Praptak Reaktywacja

Czyli hafcim obrzydlistwa – część 4

Chyba potrzebuję, żeby ktoś mnie czasami kopnął w cztery litery, potrząsnął i zmusił do działania. Tym razem padło na Meri i jej pytanie, kiedy zamierzam zająć się w końcu czymś cyberpunkowym, a nie tylko ozdoby choinkowe pokazuję. Nudne to chyba być musi, musieć oglądać ciągle i wciąż to samo.

Nie chcecie ozdóbków, nie będzie. Będzie znowu steampunk, bo się zmusiłam i wyciągnęłam zakurzonego Praptaka z wora. Oj gruba warstwa kurzu go pokryła, bardzo gruba. Już od paru tygodni przymierzałam się do kolejnego starcia z konturami w tym hafcie, chodziłam, myślałam, kombinowałam. Moje działania ograniczały się do dumania, a z tego raczej nie ma nic konstruktywnego, brak było czynów. Komentarz Meri był katalizatorem, który sprawił, że spięłam pośladki i w końcu coś zrobiłam z tym moim UFO-kiem. Inaczej niż UFO-kiem nie można nazwać haftu, który osiem i pół miesiąca przeleżał porzucony w worze!

I tak któregoś pięknego, słonecznego, jesiennego popołudnia mój cudny Złotopióry Ptak znowu ujrzał światło dzienne. Pamiętacie w ogóle jeszcze rybkę zwaną Wandą i jej kolegę Praptaka? Z nieopierzonym nielotem rozstaliśmy się przecież pod koniec stycznia na tym etapie:

Pokazałam Wam wtedy dużo zdjęć i obiecałam, że wszystko opowiem następnym razem.

Cóż nie opowiem, bo nie pamiętam, o czym chciałam wtedy mówić.

Nie spisałam myśli, uczuć, które towarzyszyły mi podczas stawiania krzyżyków. Było minęło, nie pamiętam. Ale mniemam, że były to dobre myśli, dobre uczucia, bo ptaszek wyszedł cudny.

Złocisty.

Potem było już gorzej, potem było już tylko źle.

Zajęłam się konturami.

Zaczęłam od ogona. Zastosowałam używany w Wandzie couching, czyli przyszywanie nitki.

Kolejny kolor, tym razem jasny i pierwsze węzełki.

Potem były szpony jak na razie mój ulubiony fragment w tym hafcie.

Kolejne metry przyszytej nitki i opierzyłam ptasie skrzydła.

I jeszcze taki kawałek szarej kreski, „rysowanej” na lnie udało mi się postawić.

Koniec.

The End.

Fin.

Po prawie trzech tygodniach mozolnego dłubania 5 lutego porzuciłam Praptaka mając zrobione tyle backstitchy.

Nie szło mi ani trochę. Była walka, z materią, z bolącymi krzyżami, z własną ślepotą, brakiem trzeciej ręki, była dłubanina i ciągłe rozplątywanie plączących się nici, a najgorsze, że nie podobało mi się to, co wyprodukowałam. Nie podobała mi się ta podwójna jasna nitka w konturach. I jasne kontury wyszyte klasycznym backstitchem też mi nie wyszły.

Buuu….

Wandę mimo darcia włosów z głowy, delikatnych bluzgów wyszywałam jednak z ogromną przyjemnością, byłam cała szczęśliwa z tego, co robię, tutaj miałam tylko negatywne uczucia. Gdyby nie konto na Instagramie i to, że wrzucę, napiszę tam coś  od czasu do czasu, też nie pamiętałabym, co było nie tak z tym haftem. Przejrzałam teraz stare posty, poczytałam, co napisałam, sprawdziłam daty i przyszło olśnienie.

Kochanie, kiedy wróciłeś ze Stanów?

Chyba 7 lutego, nie pamiętam dokładnie.

Ale ja za to już wiem wszystko!! Byłam cała nieszczęśliwa, stęskniona, chora, całą zimę jojczyłam i narzekałam, Praptak mi więc nie szedł, nie leżał, nitki mi się nie układały, kontury nie wychodziły. Ja to jednak tak mam, że jak nieszczęśliwa jestem to widać to i w moich haftach. Tak było i w spapranych tulipanach dwa lata temu. Kochany za Wielką Wodą, a ja koszmarki wyszywam. Taka prosta zależność.

Na szczęście Kochanieńki wrócił, a mi wróciła wena i chęć do zmierzenia się z oporną materią. Fakt trochę to trwało, zanim Praptak dostał drugą szansę, ale TYLE cudnych bożonarodzeniowych haftów powiedziało do mnie w międzyczasie, wyszyje mnie, wyszyj mnie, że po prostu MUSIAŁAM je popełnić. Obiecałam sobie jednak, że nie tknę nic świątecznego, dopóki Praptak nie będzie skończony. Wprowadziłam zakaz patrzenia na świąteczne wzory.

Twarda będę.

Oby.

Mam nadzieję.

I tak pięknego październikowego popołudnia mój ptak ponownie zagościł na tamborku.

Teraz jak patrzę na te zdjęcia, to wychodzi mi, że w międzyczasie musiałam wypruć jasne kontury zrobione podwójną nitką i zrobić je jeszcze raz pojedynczą. Nie pamiętam jednak kiedy to było, nie zrobiłam żadnego zdjęcia.

Jedno popołudnie przy ogrodowym stole i zrobiłam dziób, trochę czuba. Nie da się ukryć, że wyszłam z wprawy, zapomniałam, w jaki sposób robiłam kontury w Wandzie. Im też więcej stawiam tu kresek, tym bardziej dochodzę do wniosku, że ten wzór w przeciwieństwie do ryby jest jednak przekombinowany. Trochę za dużo się tu dzieje, za dużo jest konturów zlewających się z krzyżykami, których nie widać, które nic nie wnoszą. Nie czuję się jednak na siłach, żeby poprawiać autorkę, od czasu do czasu odpuszczam jednak jakąś kreskę. I chyba poprawię znowu te jasne kontury albo chociaż od nowa zrobię french knoty, bo mi się nie podobają.

Szkoda, że się nie zabrałam za ten haft wcześniej, bo kolorami wpisuje się on idealnie w piękną, złotą jesień, jaką mieliśmy za oknem. Można było cyknąć parę pięknych zdjęć wśród kolorowych liści.  Niestety Praptak będzie miał swój finał za jakiś czas, raczej nie zdążę przed zimą, może nawet śniegu się doczekamy.

Oby!!!

Wyjątkowo deszczowa jesień i śnieżna zima jest nam potrzebna, bo na wiosnę będzie prawdziwa tragedia z suszą. Wszyscy się cieszymy piękną pogodą za oknem, aura niby rozpieszcza, bo dopiero w piątek skończyło się lato i nadeszła jesień, ale chyba niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, ile wody brakuje w glebie, jaka klęska grozi nam na wiosnę.

Ale nie o tym miało przecież być.

Trzymajcie, proszę za mnie kciuki, żebym wytrwała w tym moim konturowaniu, bo będzie mi potrzeba dużo cierpliwości i samozaparcia. I stołu będę potrzebować do wyszywania, a to będzie oznaczało, że tym razem to ja będę musiała opuścić Kochanieńkiego i wynieść się z moją robótką na strych. Nie mam uchwytu do tamborka, muszę opierać go o stół, bo czasami są mi potrzebne wolne obie ręce. I wzór muszę gdzieś rozłożyć, bo walczę niestety na ślepo, bez okularów, a wzór to spora płachta. Mam nadzieję, że ta „rozłąka” nie wpłynie negatywnie na moje wyszywanie, bo nie da się ukryć, że najlepiej, najprzyjemniej i najefektywniej mi się pracuje, gdy mam obok Kochanieńkiego na kanapie. On coś tam swojego sobie dłubie na kompie, pracuje, puszcza mi fajne kawałki z winyla, a ja na moim hafciarskim fotelu sobie siedzę, wyszywam i pozwalam myślą błogo sobie błądzić. Jest miło, przyjemnie, wszystko wychodzi, jak wychodzić powinno.

Ciężko będzie, ale może jakoś dam radę. Muszę, nie mam wyjścia. Dziewczyny na Instagramie trzymają za mnie mocno kciuki, Kobitki dziękuję za dobre słowa, nie mogę ich zawieść. Dagmara dzięki za wsparcie mailowe :)

Mam nadzieję, że następny wpis steampunkowy będzie już z finałem mojej walki. Oby był całkiem wkrótce.

Jak widać, nawet koteczka się zainteresowała ptaszkiem. Ona nie lubi ptaków, „szczeka” na nie, czasami  niestety jakiegoś upolowanego podrzuci na próg. Na szczęście Praptaka potraktowała z szacunkiem.

Dwa popołudnia i wieczory i mam tyle. Spektakularnych zmian nie ma, ale zawsze bliżej upragnionego końca.

To do następnego.