3XL

Czyli mocno brązowe „dzieło życia”

6 grudnia.

Mikołajki.

Prezenty dają grzecznym dzieciom.

Musieliśmy być z Kochanieńkim wyjątkowo grzeczni, bo równo 10 lat temu los się do nas uśmiechnął. Zdarzyło się tego dnia w naszym życiu coś ważnego, coś, co postanowiłam w jakiś szczególny sposób upamiętnić. Uprzedzając domysły i gdybania nie braliśmy wtedy ślubu, nikt przed nikim nie padał na kolana, o rękę nie prosił, dziecko nam się nie urodziło, byk się nie ocielił. Nie jest to istotne. Istotne jest to, że wymyśliłam sobie jakiś czas temu, będzie prawie cztery lata wstecz, że wyszyję sampler, który będzie nam tę szczególną datę przypominał.

Nie będę pisać, czym jest sampler, zainteresowanych odsyłam do postów bardziej doświadczonych koleżanek. O samplerach pisała TU Chaga, a  TUTAJ Chenia z bloga Uroczy Detal.

Który sampler wyszyję, wiedziałam od samego początku. Byłam akurat świeżo po popełnieniu „Drzewa życia” Jana Houtmana. Zakochałam się w samplerach i twórczości tego Pana, postanowiłam więc zaszaleć i wyszyć jeszcze jeden jego wzór. Nie wiem, czy wiecie, ja wyczytałam to w internetach, ale Jan Houtman stworzył, co w jego przypadku oznacza również, wyszył około 130 samplerów. Nigdy też nie robił rysunków tego, co zamierza wyszyć. Po prostu zaczynał haftować, a potem jakoś tak „samo się” tworzyło.

Kojarzycie może taki wzór?

Spodobał mi się on od pierwszego wejrzenia. Idealna stonowana kolorystyka, prosty wzór, w sam raz na długie zimowe wieczory. Nic tylko wyszywać. Długo się nie zastanawiałam, stwierdziłam, to jest to, czego pragnę i zamówiłam sobie u mojego brata prezent urodzinowy w postaci pliku PDF.

I tu zaczęły się schody. Dużo schodów.

Okazało się, że telewizja vel monitor kłamie i nic nie jest takie, na jakie wygląda. Wzór można zakupić w dwóch wersjach kolorystycznych. Do wyboru jest „Letni bukiet na zielono” i „Letni bukiet na niebiesko”!!

Ale, że co?! Ale, że jak?!

Ja chcę wersję w brązach, dokładnie taką, jaką widziałam w internetach, a nie w zieleniach czy niebieskościach!!! Zielone i niebieskie do mnie nie mówi!! Nie podoba mi się!! Fajnie, tylko że wersji brązowej nie ma i nigdy nie było. No, chyba że ja nie znalazłam. Trzeba było jednak podjąć męską decyzję i coś wybrać, bo wzór szalenie mi się podobał. Wybrałam mniejsze zło i zdecydowałam się na wersję zieloną.

Kolejne schody, dużo schodów – rozmiar haftu.

458×618 krzyżyków!! Jakaś masakryczna masakra!!! Ja wiem, że to sampler, 2/3 to wolna niezahaftowana powierzchnia, ale i tak do wyszycia prawie 100 tys. krzyżyków!! Pewnie nie jedna z  Was wyszywająca HAED-y uśmiechnie się pod nosem na te moje nędzne 100 tys., ale jak dla mnie to była potrójna masakryczna masakra. Nigdy w życiu nie wyszywałam nic równie wielkiego.

Wydrukowałam wzór, rozłożyłam na podłodze i stwierdziłam, że chyba jednak porwałam się z motyką na słońce. Z czym do ludzi!? Po co mi to?!

Ale skoro powiedziałam A, zamówiłam wzór, trzeba było powiedzieć B, kupić potrzebne materiały, a potem powiedzieć C, D…Z i wyhaftować te wszystkie literki i ozdobniki.

No dobra, ale zielonego nie zdzierżę, chcę sampler w brązach, zbliżony kolorystycznie do tego, co widziałam w Internecie i w czym się zakochałam. Jedyne wyjście zamienić kolorystykę muliny na brązy. Tylko, jak to zrobić, skoro ja nie widzę, na kolory jestem ślepa, nie ma opcji, żebym sobie sama z tematem poradziła. Nie miałam wtedy jeszcze bloga, nawet o tym nie myślałam, że kiedyś go mieć będę, nie było więc szans na poproszenie Was o pomoc, a sama sobie ni jak nie potrafiłam poradzić. Wpadłam więc na genialny pomysł i o pomoc w doborze kolorów poprosiłam Panią Anię z mojej ulubionej stacjonarnej pasmanterii we Wrocławiu zwanej Pasjonaterią. Zabrałam ze sobą muliny, jakie były przewidziane we wzorze, a Pani Ania pomieszała, poczarowała i dobrała mi takie oto kolory:

Na dole muliny przewidziane we wzorze, oryginalne, takie jak chciał autor, u góry „moja wersja” – dobrana przez Panią Anię, a wyszyta przeze mnie. Kolory zostały zamienione 1 do 1, nie kombinowała jeszcze dodatkowo z rozmieszczeniem poszczególnych kolorów. Tam, gdzie autor przewidział użycie nr 730, u mnie na obrazku jest 407 itd. Dokładnie tak postąpiłam ze wszystkimi kolorami. Zamówiłam potrzebne muliny, uszykowałam sobie „profesjonalny” sorter, który Wam wcześniej już pokazywałam.

Przyszła kolej na wybór materiału. Pan Jan Houtman wyszywał na Aidzie, Aida 16 ct sugerowana była też we wzorze, ale ja od razu wiedziałam, że będę wyszywać na lnie, bo len kocham miłością wielką. Padło na mój ulubiony w tym czasie len obrazkowy 35 ct z Hobby Studio w kolorze białym. Niestety okazało się, że zamówiony biały nie jest już tak samo biały, jak ten, na którym wyszywałam „Drzewo życia”. Jak dla mnie to bardziej kość słoniowa albo blade ecru. Trochę mnie to zdegustowało, ale trudno.

Miałam ambitny plan, że zrobię sobie siatkę ułatwiającą wyszywanie z żyłki monofilowej, o której pisała Chaga, bo w przypadku tego samplera aż się o nią prosiło. Rozmiar haftu dość słuszny, poszczególne elementy trochę porozrzucane, o pomyłkę nie trudno. Niestety nie dałam rady bezbłędnie zrobić nawet jednej nitki. Poległam. To nie na moje nerwy. Postanowiłam więc, że zacznę od środka, żeby potem nie było, że mi braknie materiału z którejś strony, co się niestety czasami zdarza. Jeden jedyny raz użyłam wtedy mojego spieralnego mazaka i zaznaczyłam środek, od którego powinnam zacząć.

I tak 25 stycznia 2015 roku postawiłam pierwszy krzyżyk,

który wypadł akurat gdzieś wśród kwiatków. Bukiet letnich kwiatów znajdujący się w środku tego samplera zaprojektowała Mies Marie Bloch, Jan Houtman nie jest jego autorem.

Kwiatki zajęły mi trochę ponad 4 miesiące. Wyszywało się je dość przyjemnie, bo wzór prosty, nieskomplikowany, bez udziwnień. W porównaniu do Magnolii Véronique Enginger banalny, z perspektywy czasu można powiedzieć, że wręcz nudny. Ponieważ, jak pisałam wcześniej, sampler powstawał w czasie przedblogowym, nie mam fajnej dokumentacji fotograficznej z poszczególnych etapów pracy. Coś tam sobie pstrykałam telefonem, ale bez rewelacji. Żeby Was nie zamęczać niezbyt ładnymi zdjęciami, wrzucam gifa z etapów powstawania bukietu. Niestety trzeba kliknąć zdjęcie, żeby gif zadziałał. Jeszcze się nie zdoktoryzowałam, jak wstawiać gify na stronę.

A tak wygląda lewa strona mojego bukietu. Nudno.

A potem były już tylko brązy, brązowe brązy, blade brązy, ciemne brązy, brązy wpadające w czerwone, brązy w odcieniach szarości, brązowe brązy i jeszcze raz brązy. Dużo brązu.

Pierwsze miesiące pracy były szalenie przyjemne. Proste wzory, powtarzalne elementy, można po paru chwilach zapomnieć o spoglądaniu na wzór, można błądzić myślami gdzieś. Pomylić się trudno, zgubić się trudno. Igieł nie trzeba zmieniać co rusz na nowy kolor, jedyna przerwa w pracy, gdy kończy się nitka i trzeba nawlec nową. Byłam taka sprytna, że nawlekałam sobie od razu po kilka nitek w danym kolorze i nie musiałam tracić czasu na trafianie nitką w oczko igły. Dla mnie bajka, kwintesencja tego, co najbardziej lubię w hafcie krzyżykowym — mozolne stawianie krzyżyków. Bez stresu, bez pośpiechu, ciągle i wciąż to samo, walka o ładny krzyżyk, walka o ładną lewą stronę.

Normalnie bajka, która po paru miesiącach przerodziła się w prawdziwy brązowy koszmar. Aż mi niedobrze było od tego brązowego! Brąz, brązowy brąz, beżowy brąz, czerwony brąz, brąz, brąz…, koszmarny brąz! A do tego kilometry kwadratowe materiału, z którym nie ma co zrobić, który przeszkadza, zawadza, plącze się i obciąża nadgarstek.

Miałam parę chwil zwątpienia, parę razy rzucałam to w diabły. Żeby całkiem nie zbrązowieć i nie oszaleć, popełniłam w międzyczasie kilka innych mniejszych haftów, nawet jeden nieduży, kolorowy, radosny wiosenny sampler udało się zrobić, „liznęłam” też nowej techniki wyszywania. Ale ciągle i wciąż wracałam do mojego brązowego koszmaru.

I klęłam na czym świat stoi.

Po jaką cholerę mi to było?! No po co??

Tak, żeby się dobić, pognębić, poznęcać nad sobą? Normalnie masochizm w najczystszej postaci! Z natury jestem strasznie niecierpliwa, nie lubię czekać, wręcz nienawidzę czekać!! Roznosi mnie od środka, jak coś nie jest już, teraz, natychmiast, od razu, a tu sama, dobrowolnie, powiedzmy, że prawie świadomie zafundowałam sobie długie, do tego brązowe czekanie na koniec.

Ehhhhh..

Ale nie ma to tamto, trzeba być twardym, nie „miętkim”, a że zawzięte ze mnie babsko, jak mam plan i cel, zrealizuję go, choćby nie wiem co, choćbym miała zbrązowieć ze złości. Cel osiągnęłam, plan zrealizowałam i 28 sierpnia 2016 roku po 581 dniach walki z brązowym postawiłam ostatni, a jakże mogłoby być inaczej BRĄZOWY krzyżyk w naszym rocznicowo-pamiątkowym samplerze.

Udało mi się wyprodukować takie brązowe coś.

Poszczególne etapy pracy obrazujące jak przybywało mi haftu na jeszcze jednym gifie.

Jak widać materiał mocno wymięty i sfatygowany. Przez te ponad półtora roku wiele przeszedł, wyszywałam w różnych dziwnych miejscach, niekoniecznie o niego należycie dbałam. Tu jeszcze jedna ciekawostka wyczytana o p.Houtmanie — gdy wyszywał, nie podawał ręki na powitanie, żeby mieć zawsze czyste dłonie i nie pobrudzić haftu. Cóż ja tak niestety nie podeszłam do tematu i gdzieś w 2/3 wyszywania wyprałam haft, bo nie mogłam patrzeć na biały len, który wyglądał jak ścierka do podłogi. Na szczęście nic nie zafarbowało, bo profilaktycznie, zanim zaczęłam wyszywać, sprawdziłam wszystkie kolory czy aby nie farbują. Chyba bym umarła, gdyby się okazało, że na koniec jakiś kolor puścił mi farbę.

Radości z ukończenia tak olbrzymiego, jak na moje nerwy i umiejętności haftu, jakoś wielkiej nie pamiętam, pamiętam za to ogromną ulgę, że nie będę musiała wyszywać nic brązowego, że mój brązowy koszmar się w końcu skończył.

Ta…. skończył się.

Chciałabym, żeby się skończył, ale nie ma tak dobrze. Atrakcje jeszcze były jak to u mnie.

Haft trzeba oprawić. Tak „dużej” ramy oczywiście nie ma, trzeba zrobić ją na zamówienie. Ponadto stwierdziłam, że nie ma szansy, żebym w jakikolwiek sposób poradziła sobie sama ze wsadzeniem takiej gigantycznej płachty materiału w ramy, nie ma wyjścia fachowiec potrzebny od zaraz.

Sampler został wyprany, wykrochmalony i wyprasowany. Nie była to łatwa sprawa, bo haft wyszywałam na małym tamborku, a nie na krośnie i niestety podczas wyszywania”udało” mi się skutecznie ponaciągać nierówno materiał. Prasowanie trochę pomogło, ale do końca nie udało mi się zniwelować pewnych przekoszeń. Doszłam do wniosku, że da się to zrobić podczas oprawy. Tylko gdzie to zrobić??

Pomna złych doświadczeń z oprawianiem „Drzewa życia” wybrałam inne miejsce prowadzone przez młodych ludzi. Wspólnie z Kochanieńkim wybraliśmy prostą, a jakże mogłoby być inaczej BRĄZOWĄ ramę i parę dni później wróciliśmy po odbiór naszej pamiątki.

I co?

I nic.

Tradycji stało się zadość oprawa dokumentnie, kompletnie spieprzona i do niczego się nienadająca. Totalna porażka, niestety nieuwieczniona na zdjęciu, a bardzo szkoda, bo warto by było pokazać, jak nie należy oprawiać haftu.

Po pierwsze haft wciśnięty w ramę. Miał być pozostawiony 5 cm luz między haftem a ramą, żeby obrazek miał więcej oddechu, a został tak oprawiony, że miałam wrażenie, że rama zachodzi na haft. Oczywiście usłyszałam, że pani tak chciała. Niestety pani miała kartkę z zamówieniem, z dokładnymi wymiarami i okazało się, że pani chciała jednak inaczej, chciała większą ramę.

Po drugie to, co miałam nadzieję, że zostanie zniwelowane podczas oprawiania, czyli przekoszenia i krzywizny zostało jeszcze bardziej wyeksponowane i podkreślone. Krzywo jak cholera, fale Dunaju to pikuś w porównaniu do fal na moim hafcie.

Po trzecie buły, grudy, guzy, góry, doliny i materiał na wierzchu z tyłu obrazka. Ja wiem, że tego „teoretycznie” nie widać, no ale bez przesady. Praca powinna być estetyczna i idealnie wykonana z każdej strony, a tu taka porażka, że strach się bać. Nigdy w życiu nie widziałam chyba takiej prowizorki i byle jak wykonanej oprawy.

Ehhh….

A wiecie, co jest najlepsze w tym wszystkim???

Ja się nawet nie zdenerwowałam.

Nie to, że mnie szlag nie trafił na miejscu, nie zaplułam się, nie rozniosłam wszystkiego w drobny pył. Ja się nawet nie zdenerwowałam. Grzecznie poprosiłam o zawezwanie „oprawcy” wyjaśniłam młodemu człowiekowi, co zrobił źle, co powinien poprawić, nad czym popracować, kazałam sobie wyrwać obraz z ram, żeby móc go jeszcze raz wyprać, wykrochmalić, wyprasować i jeszcze raz oddałam go w te same ręce.

Ja to jednak mam dużo dobrej woli i cierpliwości do ludzi albo jestem zwyczajnie głupia. Jedno z dwóch, innej opcji nie ma :))

Tym razem Pan się postarał bardziej, niestety nie zrobił tego idealnie, tak jakbym chciała, żeby było zrobione. Dalej są fale i krzywizny, dalej nie jest równo, ale prawda jest taka, że ja tego w ogóle nie zauważam na co dzień. Jak bardzo jest krzywo „zobaczyłam” dopiero podczas robienia zdjęć na potrzeby tego postu. Jak nic czeka mnie trzecie podejście do oprawy tego haftu, ale jeszcze musi upłynąć trochę wody w Odrze, zanim zdecyduję się zmierzyć z tym tematem.

Panie, Panowie tak wygląda moje „dzieło życia” jeśli chodzi o ilość postawionych krzyżyków i wielkość gotowego obrazka od tzw. zadniej stron. Tym razem oprawca się postarał. Jest prawie dobrze.

A tak wygląda przód mojego wiekopomnego, upamiętniającego ważny dzień dzieła.

Mnie się podoba, nawet bardzo mi się podoba, co uczyniłam ręcami własnymi, ale wiadomo, jak to jest z tym, co się komu podoba. Jak to mawia Kochanieńki, jeden lubi ogórki, drugi ogrodnika córki, a trzeci jak mu nogi śmierdzą. Ja wiem jedno zielonego ani niebieskiego w takiej ilości bym nie zdzierżyła. Brązowe jest moje i cieszę się, że zamieniłam kolory muliny. Mam sporych rozmiarów pamiątkę. Zdecydowaliśmy się na oprawę w prostej ciemnej ramie. Sam haft ma wymiary 67 × 85 cm, a cały obraz z ramą 81 × 99 cm. Haft jest za szkłem antyrefleksyjnym. Nie lubię haftów za szkłem, ale przy takiej powierzchni materiału nie było opcji, żeby czymś nie unieruchomić lnu. Szkło antyrefleksyjne zmienia kolory, trochę oszukuje, ale zwykła szyba nie wchodziła w rachubę. Haft zawisł w naszej sypialni, a tam mamy trzy okna, za zwykłym szkłem nic by nie było widać, poza odbiciami. Zdjęcia robiłam przez szybę, dlatego też są mało wyraźne, trochę rozmyte i przekłamane.

A tu małe porównanie dla osób, które miały przyjemność zmierzyć się z „Drzewem życia” i wiedzą jak duży jest ten haft. Oba obrazki powstały na tym samym materiale – lnie obrazkowym 35 ct z Hobby Studio. Troszku większy jest ten mój brązowy sampler :)

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć jedno — nigdy więcej nie porwę się na coś równie dużego, coś, czego wyszycie zajmie mi aż tyle czasu. Ani trochę nie bawi mnie dzióbanie bez końca ciągle i wciąż tego samego haftu. Ja wiem, że w samplerach niewiele się dzieje, nudne jest stawianie ciągle i wciąż takich samych krzyżyków, ale właśnie dzięki małej ilości kolorów szybciej można uzyskać efekt. Należę niestety albo stety do tej grupy hafciarek, które lubią widzieć efekt swojej pracy szybko, a nie czekać na przysłowiowy ostatni krzyżyk kilkanaście miesięcy, a nawet kilka lat. To nie dla mnie, to nie na moje nerwy, to nie moja bajka.

Dlatego z ogromnym podziwem, wielkim szacunkiem, trochę z zazdrością i z ani odrobiną zrozumienia patrzę, jak wyszywacie HAED-y. No nie umiem tego pojąć i już, jak można się mozolić tyle czasu nad jednym haftem i mieć z tego jeszcze wielką frajdę :) Ja tego nie ogarniam. Dla mnie to kara, a nie przyjemność musieć walczyć z taką ilością różnych kolorów, z tak ogromną ilością krzyżyków. Z drugiej strony, jak ktoś popatrzy na te moje wyszywane pierdółki, myśli o tym, co robię pewnie dokładnie tak samo — po co się męczyć, tracić czas i nerwy na wyprodukowanie takiego małego nic. Tylko że ja właśnie takie małe kocham.

I to jest piękne w tym naszym hobby — każdy robi, co lubi i jak lubi!!

I tego się trzymajmy. Róbmy to, co lubimy, to co nam się podoba i co nam sprawia przyjemność :))

Mnie aż fizycznie bolało kończenie tego haftu, to była męka. Tylko dlatego, że z założenia się nie poddaję, nie wyrzuciłam go do kosza, a parę razy byłam blisko. Na szczęście tego nie zrobiłam i teraz mogę co rano patrzeć sobie na obrazek i wspominać ten szczególny piękny dzień 6-12-2008. To była sobota :))

Ja swoje „dzieło życia”, jeśli chodzi o ilość postawionych krzyżyków i wielkość haftu mam już zaliczone wg moich standardów w wersji 3XL. Ale bądźmy szczerzy, co to jest 100 tys. w samplerze w obliczu kilkuset tysięcy w porządnym HAED-zie!! Jak przeczytałam, że Kasia/Carpediem ma za sobą 56 tys. krzyżyków (więcej niż połowa mojego samplera!!), a to stanowi jedynie niecałe 8% całości, a potem przeczytałam, że Hania/Hanulek potrzebowała tylko 183 dni, żeby postawić prawie 55 tys. megakolorowych krzyżyków, to wszystko mi opadło i doszłam do wniosku, że takie trochę małe to moje dzieło życia. Jednak większego na bank nie będzie. Nigdy więcej takich wielkich haftów! To nie dla mnie.

Zrobię sobie wkrótce jakiś mały, nieduży monochromatyczny sampler, bo wszystkie, które do tej pory wyszywałam, są kolorowe. A przecież mi najbardziej podobają się samplery jednokolorowe :))))))

To na koniec jeszcze raz ja z moim rocznicowym „dziełem życia”.

„Letni bukiet na zielono” w autorskiej wersji na brązowo, wzór samplera Jan Houtman, wzór bukietu Mies Marie Bloch