Mała rzecz a cieszy – część 3 ostatnia

czyli kończ babo niedokończone!

Gdyby nie Piegucha i jej wirtualny kop w cztery litery, nie wiem, kiedy bym się zabrała za dokończenie tego postu. Skończę więc dziś niedokończone, ale obawiam się, że Anka będzie rozczarowana. Niekoniecznie musi się jej spodobać to, co mnie cieszy i bardzo ułatwia życie hafciarki.

Próbuję sobie przypomnieć, jaki miałam plan, pomysł, o co mi chodziło, gdy zaczynałam pisać te posty i mam lekki mętlik w głowie. Chciałam chyba opowiedzieć o organizacji pracy przy hafcie, o ogarnianiu nitek.  W sumie to nie bardzo już pamiętam, ale chyba do tego sprowadzi się mój dzisiejszy wpis.

Do ogarniania nitek przed i w trakcie wyszywania.

Jak już pisałam mam w domu prawie całą paletę DMC (poza tymi najnowszymi 35 kolorami, jakoś nie było okazji, żeby się w nie zaopatrzyć, ani namówić Kochanieńkiego na prezent). Napisałam to dawno temu, aktualnie nie jest to już prawda. Nie dlatego, że nabyłam najnowsze 35 kolorów DMC, bo nie nabyłam, ale dlatego, że DMC wprowadziło do sprzedaży nowy rodzaj nitek, mulinę Etoile. Pierwsza tę mulinę pokazała mi Edytka i zasugerowała, że pewnie idealnie się nada na moje ulubione hafciki świąteczne. Niestety jeszcze nie miałam jej okazji nawet pomacać, a co dopiero wypróbować. Jeszcze wszystko przede mną, co się odwlecze, to nie uciecze, jak mówią.

Muliny, które mam nawijam na bobinki, a bobinki trzymam w pudełkach. Chyba jestem jedną z niewielu osób, która używa nawijarki do mulin.

Nie raz i nie dwa czytałam, że lepiej nawija się Wam nitki ręcznie, że nawijarka jest be i do dupy. Ja ją lubię i używam :) Używam tylko plastikowych bobinek, papierowe zazwyczaj kończył mi się po jednym użyciu. Kupiłam sobie numerki na bobinki z DMC, ale muszę stwierdzić, że są badziewne i z czasem odpadają. Dla bezpieczeństwa na każdej bobince mam napisany też numer muliny specjalnym niezmywalnym mazakiem. Cóż ani on jakiś specjalnie specjalny, ani też nie taki niezmywalny, bo niestety numerki mi się z czasem ścierają. Będę musiała kiedyś pożyczyć sobie od kumpla taką malutką drukarkę do etykiet i jeszcze raz wyprodukować sobie porządne numery. Bobinki trzymam w pudełkach do tego przeznaczonych, które Kochanieńki za grosze, a raczej za centy kupił mi w Stanach.

Bobinki mam poukładane kolejno numerami, tak mi najprościej wyszukiwać poszczególne kolory. I mam zawsze nawiniętą tylko jedną bobinkę danego koloru! Zapasy mulin (a mam ich prawie 200 motków i jakoś niespecjalnie zużywam je w tym roku) trzymam w metalowych pudełkach i przyznam mam tu totalny bajzel i bałagan. Coś kiedyś muszę z tym zrobić, bo za dużo czasu zajmuje mi znalezienie tego, czego szukam. Może za radą Hani zainstaluję sobie odpowiednią aplikację i będę w końcu wiedzieć, co mam, a co właśnie mi wyszło.

Pewnie jak większość hafciarek, mam też w domu zapasy  mulin „dziwnych”. Te leżą zbunkrowane w worku i nie wiedzieć czemu bardzo rzadko do nich zaglądam. W sumie to wcale nie zaglądam i nie używam.

Część nitek dostałam, część odziedziczyłam, część znalazłam na placyku. Na papierowych bobinkach są muliny z Aliexpressu, które kupiłam na próbę, a które próby u mnie nie przeszły.

Jak widać powyżej, trafiają się muliny różnych dziwnych znanych i mniej znanych producentów. Starą Ariadnę odziedziczoną po mamie (nie ma tego dużo) nawinęłam na papierowe bobinki i też trzymam w pudełku. Tu akurat wszystko mam poukładane kolorami.

W jednym z pudełek trzymam też inne moje skarby.

Koraliki (tu tylko część, teraz dorobiłam się większej ilości) zapasowe igły, zawieszki, guziki.  Nie ma tego strasznie dużo, ale w pudełku mam to chociaż ogarnięte.

Tyle o przechowywaniu zapasów. Teraz będzie o organizowaniu nitek podczas wyszywania.

Zacznę może od praprzyczyny tego wszystkiego, a mianowicie od sposobu, w jaki wyszywam. Już to wcześniej pisałam, nie potrafię wyszywać kolorami, nie wychodzi mi to i już. Niestety muszę zapełniać poszczególne fragmenty systematycznie, nie zostawiać dziur. Gdy zapełniam dziury, wcześniej postawione krzyżyki chowają mi się w materiał, i źle to wygląda. Z drugiej strony nie potrafię też parkować nici, wyszywać tą metodą. Moje nędzne próby parkowania nici pokazywałam przy okazji sklepu zoologicznego. Stąd też bierze się u mnie częste zakańczanie nitek, a po wyszyciu danego fragmentu koloru odkładam igłę na potem. Druga sprawa to nienawidzę tracić czasu na przygotowania do wyszywania, a najbardziej to nie lubię nawlekać igieł. Ponieważ jednak nie da się pominąć tego etapu pracy i wyszywać bez nawleczenia igły, robię to na samym początku. Raz a dobrze. Do każdego koloru nawlekam oddzielną igłę, a gdy w danym wzorze są kolory łączone, również od razu przygotowuję sobie taki zestaw. Potem tylko sięgam po odpowiednią igłę i wyszywam. Tylko wyszywam i nie tracę cennego czasu na zmiany nitek na igle.

Tylko gdzie tę igłę odłożyć, żeby się nie pogubić, zwłaszcza jak wyszywa się wieloma kolorami???

Mam w domu parę oryginalnych małych zestawów Dimensions. W tych zestawach muliny są posegregowane w specjalnych sorterach i moim zdaniem nie ma potrzeby przekładania ich na nic innego. Odcinam po jednej nitce z potrzebnego koloru, do każdego koloru używam oddzielnej igły, a nitkę z igłą, która mi zostaje, wbijam sobie w gąbkę, którą są poprzedzielane poszczególne muliny. Igły z kolorami mieszanymi wbijam zazwyczaj w oddzielny igielnik.

Sortery Dimension mają dla mnie jedną wadę. Nie ma na nich zaznaczonych symboli, tylko numer koloru i za każdym razem trzeba patrzeć na legendę. Trochę mnie to denerwuje, ale też rozumiem po części ideę. W tych wzorach jednym kolorem muliny często stawia się krzyżyki, półkrzyżyki, używa się jednej, dwóch, a nawet pięciu nitek, używa się kolorów mieszanych. Przy takiej ilości kombinacji legenda na sorterze musiałaby być bardzo rozbudowana.

Przy okazji pracy z tymi zestawami odkryłam banalny sposób na nieplątanie się nici. Czasami zastanawiałam się, po co dziewczyny robią warkocz z mulin? Kiedyś na jakimś filmiku odkryłam, że muliny zebrane w ten sposób w wiązkę się nie plączą i wbrew pozorom bardzo łatwo wyciągnąć z takiego warkocza jedną nitkę. Taki warkocz jest nie po to, żeby ładnie wyglądać na Insta, ale żeby się nitki nie plątały :) Czasami oczywiste sprawy nie są dla mnie wcale oczywiste.

Dopiero Meri przy okazji któregoś odcinka zabawy w Hafciarski alfabet uświadomiła mi, że jest coś takiego jak organizer do mulin, organizer do igieł i coś, co łączy funkcję obu tych organizerów – pozwala na odłożenie igły na potem i porządkuje używane w danym projekcie muliny. I to właśnie dzięki Meri wiem, że moje niepokazywane jeszcze dzieło życia tworzyłam przy pomocy kawałka tektury, który robił za organizer mulin. To dopiero była prowizorka, którą aż wstyd pokazać.

Kawałek tektury podziurawiłam wkrętakiem, błędnie nazywanym śrubokrętem, bo diabeł nakrył ogonem dziurkacz i nie mogłam go zlokalizować. Narysowałam sobie symbole, które są używane we wzorze, napisałam numery mulin i ilości potrzebnych motków danego koloru, przewlekłam przez otwory mulinę, zaplotłam dwa warkocze i przy pomocy tego czegoś postawiłam większą część z prawie 100 tys. krzyżyków w moim obrazku. Dało się? Dało, ale jakoś tak mało profesjonalnie to wygląda.

Ponieważ, jak pisałam wyżej, nie wyszywam kolorami i do każdego koloru używam innej igły, stwierdziłam, że jest mi potrzebny organizer do igieł i mulin, żeby jakoś w prosty sposób ogarnąć te wszystkie nitki, bo się gubię przy ilości większej niż jeden kolor. Organizery PAKO kosztują jakieś straszne pieniądze, a ja nigdy nie będę wyszywać kolosów i nigdy nie wykorzystam takiego organizera w pełni. Poza tym szkoda mi zawsze było wydać 50 zł na full profesjonalny gadżet, bo przecie ile można za taką kwotę mulinek kupić? Natchnął mnie, któryś z poradnikowych wpisów Chagi i niewiele myśląc, wyprodukowałam sobie sama taki organizer, który zresztą wam pokazywałam. Gąbka, trochę lnu, parę podkładek pod śrubki od Kochanieńkiego i powstało takie coś.

Powstał dawno, zaraz na początku mojej kariery hafciarskiej, zanim zabrałam się za wyszywanie mojego pierwszego większego haftu, czyli magnolii. Służył mi kilka lat i eksploatowałam go dość mocno przy większych haftach albo małych hafcikach z dużą ilością kolorów.

Na początku drukowałam sobie symbole i numery mulin z Excela (byłam bardzo porządna, ale stwierdziłam, że to również straszna strata czasu), teraz po prostu je rysuje (zdecydowanie krócej to trwa). Wszystko było fajne, ale do szału i telepawki doprowadzała mnie jedna rzecz, mianowicie sposób przechowywania zapasu muliny na organizerze, a dokładnie to ta pętelka z muliny na metalowym kółeczku.

Zazwyczaj przy każdym hafcie przygotowywałam sobie potrzebne kolory mulin, bobinki spinałam na kółku, odcinałam kawałki mulin, którymi miałam wyszywać (staram się przewidzieć, ile muliny zużyję w danym hafcie, w rosyjskich wzorach autorki czasami podają ilość metrów, która będzie zużyta i jest to bardzo pomocna informacja) i zaczepiałam je o kółeczka, robiąc pętelkę. Jak mi się skończył zapas na kółku na organizerze, odcinałam z bobinki kolejne nitki, zaczepiałam i tak w kółko.

Żeby wyciągnąć jedną nitkę, trzeba się było mocno nagimnastykować, często zdjąć pęczek mulin z kółeczka, potem znowu zaczepić i stracić przy okazji cenne sekundy, które można było wykorzystać bardziej twórczo — czytaj na stawianie krzyżyków. Teoretycznie można było przełożyć tylko muliny przez kółko, bez robienia pętelki, zapleść warkocz, ale tu się to nie sprawdzało. Organizer jest długi, kółka śliskie, wszystko rozłaziło mi się w szwach.

Z czasem ten organizer zaczął mieć jeszcze jedną wadę.

Był tylko jeden.

Na początku mojej kariery hafciarskiej nie był to problem, bo miałam w zwyczaju wyszywać tylko jeden duży haft w danym momencie i wystarczało mi to, co mam, ale nie wiedzieć kiedy nieskończone hafty zaczęły mi się mnożyć w jednym czasie. Gdy miałam w danym momencie na tamborku tylko jeden duży projekt, pracowało mi się najlepiej, najefektywniej. Nie rozdrabniałam się, pamiętałam który kolor ma który symbol, szybko dążyłam do końca, żeby zabrać się za następny haft, który do mnie mówił. I to działało i się sprawdzało, bo co parę tygodni miałam skończoną jakąś pracę.

To się niestety zmieniło i to na gorsze. Pojawiło się kilka prac na raz.

Gdy nie było Kochanieńkiego i cały dom i wszystkie w nim stoły były tylko moje, zaszalałam z minimalizmem w organizacji pracy. Wyciągnęłam potrzebne muliny, powtykałam w nie karteczki z symbolami i wyszywałam. Na noc bałagan zostawał na stole. Muliny na bobinkach, obok odcięte kawałki nici, nawleczone igły, taki twórczy nieład.

Taki chaos mi jednak przeszkadzał, kupiłam więc małe pudełko w jakimś sklepie z narzędziami i w nim trzymałam muliny do danego projektu.

Potem było tylko gorzej.  Zapisałam się na SAL cisteczkowy, który trwał parę miesięcy, rozgrzebałam praptaka, a do tego, co rusz wymyślałam sobie jakieś małe czasami mocno skomplikowane hafciki. I nie wiedzieć, kiedy wokół mnie zaczął się tworzyć coraz większy chaos i trudny do opanowania bałagan.

Przy takim systemie pracy pojawiły się trzy problemy. Po pierwsze gdzie odkładać igłę z nitką, żeby nie pomylić często zbliżonych do siebie kolorów (wbijałam ją pod mulinę na bobince, ale nie było to wygodne), po drugie trzeba odwijać zapas nitki z bobinki i tracić na to czas, a po trzecie, co robić, gdy dany kolor potrzebny jest też do drugiego równoległego projektu??? Jak pisałam wcześniej, na bobinkach trzymam tylko po jednej sztuce danego koloru, zapasy mam w pudełkach i co tu zrobić, żeby się nie pogubić? Klonować kolory na bobinkach? Jakoś mi to nie pasowało mentalnie. A jedyny organizer w użyciu przy innym projekcie :(

Dumałam, dumałam, aż stwierdziłam raz kozie śmierć, zróbmy to.

Odważyłam się i po raz pierwszy zrobiłam zakupy w Rosji. Nie powiem, trochę się bałam, a wszystko przebiegło bezproblemowo. W 11 dni przyszła do mnie przesyłka z Moskwy, a w niej takie coś.

Zamówiłam sobie organizery firmy Dubko. Naczytałam się o tym organizerze dużo na rosyjskim Instagramie, o jego zaletach, także o jego wadach i postanowiłam sprawdzić na własnej skórze co to za ustrojstwo.

Łączy on w sobie dwie funkcje. Pozwala na przechowywanie igieł i zapasu mulin potrzebnego do danego projektu. Jest to kawałek gąbki/pianki z ponacinanymi miejscami, w które zaczepia się mulinę. Wygląda trochę jak patent do malowania paznokci u stóp. W komplecie są papierowe naklejki do naniesienia symboli i numerów mulin. Jest tego raptem jedna sztuka. Moim zdaniem powinno być ich co najmniej kilka, powinny się też trochę lepiej trzymać. Jest to niewątpliwa wada tego organizera. Problemem może też sprawiać wbijanie igieł w gąbkę, bo ma ona specyficzną konsystencję. Mnie to nie przeszkadza, ale innym tak. Po wyciągnięciu igły pozostają dziurki, nie jest to niestety samo naprawiająca się gąbka.

Wiem też, że nie są te organizery wieczne, na pewno nie wytrzymają lat wbijania w nie igieł, przetrwają pewnie parę większych haftów. Jak się zniszczy jedna strona, można przełożyć na drugą i dalej używać.

Coś za coś.

Prawda jest taka, że są tanie, bardzo tanie, pod warunkiem, że się je kupuje bezpośrednio w sklepie internetowym w Rosji. Niestety :(( Ja niestety musiałam kupić w twardej walucie, a nie w rublach i do tego doszły koszty transportu, które kilkukrotnie przewyższyły cenę towaru. Wielce ubolewam, że żaden z naszych rodzimych sklepów internetowych nie ma tego w ofercie.

Nie żałuję jednak ani jednej wydanej na nie złotówki. Moim zdaniem jest to genialny wynalazek, jest to coś, czego długo szukałam, coś, co mocno przyspiesza, ułatwia i organizuje mi pracę. Nitki z sortera wyciągają się same. Serio! Nie wiem, z czego zrobiona jest ta gąbka, ale naprawdę nie ma żadnego problemu, żeby sobie wysnuć jedną potrzebną nitkę muliny. Dla mnie rewelacja! Oszczędza mi czas i nerwy.

Teraz, nawet gdy muszę użyć tego samego koloru muliny w różnych haftach, nie mam problemu z rozdwojeniem jaźni. Odcinam sobie po kawałku muliny z bobinki, wkładam do odpowiedniego organizera, nawlekam do każdego koloru oddzielną igłę i mogę spokojnie sobie haftować. Każdy kolor, każda igła ma swoje miejsce. Nic mi się nie plącze, nie gubi, nie zastanawiam się co mam użyć, ani gdzie mam np. białą mulinę, bo przecież używam jej w trzech projektach. Wiem, że leży sobie w swojej przegródce, w odpowiednim pudełku w szufladzie i czeka. Nie tracę czasu na wyciąganie nitek, na rozplątywanie pętelek i supłów.

Jest super!

Mój organizer poszedł całkowicie w odstawkę, już go nie używam i używać raczej nie będę. Swoje już wykonał, dobrze służył i zasłużył na emeryturę. Czas na nowe. Czas na lepsze. Gdy odkładam haft na potem, wszystko zwijam do kupy, chowam do wora, a potem jak gdyby nigdy nic, wyciągam i zaczynam wyszywać na nowo. Mam w końcu ład i porządek, mogę spokojnie osiem miesięcy rzeźbić jeden haft, mogę spokojnie rzeźbić i trzy hafty na raz przez pół roku.

Dla mnie ten organizer to taka mała, prawie nic nieważąca genialna rzecz, która rozwiązała mi wiele problemów, przy organizacji pracy z wieloma kolorami mulin. Mam dwa w jednym. Mam miejsce, gdzie odkładam zaczętą nitkę, mam jednocześnie miejsce, gdzie przechowuję zapas muliny do danego projektu. Idealny patent na moje lenistwo i niepoukładanie.

Mała rzecz, a bardzo cieszy :)))

Jeżeli macie możliwość kupienia sobie takiego ustrojstwa, z jego wszystkimi wadami i zaletami gorąco polecam! Myślę, że osoby, które mają podobny do mnie system pracy przy wyszywaniu, nie rozczarują się. Ten organizer naprawdę pomaga i ułatwia pracę z wieloma kolorami mulin i wieloma igłami. Jeżeli macie możliwość zaproponowania wprowadzenie tego do asortymentu jakiegoś rodzimego sklepu internetowego zróbcie to. Warto!! I cena powinna być wtedy rozsądna.

Mam „zbędne” kilka sztuk. Jeżeli ktoś chce spróbować, proszę o kontakt, sprzedam po kosztach + niestety przesyłka. Jak nie będzie chętnych, to jeść to nie woła, wcześniej czy później sama spożytkuję. Dojrzewam powoli do dużego haftu, w którym to ustrojstwo sprawdzi mi się idealnie. Ale to raczej plany na przyszły rok.

Więcej już nie będę gadać o mojej organizacji pracy, bo temat chwilowo wyczerpałam. Wiecie już, co mnie tak cieszy, zagadka rozwiązana. Szczegół, że od paru miesięcy te organizery pojawiały się u mnie na zdjęciach :)