Jak ugryźć backstitch?

Czyli hafcim obrzydlistwa – część 2 Finał nr 1

Umordowałam się okrutnie. W życiu się tak nie umordowałam przy haftowaniu. Mózg mi się zlasował, oczy prawie całkiem oślepły, palce pokułam, naklęłam się strasznie. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że znam aż tyle niecenzuralnych słów typu motyla noga, kurza twarz, jasny gwint, olaboga czy do jasnej Anielki itp. No dobra, przyznam się bez bicia, słowa padały bardziej niecenzuralne.

Kochanieńki się wkurzał, gadał:

Weź, znajdź sobie coś prostszego, a nie wkurzasz mnie tym swoim ciągłym wkurzeniem.

Tak było.

A wszystko dlatego żem ślepa.

Walczyłam z igłą i konturami 12 dni.

Nie poległam!

Zwyciężyłam!

Bo ja strasznie zawzięta baba jestem, jak się uprę, to choćbym pękła, dam radę :)

Z rybką zwaną Wandą rozstaliśmy się na tym etapie.

Bądźmy szczerzy, tak sobie to wyszło. Blado i nijako. Jak pisałam poprzednio, wyszyła mi się złota rybka. A nie tego się przecież spodziewałam, gdy wybierałam wzór. Raczej na pewno nie tego. Miało być z pazurem, mrocznie, mechanicznie. Wyszło blado i nijako.

Krzyżyki za to wyszywało się absolutnie genialnie, mimo że wzór rozpisany jest na 33 kolory, z czego 8 są to kolory łączone. Dla mnie i moich umiejętności to dość sporo. Wystarczająco, żeby dostać lekkiej zadyszki. We wzorze na szczęście nie ma za wiele udziwnień, dosłownie kilka półkrzyżyków. Kolory układają się w równoległe linie, nie ma dziubdziania, zmieniania nitki co krzyżyk. Rewelacja!! Krzyżyki wyszły zacne.

A potem stanęłam przed ścianą. Pojawiły się schody. Problem. Brak rozwiązania.

Kontury :(

W tym wzorze całą robotę robią właśnie backstitche. Dużo długich kresek. Dużo zakręconych kresek. Dużo kresek robionych podwójną nicią, jeszcze więcej kresek robionych pojedynczą nitką na czystym materiale. Ale jak je zrobić, żeby było ładnie, żeby nitka była długa, albo chociaż na taką wyglądała, nie składała się z kawałków, nie było widać wbić igły, żeby było gładko, jak narysowane ołówkiem? No jak? Musi się przecież jakoś dać.

Kiedyś jak wyszywałam lisa w sweterku, obiecałam sobie, że zawsze kontury będę robić na bieżąco, nie będę tego zostawiać na koniec, bo można się potem wściec z nadmiaru wrażeń. Zwłaszcza we wzorach projektowanych przez Rosjanki czy Ukrainki. Taaa… postanowienia można mieć, a życie życiem. Życie weryfikuje nasze plany. Co z tego, że miałam plan, jak nie miałam bladego pojęcia jak do tematu podejść? Odsuwałam problem „na kiedyś”, odsuwałam, aż skończyłam wszystkie krzyżyki. Nie było wyjścia, trzeba było chwycić byka za rogi i jakoś zmierzyć się z tematem.

Jakąś tam teorię znałam, parę konturów zdarzyło mi się w życiu popełnić. Ale nie takie, na pewno nie takie. Zapytałam Was o radę. Dziewczyny podrzuciły propozycję, żeby przykleić nitkę do materiału. Patent fajny, genialnie prosty, ale nie sprawdza się, jak trzeba to zrobić z 18-metrową nitką w dwóch różnych grubościach, w niektórych miejscach pozwijaną jak baranie rogi, a w innych prowadzoną przez ćwierć krzyżyka.

Doktoryzowałam się długo. Przeczytałam chyba pół Internetu, próbowałam różnych metod. I koniec końców zrobiłam kontury czterema różnymi sposobami. Taki miszmasz mi wyszedł, często była to radosna twórczość własna.

Sposób I – Klasyczny ścieg za igłą

Jak się robi klasyczne backstitche, wszyscy wiedzą. Moim zdaniem jednak ten sposób robienia konturów akurat najmniej się sprawdza w tym wzorze. Kontury robione w ten sposób są dość „pocięte”, robią się dziury przy wbiciach igły, len jest dość rzadki, widać chaos, jaki się tworzy od spodu, zwłaszcza na zakrętach. Nie da się przeciągnąć nitki przez 10 krzyżyków, bo po ściągnięciu z tamborka wszystko obwiśnie. Ten sposób najlepiej się sprawdza przy niezbyt długich kreskach, gdy jest robiony pojedynczą nitką muliny, a materiał jest pokryty haftem. Najlepiej wygląda właśnie na odcięciach haftu i materiału. Ja połowę kresek musiałam postawić na czystym lnie :(

Są u mnie jednak miejsca, gdzie ten ścieg zastosowałam. Bo to jednak jest dobry, sprawdzony sposób. Co klasyka to klasyka :)

Poniżej na przykładzie tak wygląda prawa strona klasycznego backstitcha

a tak lewa.

Przy długich kreskach nitka będzie jak nic „pocięta”, będzie się składać z kawałków. A ja tak nie chciałam.

Sposób II – Metoda Hani/Hanulka

Hania/Hanulek napisała posta o swojej metodzie na ładne krzyżyki i beckstitche. Taki poradnik w pigułce, lektura obowiązkowa. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się stosować „jej” sposób na kontury.

Poniżej zdjęcie z bloga Hani, (które pozwoliłam sobie pożyczyć, bez pytania, mam nadzieję, że Hania mi głowy nie urwie) gdzie po kolei tłumaczy jak się takie kreski robi.

A teraz przykład u mnie, z lewej klasyczne backstitche z prawej zrobione „metodą Hani”.

Prawa strona

Lewa strona

Jak widać, hanina metoda sprawdza się lepiej, nie widać nitek spod spodu. Cóż czasami i klasyków można poprawić :) Tak też zrobiłam część konturów. Ale to jeszcze nie to, co chciałam uzyskać, bo i tu widać poszczególne odcinki konturów.

Chciałam, żeby nitka sprawiała wrażenie ciągłej, niepociętej, żeby się miękko układała.

Sposób III  – Couching

Tę metodę zasugerowałam mi kiedyś Edytka. Nie wiem, czy według podręczników akurat tak się robi backstitche, aż tak nie znam się na teorii, ale u mnie sprawdziło się rewelacyjnie. Trzeba przyszyć wierzchnią nitkę pojedynczą nicią od spodu. O tym sposobie robienia konturów pisała też Tina w tym wpisie, przy okazji dopieszczania swojej pięknej baletnicy. U niej możecie zobaczyć film, o co biega w tym sposobie.

U mnie na przykładzie wygląda to tak:

Podwójną nitkę muliny przyszyłam od spodu pojedynczą nitką w tym samym kolorze.

Tak wygląda to po lewej stronie.

A tak po prawej.

Prawda, że bosko? Miękko, prawie nie widać gdzie nitka jest zamocowana.

Sposób IV  – Sposób Ekateriny na backstitche

Tak naprawdę to powinnam była od tego zacząć, a znowu zostawiłam sobie wpis Mote na temat jej pracy nad wzorem aparatu na koniec moich poszukiwań  sposobu na backstitch idealny. Po raz drugi popełniłam ten sam błąd. Tak było przy wyborze tkaniny do haftowania Wandy, tak i było w przypadku kresek. Rany, jaki człowiek jest czasami głupi i kompletnie się nie uczy i nie korzysta z tego, co ma podane na tacy! Pod sam nos!

Mote napisała na temat robienia konturów kilka rewelacyjnych postów. Trzeba je koniecznie przeczytać (wujek Google pomoże), można się wiele dowiedzieć i nauczyć. Wystarczy trochę się zagłębić w jej blog, wszystko jest fajnie podlinkowane. A prace, jakie tam pokazuje to już dla mnie zupełnie inna liga. Rewelacja! Dużo się od niej dowiedziałam i nauczyłam.

Do zrobienia konturów w swoim aparacie Mote użyła sposobu Ekateriny. Ekaterinę Volkovą pewnie niektórzy kojarzą, projektuje wzory. Jej cudowną pigwę wyszywa właśnie Aga Jarzębinowa, a bukiet róż w wazonie haftuje Renia. Ja też kiedyś coś popełnię, ale jeszcze się muszę podszkolić, bo w jej wzorach 60 – 70 kolorów to prawie standard.

Tak czy inaczej, Ekaterina wymyśliła swój własny sposób na kontury, u mnie na lnie wygląda to tak.

Rzecz najważniejsza, cienka igła z ostrym końcem, najlepiej 40-letnia japońska igła przywieziona z USA :))

Po wbiciu od góry igły w materiał  wracamy od spodu do tyłu (ale czy można wrócić do przodu?) i przeciągamy nitkę z powrotem na wierzch przez środek nitki, którą robimy kontury. Nie wiem czy rozumiecie o co mi chodzi?

Ja wracałam do tyłu o jedną nitkę wątku, nie o dwie, bo na niezahaftowanym lnie tak mi się bardziej podobało.

Na” zakrętach” wbijałam się od spodu igłą nie w dziurkę w materiale, ale w środek nitki lnu. Dzięki temu przejścia między poszczególnymi fragmentami wyszły mi delikatniejsze, niekanciaste. Nitka konturu trzyma się za połowę nitki materiału, ale się trzyma i nic się nie luzuje. Słowo. Pomiędzy poszczególnymi wkłuciami igły starałam się zostawiać maksymalnie 4 krzyżyki, tylko czasami było to 5 krzyżyków, ale nie więcej. Nitka musi być dość mocno naciągnięta, żeby się ładnie układała i nie obwisła.

A tak to wygląda po lewej stronie. Prawie nie widać, gdzie jest przeciągnięta nitka.

Wydaje mi się, że ten sposób robienia konturów raczej nie sprawdzi się w hafcie, który będzie miał charakter użytkowy typu poduszka, torba. Jednak kontury są dość delikatnie przymocowane do materiału. Moja ryba zawiśnie w ramach na ścianie, nic jej nie będzie grozić.

Dla mnie w przypadku sposobu III i IV było to coś zupełnie nowego, coś czego jeszcze nie miałam okazji wypróbować.

Tyle teorii.

Teraz chyba by warto przejść do konkretów.

Zaczęłam prosto od oka i french knotów. Bardzo lubię supłać te węzełki.

Potem podwójną nicią czarnej muliny zrobiłam kontury wokół oka. Była to kombinacja sposobu I i II.

A potem to już była ta przyjemniejsza część walki, czyli brązowe kontury podwójną nicią robione na Wandzi. W większości stosowałam metodę nr III, ale są miejsca, gdzie są użyte dwa pierwsze sposoby.

Tak mniej więcej to wyglądało na żywym organizmie.

Przyszycie od spodu i wychodzi gładka linia.

Na blogu Mote możecie poczytać o jej przemyśleniach na temat robienia konturów podwójną muliną. Ona tego nie lubi, szukała więc sposobu na zastąpienie czymś dwóch nitek muliny. Znalazła nici Anchor Coton Broder i bardziej dostępne (chyba u nich), tańsze, grube nici Gutermann. Kontury w aparacie robiła właśnie pojedynczą nicią Gutermann.

Trudno się z nią nie zgodzić. Ładniej wygląda taka kreska robiona jedną grubszą nicią, a nie dwoma. Nici Gutermann udało mi się znaleźć w pasmanterii w Pradze. Nie mieli niestety potrzebnych mi kolorów, były tylko czarne i GŁUPIA JA ich nich nie kupiłam! I potem sobie bardzo plułam w brodę, jak przyszło co do czego. Przydałby mi się w Wandzi bardzo. Bo o ile kontury robione dwoma nitkami brązowej muliny DMC nr 300  wyszły super, tak czarne zwłaszcza na ogonie wyszły koszmarnie. Ale o tym za chwilę.

W międzyczasie stwierdziłam, że oko mi się jednak nie podoba, sprułam i jeszcze raz je zrobiłam sposobem III.

Teraz będą fragmenty, które przyprawiły mnie o siwe włosy, nerwy, palpitacje serca i inne takie mało przyjemne emocje. Kontury pojedynczą nitką robione na materiale bez krzyżyków. To dopiero było jazda! Bez trzymanki, po omacku, na ślepo!

Tu banał, prosta kreska.

Tu już było gorzej. Przeważnie stosowałam sposób IV z pewnymi kombinacjami I i II. Poniżej parę zdjęć – prawa i lewa strona.

Jak widać, z lewej strony panuje chaos, ale nitek w sumie jest niewiele. Prawie ich nie ma. Dziwne :) Największy problem miałam z zaczynaniem i kończeniem pojedynczej nitki. O ile w krzyżykach da się to zrobić, tu przy konturach nie wiedziałam jak wybrnąć z tematu i robiłam niestety jakieś supełki, węzełki, cholera wie co jeszcze. Byle się trzymało.

Teraz wróćmy na chwilę do ogona.

To czarne coś na ogonie podoba mi się w całym hafcie najmniej, nie podoba mi się wcale. Niestety czarna mulina DMC nie jest idealnie gładka, nie układa się ślicznie przy konturach robionych dwoma nitkami. Pewnie, gdybym miała odpowiedni wosk do wygładzania, byłoby lepiej, ale nie posiadam takiego cuda. Jeszcze. Miałam plan, żeby to spruć i zrobić jeszcze raz, ale…

Po pierwsze nie mam w domu nic, czym mogłabym zastąpić DMC. Żadna z wielu walających się po domu czarnych nici nie była dostatecznie gruba i plastyczna. Po drugie sprucie czarnego spowoduje, że będę też musiała pruć część szarych kresek, bo się trzymają razem. A po trzecie… nie napiszę, co Kochanieńki powiedział o nudzącym się psie i jego klejnotach rodzinnych. Tak już musi zostać. Trudno. Muszę z tym żyć :(

Pytanie do Was, bardziej zaznajomionych z rynkiem nici w Polsce. Czym grubszym, dostępnym u nas od tzw. przysłowiowej ręki i do tego we wszystkich kolorach tęczy, można zastąpić dwie nitki muliny DMC do robienia konturów w hafcie? I nie będą to nici Gutermann ani Anchor Coton Broder, które poleca Mote, bo ich nie kupi się u nas w każdej pasmanterii. Jakieś pomysły?

To jeszcze krótki rzut oka na parę szczegółów Wandy.

Z tej kreski w poprzek na skos jestem najbardziej dumna. Wyszła mi idealna.

A tak prezentuje się Wanda w całości od wstydliwej strony. Jest nadspodziewanie mało nitek, które składają się na kontury.

Jak skończyłam, to odetchnęłam pełną, niemałą piersią z ulgi i dumy. Walka była straszna. I to tak naprawdę była walka z własnym ciałem. Gdyby nie to, to mogłabym powiedzieć, że w sumie to było całkiem przyjemne doświadczenia. Po pierwsze oczy. Ślepnę jak nic. Chociaż w sumie to coraz lepiej widzę. Taki to paradoks u krótkowidzów. Galopuje to u mnie strasznie. Okulary do wyszywania to mogę sobie pod tyłek wsadzić, a nie na nos. Za chiny ludowe nie widziałam w okularach gdzie mam się wkłuć z igłą, jak znaleźć środek nitki. Masakra!! Wizyta u okulisty w następnym tygodniu.

Druga sprawa — brakuje mi trzeciej ręki :), a ta by się zdecydowanie przydała zwłaszcza przy tych szarych nitkach. Wyszywam na ramce Q-Snape. Jest rewelacyjna, trzyma materiał idealnie napięty, nic się nie zluzowuje w czasie używania. Moim zdaniem nie ma nic lepszego, w Polsce niestety nie kupisz :( Trzymam taborek w ręce, drugą wyszywam. Przy tych pojedynczych szarych backstitchach musiałam sobie od góry jeszcze naciągać nić, żeby się dobrze wkłuć. Jak nic potrzebowałam wtedy tej trzeciej ręki. Albo stojaka, uchwytu do tamborka.

I tu mam kolejne pytanie do Was. Czy w stojącym uchwycie, jaki jest dostępny np. w Hobby Studio, da się zamocować taki rurkowy tamborek? Próbowałyście może? Trzyma się, nic się nie luzuje, można ramkę w prosty sposób odwrócić w czasie pracy, jak się chce zakończyć nitkę? Będę wdzięczna za opinie, bo nie kosztuje to pińć złoty, ani dziesięć i nie chciałabym inwestować w coś, co mi się na nic nie przyda. W ogóle to moim zdaniem nie da się takich konturów zrobić bez tamborka, materiał musi być dobrze napięty, żeby wszystko dobrze wyszło. Choć są dziewczyny, które tamborków nie używają. Naprawdę szczerze podziwiam, zwłaszcza przy wyszywaniu na lnie. Ja jednak jestem tamborkowa od początku do końca.

I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Jeżeli jest taka potrzeba, haft trzeba koniecznie wyprać przed rozpoczęciem konturowania. Jak się zrobi to w odwrotnej kolejności, czyli najpierw kontury potem pranie będzie kicha, porażka, dupa blada. Materiał jak nic się zbiegnie w czasie prania i potem nitki będą smętnie wisieć. Tak mówią mądrzejsze koleżanki, tak mówi Edytka, ja się mądrzejszych słucham :)

Tyle dywagacji na temat mojej walki z Wandą.

Teraz warto by może pokazać, co mi z tej walki wyszło. I tu się pojawił problem. Skończyły się wakacje, skończyło się lato, skończyło się słońce. Tak z dnia na dzień. Brakło mi dosłownie jednego dnia, żeby Wandę obfocić i pokazać, jaka mi zgrabna wyszła.

A Wanda zasługuje na pokazanie jej w blasku słońca.

 

Ale, ale…

Między jedną a drugą chmurą z deszczem zaświeciło nad Wrocławiem na chwilę słońce, rzuciłam wszystko w połowie gotowania obiadu i poleciałam pstrykać foty. No bo jak to, żeby słońca nie było? Tak się nie godzi!!!

Panie Panowie oto moja Wanda.

Wanda I Waleczna.

Już nie słodka, złota rybka.

Wojowniczka.

Pięknie się prezentuje w blasku słońca na tle mojego ulubionego klonu prawda?

Swoją drogą to ja nie wiem, co to będzie, jak przyjdzie jesień, zima, liście spadną z drzew, stół będzie trzeba z tarasu zabrać? Gdzie ja będę foty robić? No gdzie? W domu kiepskie wychodzą.

No dobra. Ktoś dotrwał i chce zobaczyć, co mi wyszło??

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

A takie coś mi wyszło.

Może być? Mnie się podoba. Nawet bardzo mi się podoba.

Tak naprawdę to jestem zachwycona tym, co uczyniłam własnymi ręcami! Jest to najbardziej spektakularny haft, jaki mi się udało do tej pory wyszyć. I poza czarnymi konturami nie mogę się absolutnie, do czego przyczepić. Dałam radę! Krzyżyki mi wyszły piękne i kontury mi wyszły piękne. No dobra lewa strona jest niewyjściowa. I postawiłam jeden krzyż w konturach za dużo, ale nie powiem gdzie, sami zgadnijcie.
Poza tym Wanda ma taką genialną kolorystykę, że ja sobie od czasu do czasu idę na nią po prostu popatrzeć. Bo mi się baaardzo podoba, co widzę. Nie da się ukryć, że haft został rewelacyjnie zaprojektowany. Bez konturów wydawał mi się trochę mdły, blady. Już tak nie twierdzę. Jest idealnie moim skromnym zdaniem.

Ale nie popadajmy w samozachwyt. Wanda była w sumie dość łatwa do zrobienia, jak się w końcu odkryło na nią sposób. Teraz twierdzę, że to dość prosty, lajcikowy i bardzo przyjemny haft do wyszycia. Trzeba tylko widzieć :)) Jeżeli ktoś się przymierza np. do wyszycia aparatu z tej serii gorąco polecam. Tylko materiał musi mieć nie więcej niż 32 ct.

A tak w ogóle to miałam plan na jakąś fajną sesję zdjęciową. Steampunk to przecież śrubki, nakrętki, klucze, maszyny. Można poszaleć i coś niebanalnego wymyślić. Jakieś fajne foty pstryknąć i na Instagram wrzucić. Bo przecież na Instagramie wszystkie foty „muszą” mieć klimat, a moje nie mają. Kochanieńki pozwolił mi pogrzebać w swojej piwnicy i wytargałam takie skarby.

Szczegół, że dostałam ochrzan, że wyciągnęłam największe badziewie. Ale ja miałam wizję zardzewiałych śrub, zardzewiałych kluczy, jeszcze większej ilości rdzy, a w tym wszystkim pośrodku moja cudowna złota Wanda. Taki miałam plan.

Cóż….

Zrobiłam słownie dwa zdjęcia z „akcesoriami” i stwierdziłam, że to jednak nie moja bajka, to nie dla mnie.

Nie potrafię zaaranżować sesji, zrobić klimatu, tła. No nie potrafię i już. Sztucznie to w moim wydaniu wygląda. Tak bardzo na siłę. Takie sesje to może robić Jarzębinowa, Brodziszek czy Magda z Mniej słów. Trzeba mieć  iskrę, ten dar, trzeba WIDZIEĆ. Ja tego kompletnie nie posiadam. U nich wystarczy jedno ujęcie i jest cudownie. Czują temat, wiedzą co zrobić, żeby zdjęcie było genialne. U mnie jest po prostu śmiesznie. Nawet asystentka nie chciała ze mną współpracować. Pokazała mi cztery litery i poszła w siną dal prawie przez środek mojego haftu.

Cóż robić? Ja mogę co najwyżej pocykać foty raz z prawej, raz z lewej strony.

No to sobie pocykałam :)

Magia konturów działa. Trochę kredki na oczy, trochę pomady na usta i ze słodkiej panienki robi się groźna baba. Tak było z moją słodką Wandzią, złotą rybką. Bez „makijażu” była ładna, ale nijaka, trochę ją podmalowałam i od razu nabrała charakteru. Nawet miałam zamiar przechrzcić tę moją Wandę, ale nie znalazłam żadnego fajnego imienia dla wojowniczej kobiety.

Wandzia wydoroślała, zmężniała i Wandą została.

Ryba z serii Steampunk, wzór Jane Eyre (Яна Минасян), na podstawie obrazu Mike|Creative Mints
Haft wyszyty na lnie Belfast, kolor 309 piaskowy

Jak będę miała wyszyty komplet, oprawię Wandę i spółkę w jakieś super ramy. Pana Jana odwiedzę. Taki mam plan. Tylko co teraz skarabeusz czy ptak? Teraz to bombki trzeba robić. Zima idzie.

Ktoś w ogóle dotrwał do końca?

Jeżeli tak to dziękuje pięknie za uwagę.

Mam nadzieję, że nic nie namieszałam zwłaszcza w teorii.

Myślę, że tym wpisem wyczerpałam limit publikacji na ten rok.