Witaj Szkoło!

czyli Sylveon i Moltres w akcji

O Pokemonach (tfu) miałam napisać już dawno temu.

Tym razem ciotka, czyli ja dała radę wywiązać się ze złożonej obietnicy na czas. Zanim rozbrzmiał pierwszy dzwonek obwieszczający początek roku szkolnego obiecane okładki na zeszyty były już u swoich nowych właścicieli.

Nawet udało mi się jeszcze w wakacje obrobić i wysłać na serwer zdjęcia, miałam napisać tylko parę zdań na blog.

Niestety strzeliło mi w krzyżach i tydzień byłam wyautowana. Nie skończyłam na czas ozdoby na zabawę do Kasi i przez kilka dni pracowałam w domu, klepiąc w klawiaturę laptopa na stojąco przy komodzie w sypialni, bo siedzieć ni jak nie mogłam.

A potem w sobotę zdarzył się najgorszy, a może najdziwniejszy dzień w moim życiu i wylądowałam na tydzień w szpitalu.

Taka sytuacja.

Wypuścili mnie bez postawienia diagnozy.

Na dwoje babka wróżyła – jestem zdrowa albo jestem chora, tego lekarze nie są w stanie na razie jednoznacznie zawyrokować. Taka moja wątpliwa uroda, że zdarzają mi się sytuacje dziwne, nic co mnie tyczy, nie może być proste, łatwe i nieskomplikowane. Eh… życie… Było przywyknąć przez tyle lat :)

Ale nie o tym miało dziś być. Dziś miało być o Pokemonach (tfu) i okładkach na zeszyty.

Obiecałam moim bratankom, że zrobię im haftowane okładki na zeszyty. Obiecałam to dzięki Bogu w grudniu zeszłego roku!! Młodzież kupiła sobie po zeszycie w twardej okładce, wybrała wzór, a ja zadeklarowałam, że kiedyś im te zeszyty przyozdobię.

Kiedyś.

Latem wnuczki były na wakacjach u dziadków, była okazja się znowu zobaczyć. Tosia zagadnęła mnie jednego popołudnia.

Ciociu, a Maksym ma do ciebie pytanie, bo pamiętasz, że obiecałaś nam okładki na zeszyty? A pamiętasz, który zeszyt jest mój, a który Maksyma? Bo mój jest taki w kolorze kartonu, a Maksyma taki kolorowy, szaro-różowy.

Cóż, ciotka spłonęła rumieńcem wstydu i potwierdziła, że o okładkach pamięta (zeszyty, jak wyrzut sumienia wyskakiwały mi z szuflady, za każdym razem, gdy ją tylko otwierałam, trudno było więc zapomnieć o niespełnionej obietnicy) i na pewno do końca wakacji dostaną gotowe zeszyty.

Nie pozostało mi nic innego, jak się zmusić i zrobić to, co obiecałam. Zmuszać musiałam się bardzo, bo młodzież nie wiedzieć czemu po raz kolejny „zażądała” Pokemonów.

Tfu..

Nie lubię tych stworów, kompletnie nie rozumiem ich fenomenu, wydawało mi się, że już umarły śmiercią naturalną, że już nie są modne, odeszły w zapomnienie. Okazało się, że jednak się mylę, że dzieci nadal latają za Pokemonami, wydają kosmiczne pieniądze na jakieś gówniane gadżety z tymi stworami. Pokemony ciągle i wciąż budzą pożądanie.  Dziwny jest ten świat, bardzo dziwny.

Co było robić….

Po zeszłorocznych zakładkach do książki z Pikachu tym razem przyszło mi wyszyć Moltresa i Sylveona, czy jak to się odmienia. Wzory  wyjątkowo „skomplikowane” i „wymagające”, trzeba było wznieść się na wyżyny hafciarskich umiejętności, żeby sobie z nimi poradzić.

Jeszcze nie zaczęłam, a już pierwszy problem – na czym wyszyć hafty, jaki materiał użyć? Len, Aida, może Murano? Trochę dumałam, zastanawiałam się i padło na Flobę 32 ct w kolorze naturalnym. Nigdy wcześniej nie wyszywałam na tym materiale, ale miałam zachomikowany większy kawałek, który kupiłam kiedyś dawno temu w niebie u Edytki. Muszę przyznać, że praca z tym płótnem przypadła mi wyjątkowo do gustu. Floba to płótno typu evenweave  w 70% wiskoza, w 30% naturalny len. Splot ma idealnie równy, tkana jest tak samo, jak len czy Murano. Krzyżyki na Flobie stawiało się bardzo przyjemnie, wychodziły wyjątkowo równe.

Jedyne do czego początkowo musiałam się przyzwyczaić to pewna szorstkość materiału. Mulina nie przechodzi przez niego tak gładko jak przez len, stawia pewien opór, nitka szura. Zdecydowanie nie jest to „cichy” materiał.

Poniżej na zdjęciu porównanie Belfastu w kolorze naturalny jasny i na dole Floby w kolorze naturalnym.

Oba materiały są tej samej gęstości 32 ct, krzyżyki wychodzą takie same, len jest jednak delikatniejszy, rzadszy, poszczególne nitki we Flobie są po prostu grubsze. Wybrałam kolor naturalny, gdyż po pierwsze i najważniejsze miałam taki kawałek w domu, a po za tym stwierdziłam, że na takim kolorze nie od razu będzie widać ślady użytkowania, a przecież okładki mają być dla dzieci, a jak jest z dziećmi i utrzymaniem czystości wiadomo.

Na pierwszy ogień poszedł ognisty pokemonowy ptak zwany Moltresem.

Chyba z tydzień mi na nim zeszło. Z drugim stworem męczyłam się jeszcze dłużej.

Sylveon, to jak to napisali w pokemonowej wikipedii (tak istnieje takie coś!) skrzyżowanie fenka i kota, widać też u niego podobieństwo do saren. Dla mnie to różowo-błękitny koszmar, który prześladował mnie przez bite dwa tygodnie. Podczas jego wyszywania ranił mą duszę każdy stawiany krzyżyk.

Potem była personalizacja okładek – na każdej wyszyłam imię właściciela. Chyba nie było trudno się domyśleć, kto wybrał który wzór.

Nastała dłuuuga przerwa w działaniach, bo dłuuuugo dumałam jak pozszywać, poskładać te okładki do kupy. Szyć nie potrafię, szczerze nie cierpię, nie wychodzi mi to wcale. Nie mam ani maszyny do szycia, ani cierpliwości, ani umiejętności. Szycie i ja nie lubimy się bardzo. Dodatkowo umyśliłam sobie, że okładki „muszą” być wielokrotnego użytku, musi się dać je założyć, ściągnąć i przełożyć na nowy zeszyt, gdy ten będzie już zapełniony. Za dużo zdrowia mnie kosztowało wyszycie tych potworów, żeby okładki miały być tylko na raz. To tak, żeby sobie jeszcze bardziej skomplikować życie.

Floba jest materiałem, który bardzo łatwo gubi nitki, wysnuwają się z niego same, a z drugiej strony jest dość gruby i mięsisty i podłożenie go trzy razy, żeby zapobiec pruciu odpadało. Na szczęście koleżanka z pracy poradziła, żeby użyć taśmy, jakiej używa się do podkładania plis, spódnic czy sukienek. Nie wiem, jak się to fachowo nazywa, jest to klej w postaci siateczki, który przyprasowuje się żelazkiem do materiału i który o dziwo trzyma.

Dzięki Viki za podpowiedź i genialnie proste rozwiązanie moich problemów :)

Po wymyśleniu jak, zrobienie okładek okazało się ostatecznie bardzo proste. Całość pozszywałam zwykłą fastrygą przez dwie nitki tam i z powrotem, jakbym backstitche haftowała. Dzięki dziurkom w materiale i równemu splotowi łatwo można było zrobić równy ścieg.

Taśmę użyłam do podklejenia założenia materiału. Na szczęście jest ona od wewnętrznej strony okładki, może nie będzie się odklejać w codziennym użytkowaniu. W razie czego wystarczy klejenie przyprasować żelazkiem. Te taśmy trzymają ponoć nawet po praniu, nie wiem, nie próbowałam.

I gotowe :)

Tak wyglądają okładki od środka.

Po złożeniu jest trochę grubo, ale nie wymyśliłam, jak to zrobić inaczej.

Ogólnie to jestem z siebie bardzo dumna. Pozszywałam to w rękach i wyszło lepiej, niż sobie mogłam wymarzyć. Jedyne co mnie denerwuje to, że po rozłożeniu zeszytu okładka trochę się faluje. Wynika to z tego, że okładki są dość „ciasne”, nie przesuwają się naturalnie po rozłożeniu zeszytu i siłą rzeczy nadmiarowy materiał się marszczy. Świadomie zrobiłam dopasowane okładki, ale że tak się będzie działo, nie przewidziałam.

Jedyne co powinnam była może zrobić inaczej, to podkleić cały materiał od środka flizeliną, żeby był trochę sztywniejszy, a przez to trwalszy. Nie przewiduję jednak następnego razu, ulepszeń nie zamierzam w życie wprowadzać.

I to miał być koniec opowieści o okładkach, zeszytach i szkole, ale poszliśmy z Kochanieńkim po jajka, mąkę i borówki pod Młyn, a ja wróciłam do domu ze skarbem. Za całe pińć zeta kupiłam sobie stare chińskie wieczne pióro na atrament. Nówka sztuka nieśmigania. Tak zwany leżak półkowy, prawdziwy NOS (new old stock).

Aż się wzruszyłam, jak zobaczyłam to pióro. Dokładnie takim pisałam kiedyś wieki temu w szkole podstawowej. Idealna chińska podróba Parkera 51. No dobra jest pióro, ale żeby nim pisać, potrzebny jest jeszcze atrament! Na szczęście była to niedziela handlowa, poleciałam więc do pobliskiego marketu w poszukiwaniu inkaustu. Co się naszukałam to moje, ale znalazłam:) Na kasie big problem, nie ma kodu na atrament! Kobieta z kasy musiała dzwonić, kodu znaleźć nie mogli. Ludzie za mną w kolejce prawie mnie zlinczowali, bo wszyscy z koszykami wyładowanymi na full, spieszą się do domu, a ja z butelką atramentu sztuk jedna wstrzymuję kolejkę. Ale się nie poddałam, atrament musiałam kupić i kupiłam :)

Atrament ma taki specyficzny zapach, który będę pamiętać do końca życia. I ma też taką niefajną cechę, że brudzi palce.

Nie darmo kiedyś w każdym zeszycie była bibuła.

A potem było pisanie piórem w zeszycie. Dziwne, bardzo dziwne uczucie. Szalenie przyjemne uczucie. Dla mnie pisanie piórem to jak wyszywanie na lnie. Sama przyjemność. Nie robiłam tego niestety długo, będzie z naście lat, jak ostatni raz miałam wieczne pióro w ręce. Mało zgrabnie stawiało mi się pierwsze duże literki, do tego przez dwie linijki.

To zdanie poniżej  pisałam lewą ręką (jestem praworęczna). Poczułam się znowu jak mała dziewczynka, która dopiero zaczyna naukę pisania. Jakbym miała znowu siedem lat. Literki krzywe, niezgrabne, koślawe, a ja skrobię jak kura pazurem, z przejęcia aż język wystawiam. Dla mnie taki powrót do lat dzieciństwa, do szkoły. Teraz w zasadzie prawie nie piszę nic ręcznie, czasami jakieś notatki, listę zakupów, na co dzień używam klawiatury. Niestety zauważyłam, że charakter pisma mi się strasznie pogorszył, ręka wyszła z wprawy, ale jak się czegoś nie używa, czegoś się nie robi, wychodzi się z wprawy. Napisanie prosto dwóch zdań na kartce świątecznej to dla mnie dziś problem. Cóż, będzie trzeba sobie poćwiczyć, przypomnieć, jak się pisze ręcznie. Teraz mam dobre narzędzie do tego, bo jednak pisanie piórem, to zupełnie co innego niż pisanie długopisem.

To było bardzo dobrze wydane 5 zł :))

Zeszyty w kolorowych okładkach pojechały do nowych właścicieli. Zdążyłam przed rozpoczęciem roku szkolnego, ale był to dosłownie ostatni moment na wywiązanie się z danej obietnicy. Młodzież zadowolona to i ciotka zadowolona.

Uroczyście obiecuję, nigdy więcej nie będzie u mnie żadnych Pokemonów i innych bajkowych stworów. To nie moja bajka, ja już duża dziewczynka jestem.

P.S.

Duże T w Tosia nie wyszyłam odwrotnie, taki był zamysł autora alfabetu i mi się on spodobał, chociaż przez chwilę rozważałam odwrócenie ogonka.