Czyli hafcim obrzydlistwa – część 5 Finał nr 2
Dziś nie będę wiele pisać.
Dziś będzie kilka zdjęć złotej polskiej jesieni.
Będzie też ptak zwany Praptakiem.
Dziś nie będę wiele pisać.
Dziś będzie kilka zdjęć złotej polskiej jesieni.
Będzie też ptak zwany Praptakiem.
Chyba potrzebuję, żeby ktoś mnie czasami kopnął w cztery litery, potrząsnął i zmusił do działania. Tym razem padło na Meri i jej pytanie, kiedy zamierzam zająć się w końcu czymś cyberpunkowym, a nie tylko ozdoby choinkowe pokazuję. Nudne to chyba być musi, musieć oglądać ciągle i wciąż to samo.
Nie wiem jak Wy, ale ja się roztapiam, rozpływam z gorąca. Mój mózg ma temperaturę i konsystencję gorącej zupy. Szczerze nienawidzę takiej pogody w „wielkim” mieście. Nad morzem, nad wodą, w lesie jest ok, jest super i bosko, ale jak człowiek nie z własnej woli musi siedzieć w mieście, to go delikatnie mówiąc, trafia szlag.
Sobotnie wyjątkowo upalne letnie popołudnie w środku wiosny. Tym razem wypoczywamy stacjonarnie, grillujemy. Jest miło i przyjemnie. W pewnym momencie panowie zaczynają rozmawiać o silikonowych smarach do dyferencjału, a ja zaczynam się nudzić. Nudzę się i mnie nosi, muszę czymś ręce zająć. I nagle….
Miałam plan. Mój plan był genialny jak plan Egona Olsena.
Z realizacją planu poszło zupełnie jak u Egona.
Poszło prawie dobrze.
A wiadomo, że prawie robi wielką różnicę.