Czyli hafcim obrzydlistwa – część 5 Finał nr 2
Dziś nie będę wiele pisać.
Dziś będzie kilka zdjęć złotej polskiej jesieni.
Będzie też ptak zwany Praptakiem.
Całej historii stawiania konturów opowiadać nie będę. Wspomnę tylko, że ogon wraz z przyległościami prułam trzy razy. Ale nic to, nie poddałam się, zrobiłam, co zrobić miałam.
Jak robię backstitche, opowiedziałam dokładnie w TYM wpisie przy okazji prezentacji Wandy. Gwoli przypomnienia tak to między innymi wyglądało.
Ostatnie wbicie igły.
Kilka szczegółów.
Moje dwa ulubione fragmenty.
I zapowiadana polska złota jesień.
Wanda też się załapała na jesienną sesję.
Mam teraz taką parkę.
Cieszę się niezmiernie, że udało mi się zdążyć, zanim wszystkie liście opadną, bo te hafty aż się proszą o prezentację wśród jesiennych barw. I pomyśleć, że listopad mamy, a pogoda jak we wrześniu.
Kontury stawiało się bardzo przyjemnie i zupełnie nie wiem, czemu tak długo zwlekałam ze skończeniem tego haftu. Gdyby nie mój błąd, popełniony zresztą dwa razy i użycie zbyt dobrego tamborka, który naciąga materiał, jak nie powiem co, bo się wyrażać nie będę, skończyłabym wcześniej. A tak okazało się, że po zdjęciu lnu z ramki trzeba pruć, bo niektóre nitki smętnie wiszą.
Moja rada — uważajcie, żeby materiału nie naciągać za mocno przy stawianiu konturów. Warto też w trakcie pracy zdjąć go z tamborka i sprawdzić, jak robótka wygląda bez naprężenia.
Jak oprawię te hafty, jeszcze nie wiem. Pozostał mi do popełnienia jeszcze żuk. Wiem za to jedno — zamówię tylko ramy, oprawiać i naciągać materiał będę sama. Nikt nie zrobi mi tego tak, jak bym chciała, żeby było zrobione.
Ptak z serii Steampunk, wzór Jane Eyre (Яна Минасян), na podstawie obrazu Mike|Creative Mints
Haft wyszyty na lnie Belfast, kolor 309 piaskowy

























