Tym razem do testów poszły wszystkie 4 rodzaje mulin, także PND, haft ponownie wylądował na białej Aidzie 16 ct.

Przed praniem

Na mokro

Po suszeniu

I co? Wynik ten sam! Zafarbowała tylko mulina ta, co zawsze, kolor 815 z moich zapasów. Tak mnie to zdenerwowało, że nie ma co pokazać, że nie takiego efektu się spodziewałam, że sobie nawet nie zapisałam, która mulina jest która. PND i zapas kojarzę, reszty nie.

Pytanie, o co chodzi? Dlaczego raz dany kolor farbuje, a raz nie? Skąd wiedzieć, czy straty będą, czy nie? Zastanawiałam się, czy suszenie żelazkiem nie uwidacznia bardziej tego zafarbowania? Na pewno nie pomaga, raczej utrwala zabrudzenie. Ale miałam też przypadek, że haftu nie prasowałam, tylko moczyłam do klejenia na bombkę i wtedy też kolor puścił. Mocniej też widać zafarbowanie na gęstym materiale, typu Aida, gdzie barwnik ma szansę bardziej się „zagnieździć” między nitkami.  I bądź tu człowieku mądry!

Tak czy inaczej, o eksperymencie zapomniałam, posta nie napisałam, bo o czym tu pisać? Miało być wszystko czerwone, bo przecież założenie eksperymentu było, że czerwony kolor farbuje, a zafarbował tylko jeden motek z ośmiu.

Aż pewnego pięknego słonecznego popołudnia, całkiem zresztą niedawno, znowu zabrałam się za hafciki na bombki. Wszak zima idzie, szewc bosy, na razie tylko cztery mikołaje, coś zmalujmy, znaczy się, wyszyjmy.

Ponieważ nie chciałam się powtarzać, chciałam zrobić coś nowego, czego jeszcze nie wyszywałam, wynalazłam nowy wzorek. Niby czytelny, ale jak przyszło co do czego, mocno nieczytelny. Co ja się nawalczyłam i naprzeklinałam to moje. A do tego jeszcze Aida. Źle mi się wyszywało jak cholera. Jakbym zapomniała jak się krzyżyki stawia. Taki mały hafcik, a walczyłam z nim 9 wieczorów. W maks trzy powinnam była go machnąć.

Wyszyłam kota. W sumie to chyba koteczkę. Taką jak ja. Księżyc w pełni, co się w kadr nie mieści :)

Taka blada i nijaka. I ślepa na jedno oko.

A potem zadziałała magia konturów.

To zawsze działa. Koteczka wyszła całkiem ładna. Jak nie ja :)

No to jej dorobiłam kolegę do pary, którego wyszywałam w zeszłym roku. W sumie to poszłam na łatwiznę, bo większość mulin się powtarzała w obu wzorkach. Tego to mordowałam aż 12 dni!

Nawet bez konturów fajny prawda?

A tak wygląda już po okreskowaniu. Coś widać :)

Kochanieńki mi do pary wyszedł, prawie Lew.

I tak mogłabym zakończyć ten post, gdybym czasami myślała i pamiętała o własnych eksperymentach.

Stała się „katastrofa”. Koty poszły do prania, bo zostały brzydkie odgniecenia po tamborku.

Tak dobrze myślicie, głupia ja użyłam muliny 815 ze starych zapasów, która mi farbowała w każdej próbie. Teraz też kolor elegancko puścił farbę. Na zdjęciach słabo to widać, bo oczywiście wtopa była w środku nocy, ratowałam świat, nie myślałam o cykaniu fot. Cóż na reportera wojennego się raczej nie nadaję, nie będę cykać zdjęć, jak bomby lecą, raczej rzucę się ratować rannych. Zdjęć zaraz po zafarbowaniu nie ma.

Tak wyglądały koty po pierwszym praniu. Zeszło, ale nie do końca, pod światło widać plamy.

Po drugim praniu jest już prawie dobrze. Użyłam jakiegoś specjalnego mydełka do plam. Galasowego czy jakoś tak, a tam, gdzie jeszcze były ślady, dorobiłam większy pompon na czapce i frędzle w szaliku. Do końca nie udało mi się pozbyć zafarbowania.

Jak ktoś nie wie, nawet się nie domyśli. Co mnie to kosztowało nerwów to moje. Co się naprzeklinałam na własną głupotę to moje. Naprawdę czasami się zastanawiam, gdzie ja mam mózg? Jak można sobie tak samemu strzelać gole do własnej bramki, samemu krzywdę robić? No jak?

Nieszczęsna mulina od razu wylądowała w koszu, a ja nawinęłam sobie na bobinkę nową, niefarbującą mulinę. Teoretycznie niefarbującą, bo ze mną nigdy nie wiadomo, jak będzie :)

A tak koteczki wyglądają wspólnie na jednej foci. Całkiem wkrótce trafią na bombki.

Ty i ja koteczki dwa. Całkiem fajna para :)

Podsumowując

Moim zdaniem trzeba z dużą rezerwą podchodzić do czerwonego, bordowego koloru w mulinach. Nie wiem, czy jest to kwestia trwałości barwnika, ale może się zdarzyć katastrofa jak mi. Gdzieś kiedyś czytałam, że jedna z dziewczyn pisała, że jej zafarbował któryś kolor zielony. O czerwonych farbujących mulinach też czytałam, więc nie tylko ja miałam taki przypadek. A przecież mi zafarbowało DMC i Anchor. Po tych pierwszych wtopach przez jakiś czas robiłam próbkę i sprawdzałam wszystkie kolory, czy mi nie zafarbują, gdy wiedziałam, że haft na pewno pójdzie do prania.

Dlaczego nie udało mi się powtórzyć zafarbowania na innych egzemplarzach tego samego koloru, nie wiem. Może te dwa motki, które miałam, były zleżałe, stare, barwnik się jakoś utlenił, nie wiem. Zwłaszcza na mulinie 815 mocno widać, że odbiega kolorystycznie od pozostałych dwóch mulin, wygląda na zupełnie inny kolor, nawet przed praniem. Wypranie koloru 321 wyeliminowało problem puszczania barwnika, ale też taką wypraną muliną dobrze się nie pracuje, jednak traci ona w czasie prania swoje właściwości.

Oglądam sobie teraz te moje próbki jeszcze raz, na żywo i niestety widać minimalne różnice w kolorze między motkami kupionymi u nas i Stanach. Jak ktoś robi duży haft, gdzie zużywa się dużo takiego samego koloru, chyba warto zaopatrzyć się w jednym źródle w cały zapas, żeby potem nie mieć problemów, że inaczej wyglądają poszczególne fragmenty haftu. I tu nie chodzi tylko o muliny produkowane na różne rynki, u nas też można trafić różne egzemplarze tego samego koloru. Nigdy nie ma gwarancji, jak taka mulina była przechowywana, ile wisiała w sklepie na stojaku, czy była wystawiona na słońce. Właśnie, może te moje dwa motki wisiały na słońcu? Tego się teraz niestety już nie dowiem.

Prasowanie — suszenie żelazkiem, zwłaszcza bez ochrony utrwala wszelkie przebarwienia, niszczy haft. Normalnie tego nie robię, tu była próba, szybko chciałam mieć efekt.

Mulinie PND i innym chińskim wynalazkom mówię zdecydowanie nie. Źle mi się z nią pracuje, jest grubsza, co nawet widać na zajęciach, „tępo” przechodzi przez materiał, mocno się mechaci, a kolor ma się ni jak, do tego co być powinno. Na próbę kupiłam chyba z 10 różnych motków i tak jest niestety ze wszystkimi kolorami. Ale kto co lubi. Ja lubię DMC, przy nim pozostanę i mam nadzieję, że nie będę mieć więcej żadnych wtop z czerwonym. Ani zielonym, ani żadnym innym farbującym kolorem.

Teraz wpadło mi do głowy, że powinnam była użyć do eksperymentu jeszcze naszej polskiej Ariadny. Ciekawa jestem jaki byłby efekt. Próbować więcej jednak nie będę, aż tak ciekawa nie jestem :)

Zdarzyło się Wam kiedyś takie niechciane farbowanie, jakiś konkretny kolor? Dajcie znać, lepiej wiedzieć, na co uważać w przyszłości.

Zima idzie. Koteczka pcha się do domu, z kolan nie złazi. Ciężko się wyszywa z kotem na kolanach, ale za to jak grzeje:)